niedziela, 30 maja 2010

Histeria „pięknych umysłów”

Po raz pierwszy od czasu „Solidarności” wspólnie manifestujemy dumę z bycia Polakami.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 21/2010

Od 1989 roku odbywało się w polskiej kulturze zebranie poświęcone wzajemnemu pomniejszaniu się i oddawaniu ducha. Polski nacjonalizm, polski antysemityzm, polska ksenofobia, polski obskurantyzm religijny, polska zaściankowość, polski motłoch – wszystko to znamy jak tabliczkę mnożenia. Precyzyjne diagnozy samozwańczych autorytetów czyniły nasze życie żałosnym, ale za to bardziej świadomym. Swoją niechęć do społeczeństwa intelektualiści potrafili uzasadniać wręcz fizycznym wstrętem. „Estetyczna aura polskiego życia codziennego – chodniki i przechodnie, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza – ta aura w odczuciu wielu ludzi jest odpychająca” – pisał w 2006 roku Stefan Chwin w odpowiedzi na postawione przez redakcję „Dziennika” głupawe pytanie „Czy Polska jest sexy?”.

Przez długi czas przeciętni Polacy przyjmowali te obelgi do wiadomości. A ponieważ nie chcieli znaleźć się w jednym worku z motłochem, papugowali język samozwańczych autorytetów. Naśmiewali się z „obciachowych Kaczorów”, szydzili z „moherowych beretów”, wstydzili się Polski za granicą, zapowiadali, że „wyjadą z tego kraju”, „odbiorą babciom dowód” etc. Taka retoryka dawała im poczucie wyższości nad resztą narodu, utrzymywała ich w iluzji, że są kimś wyjątkowym. Wprawdzie, jak inni, z trudem wiążą koniec z końcem, ale gdyby „ten kraj był normalny”, z pewnością zrobiliby karierę. Sęk w tym, że dla brzydzących się Polską intelektualistów pozostawali częścią motłochu, z którego werbalnie starali się wybić. Ponieważ niewiele w życiu osiągnęli, byli pogardzani i traktowani jak „użyteczni idioci”, którzy głosują, jak trzeba, w wyborach powszechnych. Nic więcej, nic mniej.

Oczywiście wciąż są w Polsce ludzie, którzy nie dostrzegają manipulacji, której zostali poddani. Ich postawa jest jednym z najbardziej przygnębiających fenomenów III RP. Mogli wybrać wolność, przedsiębiorczość, niezależność myślenia, dumę z bycia Polakami i prawdziwe otwarcie na świat, a wybrali polityczną poprawność, uzależnienie od zideologizowanych mediów, kompleksy i bezpodstawne przekonanie o własnej wyższości nad rodakami. Zamiast włączyć się w budowę państwa, przyjęli rolę mięsa wyborczego. Używając argumentów typu: „On jest wykształcony, zna języki, szanują go na świecie”, zdjęli z siebie odpowiedzialność za los Polski. Od wyrazicieli idei polskości obecnej w zbiorowej świadomości woleli polityków realizujących ponad głowami tłumu interesy własne lub wąskich grup społecznych. Wbrew zdrowemu rozsądkowi skazali się na przedłużenie peerelowskiej wegetacji w cieniu uprzywilejowanej warstwy polityków, salonowców i oligarchów, wszystkich tych Mirów, Rysiów i Grzechów, o których zdążyliśmy już zapomnieć.
 
Mimo że to wielkie oszustwo napawa mnie smutkiem, daleki jestem od przekreślania jego ofiar. To wciąż pełnoprawna część polskiego narodu, zdolna się odrodzić i dzielić z resztą społeczeństwa odpowiedzialność za ojczyznę. Świadczą o tym reakcje po tragedii smoleńskiej, które zaskoczyły zapatrzonych w siebie polityków i intelektualistów. Zirytowani głęboką i powszechną formą żałoby zaczęli tracić nerwy, krytykować „ciemny lud”, drżeć o własne przywileje. Z podwójną siłą wybuchły histeryczne ataki na Jarosława Kaczyńskiego, który postanowił kontynuować misję zmarłego brata. Poziom argumentacji znanego arbitra przyzwoitości, mówiącego o nekrofilii, sięgnął bruku polerowanego przez Kubę Wojewódzkiego i Michała Figurskiego w Radiu Eska Rock.

Świętej pamięci Paweł Hertz, zapytany kiedyś o zasługi dla obalenia komunizmu, powiedział mądre zdanie: „Są tylko dwie siły, z którymi należy się liczyć: Kościół i wieś, a inteligencja opozycyjna jest czymś wtórnym i może działać tylko wtedy, jeśli uzna prymat tych dwóch sił”. Wydaje mi się, że rolą inteligencji, także dzisiaj, jest nie kształtowanie rzeczywistości w zgodzie z własnymi projektami, ale jej opisywanie dla dobra wspólnego. Nie wiem, dlaczego Polacy mieliby zastępować swój obraz świata tworami „pięknych umysłów”, skoro sami potrafią myśleć. Kim bylibyśmy bez polskich wsi i miasteczek, bez kościołów, targowisk i zatłoczonych pociągów, gdzie – jak słusznie zauważa Jarosław Marek Rymkiewicz – toczy się prawdziwe życie? Może niektórzy z nas czuliby się komfortowo jak we własnym salonie, ale czy mieliby jeszcze własną ojczyznę?

Ktoś powie, że kwestionując sens istnienia autorytetów moralnych, jestem niekonsekwentny, bo sam przywołuję nazwiska Hertza i Rymkiewicza. Obaj ci pisarze zasadniczo różnią się jednak od przedstawicieli samozwańczych elit, bo nigdy nie przyszło im do głowy sytuować siebie w pozycji uprzywilejowanej względem reszty Polaków. Ich opinie były formułowane z pokorą; wynikały z faktów, a nie z projekcji. A fakty są dziś takie, że narodowa żałoba poruszyła sumienia wielu ludzi, wyrwała ich z letargu, zdystansowała wobec samozwańczych autorytetów. Po raz pierwszy od czasu „Solidarności” wspólnie pochylamy się z powagą nad polskim losem i manifestujemy dumę z bycia Polakami. Dla intelektualistów przyzwyczajonych do dyktowania nam, jak mamy żyć, może to oznaczać koniec znanego im świata. Dla reszty narodu – rozkwit społeczeństwa obywatelskiego.



piątek, 28 maja 2010

Bezradność 2010

1. Zaniepokojeni przebiegiem śledztwa
(List otwarty rosyjskich dysydentów po katastrofie smoleńskiej)

Kilkaset tysięcy osób zna już z Internetu orędzie do Rosjan, w którym kandydat na prezydenta Polski pan Jarosław Kaczyński potrafił wyrazić szczere i serdeczne podziękowania tym Rosjanom, którzy w najbardziej trudnym dla obu naszych narodów czasie okazywali Polakom współczucie i pomoc.

Władze rosyjskie nie uznały za stosowne ani opublikować tekstu tego orędzia, ani na nie odpowiedzieć. Swoim milczeniem jeszcze raz udowodniły, że wszystkie ich oficjalne słowa i wyrazy współczucia z powodu tragicznej śmierci prezydenta Kaczyńskiego i towarzyszących mu osób były jedynie pustą formalnością i brały się nie ze szczerego serca (jak niektórzy z nas chcieli wierzyć), lecz ze względów czysto koniunkturalnych. Niestety, nie ma się tutaj czemu dziwić.

Natomiast jesteśmy zdziwieni i poważnie zaniepokojeni przebiegiem śledztwa, które miało wyjaśnić okoliczności i przyczyny katastrofy Tu-154 pod Smoleńskiem. Powstaje wrażenie, że władze rosyjskie nie są zainteresowane wyjaśnieniem wszystkich przyczyn katastrofy, zaś władze polskie powtarzają zapewnienia o "pełnej otwartości" strony rosyjskiej, niczego się od niej faktycznie nie domagając i tylko cierpliwie oczekują, aż z Moskwy nadejdą dawno obiecane im materiały.

Trudno się pozbyć wrażenia, że dla rządu polskiego zbliżenie z obecnymi władzami rosyjskimi jest ważniejsze, niż ustalenie prawdy w jednej z największych tragedii narodowych. Wydaje się, że polscy przyjaciele wykazują się pewną naiwnością, zapominając, że interesy obecnego kierownictwa na Kremlu i narodów sąsiadujących z Rosją państw nie są zbieżne.

Jesteśmy zaniepokojeni tym, że w podobnej sytuacji niezależność Polski i dzisiaj, i jutro może się okazać poważnie zagrożona. Mamy nadzieję, że obywatele Polski ceniący swoją wolność potrafią ją obronić. Także przy urnach wyborczych.

Aleksander Bondariew
Władimir Bukowski
Wiktor Fajnberg
Natalia Gorbaniewska
Andriej Iłłarionow

"Rzeczpospolita"

2. Andriej Iłłarionow w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej"

Jeżeli premier Tusk rzeczywiście tak mówił [że ma zaufanie do rosyjskich śledczych], to popełnił ogromny błąd. Niezależnie od osobistych relacji ostatnia rzecz, jaką może zrobić szef rządu, to zaufać komukolwiek spoza swojego kraju. To podstawy dyplomacji, które mają zastosowanie nawet do najbliższych sojuszników. [...]

Nie można wykluczyć negatywnej reakcji [rosyjskich władz na żądanie stworzenia międzynarodowej komisji]. Najpierw musielibyśmy jednak widzieć zainteresowanie tą kwestią polskiego rządu. Tymczasem w sprawie śledztwa zajmuje on bierną postawę. Po katastrofie Donald Tusk zrobił na mnie wrażenie człowieka zaszokowanego tragedią, ale potem nie widziałem w nim siły, która kazałaby mu wyciągnąć od Rosjan jak najwięcej informacji. Takiej postawy nie widzę też u Bronisława Komorowskiego. [...]

Chcę myśleć, że rosyjski rząd nie maczał palców w tej katastrofie. Nie można jednak zapominać o wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że Lech Kaczyński poleciał do Katynia 10 kwietnia, a nie 7. Najpierw prezydenckie zaproszenie do Auschwitz w upokarzający sposób odrzucił Dmitrij Miedwiediew. A po zaproszeniu przez Władimira Putina na uroczystości do Katynia Donalda Tuska robiono wszystko, by nie przyleciał na nie Lech Kaczyński. Te okoliczności pokazują, że w najlepszym razie toczono z Polską grę, która miała upokorzyć jedną część polskiego społeczeństwa i ustanowić dobre, specjalne relacje z drugą. Działania rosyjskich władz można uznać za ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski. Taką politykę rosyjskie władze uprawiały od kilku lat, nie traktując polskiego prezydenta z szacunkiem, który należy się każdej głowie państwa. [...]

Patrząc na to, jak przebiega śledztwo w sprawie katastrofy, nie widzę żadnych prób ratowania polskich interesów. Nie mówię, że Polska nie powinna mieć przyjaznych stosunków z innymi krajami, w tym z Rosją. W przeciwieństwie do rosyjskich władz nie wskazuję, na kogo powinni głosować Polacy. Uważam tylko, że niezależnie od tego, kto będzie u władzy, nie powinien rezygnować z obrony polskiego interesu narodowego. Wówczas relacje polsko-rosyjskie będą mogły być oparte na wzajemnym szacunku. Niestety, wygląda na to, że polskiemu rządowi bardziej zależy na udawaniu, że ma dobre relacje z rosyjskimi władzami, niż na odkryciu prawdy. Tymczasem dobre stosunki można zbudować na prawdzie, nie na kłamstwie.

"Rzeczpospolita"

3. Parafraza wiersza Zbigniewa Herberta z 1995 roku

Jeśli się okaże
że mój premier
o dziecięcej twarzy
Oskara Matzeratha
mnie naprawdę zdradził
powiedzcie co mam robić
co czynić wypada

powierzył los śledztwa
carowi bezpieki
ludzie dobroduszni
widzą wokół siebie
tylko dobre dusze
to może naiwne
ale sympatyczne

w przypadku jeśli działał
w złej wierze
nie zdążę go wyzwać
na ubitą ziemię

jutro rano będziemy
w jednym grobie leżeć

czwartek, 20 maja 2010

Polska jest najważniejsza

Od dzisiaj jestem członkiem Trójmiejskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego na Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.



Inauguracyjne spotkanie komitetu odbyło się w Dworze Artusa w Gdańsku. W jego skład weszło ponad 130 osób, m.in. Maria Fieldorf-Czarska (córka generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila”), Ewa Kubasiewicz-Houée (skazana na 10 lat więzienia w stanie wojennym - najwyższy wyrok w kraju), Joanna Duda-Gwiazda (żona Andrzeja Gwiazdy), Halina Słojewska (aktorka, wdowa po scenografie Marianie Kołodzieju), Bożena Ptak (poetka, prezes gdańskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich), Jan Krzysztof Kelus (socjolog, autor i wykonawca piosenek drugiego obiegu), Stanisław Esden-Tempski (pisarz), Jan Łukaszewski (dyrygent, Schola Cantorum Gedanensis). Oto treść wspólnego oświadczenia:

Wierzymy, że Jarosław Kaczyński będzie reprezentował nasz Kraj godnie i mądrze, godząc dobro Polski ze wspólnym interesem Unii Europejskiej, przy zachowaniu naszej wielowiekowej tradycji i olbrzymiego dorobku kulturowego. Tragicznie zmarły Prezydent Lech Kaczyński w swoim ostatnim wywiadzie powiedział: „Chcemy Polski tak silnej, jak to tylko możliwe i wpływowej, jak tylko się da”. Słowa te są dla nas testamentem i drogowskazem. Uważamy, że popierany przez nas Kandydat zapewni Polsce należne jej miejsce na arenie międzynarodowej. Jesteśmy też pewni, że Jarosław Kaczyński, jako Prezydent Rzeczypospolitej, zadba o to, aby Polska stała się krajem, w którym będzie można bez ograniczeń głosić prawdę i gdzie będzie się jednoznacznie odróżniało dobro od zła. Polska musi być krajem wolnym i sprawiedliwym. Wzywamy wszystkich Rodaków, którym leży na sercu dobro i przyszłość naszego Kraju do poparcia tej kandydatury! POLSKA JEST NAJWAŻNIEJSZA!

Więcej na oficjalnej stronie komitetu.

Środowisko herbertowskie popiera Jarosława Kaczyńskiego

Wielkim jest człowiek, któremu wystarczy
Pochylić czoła,
Żeby bez włóczni w ręku i bez tarczy
Zwyciężył zgoła!
Cyprian Norwid, Wielkość

Dlaczego Jarosław Kaczyński?
Apel poparcia

Apel ten adresujemy do ludzi, których łączy fascynacja osobą i dziełem autora Pana Cogito. W ciągu dwunastu lat jakie mijają od śmierci Poety określanego mianem sumienia narodu uformowało się środowisko herbertowskie podejmujące wiele inicjatyw, wśród nich wystawy, sesje naukowe, koncerty, spektakle teatralne, konkursy recytatorskie. Wszystkie te wydarzenia stworzyły więzi między ich uczestnikami.

Dzisiaj, zgłaszając nasze poparcie dla kandydatury Jarosława Kaczyńskiego na urząd prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, czujemy się wykonawcami poetyckiego testamentu Zbigniewa Herberta.

Patriotyzm i postawa obywatelska Jarosława Kaczyńskiego pozwalają nam żywić nadzieję, że jako Prezydent kraju będzie On wcielał w życie myśl wielkich naszych przodków, wieszczów i narodowych bohaterów, którzy marzyli o Polsce prawej i sprawiedliwej.

Jednocześnie pragniemy zaprotestować przeciw agresji osób publicznych kierowanej w stronę popieranego przez nas kandydata, którą odbieramy jako wyraz pogardy dla wartości konstytuujących polski naród.

A Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze / ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych – pisał Zbigniew Herbert w Przesłaniu Pana Cogito.

W czasie niezwykle ważnego wyboru ten Gniew będzie dodawał nam sił. Tak, Panie Jarosławie, Polska jest najważniejsza!

Halina Herbert-Żebrowska – siostra Zbigniewa Herberta
Maria Dorota Pieńkowska – kustosz Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza
Katarzyna Pechman – „Herbertiada”
Lidia Ujazdowska – filolog
Józef Maria Ruszar – redaktor i wydawca
Rafał Dzięciołowski
Przemysław Gintrowski – bard, kompozytor
Tadeusz Sikora – pieśniarz
Piotr Szczepanik – pieśniarz
Dominika Świątek – pieśniarka, kompozytorka
Piotr Kajetan Matczuk – pieśniarz, kompozytor
Paweł Piekarczyk – pieśniarz
Tomasz Radziwonowicz – skrzypek, dyrygent
Karol Radziwonowicz – pianista
Ewa Dałkowska – aktorka
Monika Rasiewicz – aktorka, profesor PWST i Akademii Muzycznej, Kraków
Krzysztof Bień – aktor
Alina Czerniakowska – reżyser
Piotr Załuski – reżyser, scenarzysta
Witold Błażejowski – artysta plastyk
Jerzy Narbutt – pisarz
Wojciech Wencel – poeta
dr Bohdan Urbankowski – pisarz, publicysta
Mariusz Olbromski – poeta, dyrektor Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej
Piotr Kaszubowski – poeta, historyk, kierownik Muzeum Historycznego w Przasnyszu
prof. UG dr hab. Marek Adamiec – filolog, UG
dr hab. Mariusz Bryl – UAM
prof. dr hab. Jolanta Dudek – filolog, UJ
dr Mirosław Dzień – filolog
prof. dr hab. Grażyna Halkiewicz-Sojak – filolog, UMK
prof. dr hab. Tomasz Jasiński – historyk, UAM
dr hab. Leszek Kleszcz – filozof, Uniwersytet Wrocławski
prof. UKSW dr hab. Wojciech Kudyba – filolog, UKSW
prof. dr hab. Krzysztof Rutkowski – pisarz, krytyk literatury
prof. dr hab. Wojciech Suchocki – historyk sztuki, UAM
prof. dr hab. Jacek Trznadel – pisarz, historyk literatury
dr Barbara Wawro
Tadeusz Witkowski – filolog, krytyk literacki, wydawca
Marek Zieliński – filolog, krytyk literacki
prof. Tadeusz J. Żuchowski – historyk sztuki, UAM
Karol Hryniewicz – filolog, UW
Eliza Kącka – filolog, UMK
Agnieszka Kramkowska-Dąbrowska – filolog, redaktor
Jadwiga Maj – filolog
Małgorzata Peroń – filolog, KUL
Zofia Peroń – filolog
Agnieszka Żurek – filolog
Jerzy Biernacki – publicysta
Henryk Bienkiewicz – tłumacz, emer. wykładowca UJ
Ryszard Czepulonis – Katolicka Inicjatywa Kulturalna
Krzysztof Dawidowicz – publicysta
Zuzanna Dawidowicz – publicysta
Bożenna Beata Parzuchowska – poetka, animatorka kultury
Hanna Simbierowicz – tłumacz, redaktor
Zygmunt Simbierowicz – tłumacz, redaktor
dr Józef Szaniawski – publicysta, wykładowca akademicki
Konrad Turzyński – publicysta, bibliotekarz
Natalia Kuncewicz-Bienkiewicz – emer. dypl. naucz. fizyki
prof. dr hab. inż Jan Dziuban – Politechnika Wrocławska
Krzysztof Legun – radca prawny
Kazimierz Michalczyk – radiolog
prof. Marek Sikora – astronom
Barbara Cerazy
Beata Kazimierczak
Agnieszka Pich











Zbigniew Herbert 1983

Informacja z serwisu niezalezna.pl

środa, 19 maja 2010

Wracamy na Kresy

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po tygodniowej żałobie, było sprawdzenie ofert biur wycieczkowych, organizujących wyjazdy na Wołyń i Podole.















Komentarz dla portalu KRESY.PL

Katastrofa 10 kwietnia 2010 roku otwiera zdecydowanie nowy rozdział w polskiej świadomości narodowej, historycznej, kulturowej. Wspólnotowe doświadczenie śmierci podważa koncepcję historii jako zamkniętej na cztery spusty izby pamięci. Pozwala dostrzec osoby z krwi i kości w dawnych bohaterach: oficerach zamordowanych w Katyniu, powstańcach warszawskich czy żołnierzach wyklętych. Ale też w cywilach, którzy zginęli na Wołyniu albo trafili do łagrów. Smoleńska tragedia zbliża nas do tych ludzi i każe na nowo przemyśleć sens ich ofiar. Rzuca jaskrawe światło na nasz narodowy los.

Dla wielu obywateli Polska pozostaje biurokratycznym tworem. Żądają oni od państwa wyłącznie gwarancji świętego spokoju, zabezpieczenia własnych interesów, stworzenia warunków do bogacenia się. Ale w tych, którzy nie są do końca wyobcowani, obudził się żarliwy patriotyzm, pojawiło się pytanie o polską duszę. Już marszałek Piłsudski twierdził, że "Polska to obwarzanek: Kresy urodzajne, centrum - nic". Po Smoleńsku wracają do naszej świadomości Mickiewicz z Wilna, Słowacki z Krzemieńca, Łupaszko z ryngrafem na piersi. Uzmysławiamy sobie, że wszystko, co najlepsze, najbardziej niezłomne w naszej tradycji, zrodziło się na Kresach. To stamtąd wywodzi się polska dusza.

Wracamy na Kresy nie tylko duchem. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po tygodniowej żałobie, było sprawdzenie ofert biur wycieczkowych, organizujących wyjazdy na Wołyń i Podole. Nie będę mógł żyć spokojnie, dopóki nie stanę na tej ziemi. Podejrzewam, że nie jestem w takim myśleniu odosobniony.

Relacje ze wschodnimi sąsiadami to sprawa polityków. Jako poeta jestem jednak pewien, że czeka nas teraz wielka narodowa pielgrzymka na Kresy. Musimy odbudować zerwane więzi, zabezpieczyć ślady naszych przodków, odzyskać kulturową jedność. Jesteśmy to winni zmarłym, wygnańcom i tym, którzy mieszkają tam do dziś. No i sobie samym, jeśli chcemy naprawdę być Polakami.

niedziela, 16 maja 2010

Nowe wiersze w „Teologii Politycznej”

Na stronie internetowej rocznika filozoficznego „Teologia Polityczna” ukazał się mój nowy wiersz „De profundis”. Zapowiada on blok utworów, który znajdzie się w papierowym wydaniu pisma (numer 6 planowany na jesień 2010 roku).















Kadr z filmu Andrieja Tarkowskiego „Ofiarowanie”

De profundis

                                               Pamięci Andrzeja Trzebińskiego

Z głębokości wołałem do Ciebie Panie
a Tyś mnie ogniem namaścił jak mirrą
i stałem się żywą pochodnią tragarzem mocy
w rodzinnym kraju rozświetlałem drogę umarłym
i dostrzegli ślad Twojej stopy na brzegu rzeki
nieduże wgłębienie na piasku pośród wierzb
i przychodzili po ogień którym moje ciało
zajęło się od Twojego jak od świecy paschalnej
śpiewali psalmy dziękczynne łamali chleb
bo byli martwi a ożyli zaginęli a odnaleźli się
i ruszyliśmy ognistą procesją do kresu nocy
okiennice mijanych domów zatrzaskiwały się
węże drutów kolczastych kąsały nam pięty
lecz widać było z oddali że płoniemy a nie giniemy
kąpiemy się w ogniu a nie spalamy się
aż po czterdziestu latach wędrówki
w ciemnej dolinie zaczęły migotać światła
maleńkie jasne punkty na mapie imperium
i było ich coraz więcej więcej więcej
wspięliśmy się na górę żeby objąć całość
i stamtąd zadziwieni ujrzeliśmy milion gwiazd
zupełnie jakby ktoś pochylił się nad śpiącym
kontynentem i szepcząc ojcowską modlitwę
okrył go płaszczem nieba

środa, 12 maja 2010

Medialne echa „In hora mortis”

Po publikacji wiersza „In hora mortis” w „Gościu Niedzielnym” otrzymałem wiele budujących e-maili od Czytelników (jeszcze raz serdecznie dziękuję!). Nie wszystkim jednak utwór przypadł do gustu. Kilkunastu publicystów uznało go za tekst doraźny, stricte polityczny, groźny, kiepski literacko bądź kompromitujący filozoficznie. Głos zabrali nawet ci, dla których dotąd byłem autorem anonimowym, o czym świadczy błędna odmiana mojego nazwiska. Oto kilka wybranych opinii:

Jerzy Szacki („Tygodnik Powszechny”): Na to, co obserwowaliśmy w tych smutnych dniach, składają się różne rzeczy: przerażenie rozmiarem ludzkiej tragedii, pragnienie bycia razem przynajmniej przy uroczystych okazjach, które znoszą bylejakość codziennej egzystencji, przywiązanie do wspólnoty narodowej jako takiej, bo ciężką stratę ponieśli przecież wszyscy jej członkowie, jak i oczywiście te uczucia, które znajdują ujście w utworach Jarosława Marka Rymkiewicza, Wojciecha Wencla oraz pomniejszych poetów i publicystów. Ich uczuć nikt nie neguje, choć może dziwić to, że uważają Polskę za swoją własność.

Magdalena Środa (Wirtualna Polska): Od czasów zaborów nie pojawiło się tylu poetów parających się twórczością sarmacko-religijno-patriotyczno-spiskowo-moralistyczną. Poczynając od słynnego wiersza J. M. Rymkiewicza, po H. Krzyżanowskiego („Ci w Katyniu z grobów powstali z prezydentem idą na Wawel”) aż po – bardzo popularnego w ostatnich dniach – Wencela [sic!] z „Gościa Niedzielnego” („gdy przestaną nas hartować strzałem w potylicę/ samoloty będą spadać za lub przed lotniskiem”). Dzielni poeci zrównują dramat katyński z katastrofą lotniczą, a katastrofę lotniczą z narodową martyrologią („naród tylko ten zwycięża razem ze swym Bogiem/ który pocałunkiem śmierci ma znaczoną głowę”), co pozwala im jednocześnie jątrzyć wokół względnego polsko-rosyjskiego pojednania.

Bożena Keff (ha.art.pl): U Wenzla [sic!], podobnie jak u Rymkiewicza, śmierć jest gwarantką wspólnoty i tożsamości. Można to wyrazić aż tak prosto: „Jeszcze Polska nie zginęła póki my giniemy…”. Tak tylko przypomnę, że w oryginale jest „ żyjemy”. Po tej zmianie dopiero widać, jaki ten tekst był aktywistyczny i pozytywny i jak się zmienił na nekrofilski chory pasywizm, od nadziei i życia zeszedł do metafizycznej rozkoszy, jaką daje śmierć innych rodaków, jednak nie podmiotu lirycznego, bo choć pisze „my” to jednak musiał być żywy, kiedy to pisał, w interesie spójności plemiennej. A gardło sobie poderżnąć w proteście przeciwko brakowi tejże, to nie łaska? Nie? […] Uf, jaki sadyzm w trzymaniu tych „powstańców” w kanałach nawet po śmierci, skoro wiadomo, że wszyscy oni, skoro już tam MUSIELI wejść, to pragnęli wyjść jak najprędzej! Ale wiersz w ogóle jest sadystyczny i nekrofilski.

Krzysztof Siwczyk („Polityka”): Wojciech Wencel, felietonista „Wprost”, poeta o proweniencji metafizycznej, silnie oparty na paradygmacie chrześcijańskim, uraczył czytelników „Gościa Niedzielnego” tekstem „In hora mortis”, w którym pada taka inauguracyjna apostrofa: „Jeszcze Polska nie zginęła póki my giniemy/ póki nasi starsi bracia wędrują do ziemi”. Wiersz kończy się dystychem: „naród tylko ten zwycięża razem ze swym Bogiem/ który pocałunkiem śmierci ma znaczoną głowę”. Wencel najwidoczniej wpisuje wypadek lotniczy w ciąg funeralnej traumy, którym znaczona jest historia Polski. Z wiersza może wynikać pocieszenie dla tych, co jeszcze zostają przy życiu. Będzie to życie „na wysokiej nucie” polskiego mesjanizmu. Cóż z tego, że pod piórem poety śmierć pojedynczej istoty ludzkiej w jakiś groźny sposób przemienia się w nawóz, na którym wzrastać ma res communis. Jest to boskie dobro wspólne. A i Bóg z tego wiersza ma cechy raczej starotestamentowe, skoro karmi się ofiarami. Aż strach się bać żyć w swojej pojedynczości, skoro dowiaduję się, co będzie potem z narodem i Bogiem. Potem – czyli po śmierci ludzi. […] Jarosław Marek Rymkiewicz, Wojciech Wencel i Marcin Wolski postanowili podtrzymać na duchu zbiorowość w stanie szoku, naród w czasie żałoby, Boga w czasie krwawych żniw. Mąż opatrznościowy też się gdzieś znajdzie. Wszystko to składa się na obraz poezji zaangażowanej, silnie określonej, demaskatorskiej i złowieszczej, patriotycznej aż do bólu kości w kryptach Wawelu. Emocje wzięły górę nad warsztatem, pasja przysłoniła głębię, słuszność własnej ars poetica nie zna w tych wierszach litości.

Marcin Sendecki („Przekrój”): W tym tygodniu obszerniej niż zwykle nie piszemy […] o Wojciechu Wenclu, poecie w średnim już wieku, który na stronie magazynu „Czterdzieści i Cztery” pomieścił datowany na 10 kwietnia utwór „In hora mortis”, gdzie powiada na przykład: „gdy przestaną nas hartować strzałem w potylicę/ samoloty będą spadać za lub przed lotniskiem”. Bo Wencel dał się już nieraz poznać jako autor zdolny do wszystkiego w imię niewymuskanego katolicyzmu oraz prostych, kibicowskich wartości i, prawdę powiedziawszy, niczego innego się po nim nie spodziewaliśmy.

wtorek, 11 maja 2010

Zapraszam na WTK

W piątek 14 maja w godzinach 16.00-17.00 będę podpisywał „Podziemne motyle” w ramach Warszawskich Targów Książki / Warsaw Book Fair (Pałac Kultury i Nauki, stoisko Wydawnictwa Nowy Świat - A47). Serdecznie zapraszam!

Premiera „Podziemnych motyli”






















Jutro do księgarń trafi mój nowy tom wierszy „Podziemne motyle”. Książkę w cenie 19.90 PLN będzie można kupić m.in. w sieci empik. Znajdzie się ona również w ofercie większości księgarń internetowych.

poniedziałek, 10 maja 2010

Dwie Polski, dwie Rosje

Choć w mediach słychać skrzek karłów, musimy dawać świadectwo.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 18/2010

To była dziwna noc. Pierwszy raz od wielu lat nie mogłem ani pisać, ani spać. Siedziałem w swoim pokoju pełen niepokoju, słuchając „Pieśni ciszy” ukraińskiego kompozytora Valentina Silvestrova. Przy nostalgicznych dźwiękach fortepianu Siergiej Jakowienko wyśpiewywał barytonem wiersze rosyjskich poetów: Aleksandra Puszkina, który najpierw za krytykę carskiej tyranii trafił na zesłanie, by później komentować wybuch powstania listopadowego słowami: „Nasi starzy wrogowie zostaną wytępieni”, Michaiła Lermontowa, zesłanego na Kaukaz, gdzie w 1841 roku zginął w pojedynku zaaranżowanym przez carską policję, Sergiusza Jesienina, który w 1925 roku miał się powiesić na rurze grzewczej w leningradzkim hotelu Internacjonał (ale trumna z jego ciałem została zalana betonem w celu uniemożliwienia ewentualnej sekcji zwłok), wreszcie Osipa Mandelsztama, zmarłego w 1938 roku w łagrze pod Władywostokiem, dokąd trafił za działalność antyrewolucyjną. Na płycie były też dwa utwory do wierszy Fiodora Tiutczewa, który Polskę nazywał „Judaszem Słowiańszczyzny”, ze względu na jej katolicką tożsamość i opór wobec imperialnej Rosji. Dlaczego właśnie tej nocy odsłoniła się przede mną szalona rosyjska dusza, niezrównoważona, rozdarta na części, upokarzana i upokarzająca? Czemu znalazłem się w zaklętym kręgu rosyjskich dramatów, tuszowanych zbrodni i rozpaczliwych buntów? Nie wiem. Wiem tylko, że przesiedziałem w tym stanie do rana. Do chwili, gdy na jednej ze stron internetowych zobaczyłem informację o katastrofie polskiego samolotu pod Smoleńskiem.

Dla mojego i – podejrzewam – dla kilku innych pokoleń Polaków tragedia, która wydarzyła się 10 kwietnia 2010 roku, jest apokalipsą. Zmienia wszystko. Przywraca naszej świadomości doświadczenie zbiorowej ofiary, które mieli świadkowie II wojny światowej. Wprowadzając eschatologiczny niepokój, pozwala naprawdę zrozumieć uczestników kampanii wrześniowej, powstańców warszawskich, żołnierzy wyklętych. Ten powrót żywej pamięci narodowej, potwierdzony pochówkiem prezydenckiej pary na Wawelu, buduje pomost między Polską dawną a dzisiejszą. Jest potwierdzeniem wspólnoty polskiego losu, który jednoczy żywych i umarłych. Każe na nowo uwierzyć, że wielkie wydarzenia z udziałem Boga nie odeszły bezpowrotnie w przeszłość, ale dzieją się również tu i teraz. I wymagają od nas zajęcia stanowiska.

Czesław Miłosz napisał kiedyś: „Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów/ Ale czyste i dostojne słowa były zakazane/ Pod tak surową karą, że kto jedno z nich śmiał wymówić/ Już sam uważał się za zgubionego”. Tak żyliśmy. W obawie przed intelektualną kompromitacją stroniliśmy od słów takich jak Bóg, prawda, dobro, honor, ojczyzna. Kiedy zdemoralizowani politycy przy wtórze cynicznych mediów zwalczali Instytut Pamięci Narodowej, pluli na urząd prezydenta, a w polityce zagranicznej sprowadzali Polskę do poziomu przestraszonej panienki, my w poczuciu bezsilności machaliśmy ręką. Ale smoleńska tragedia wyzwoliła w nas nowe siły. Przynagleni duchowo, wyszliśmy z podziemia, żeby wspólnie się modlić, śpiewać pieśni i palić znicze. Tego zbiorowego doświadczenia nie wolno nam zaprzepaścić. Choć w mediach znów słychać skrzek karłów, musimy wciąż dawać świadectwo. W codziennym życiu i przy urnach wyborczych.

Ogólnonarodowe pojednanie? Nic takiego nigdy nie nastąpi. Ma rację Jarosław Marek Rymkiewicz, kiedy powtarza za Mickiewiczem, że są „Dwie Polski – ta o której wiedzieli prorocy/ I ta którą w objęcia bierze car północy/ Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie/ I ta druga – ta którą wiozą na lawecie”.

Nie ma sensu tracić sił na przekonywanie tych, dla których Polska jest tylko miejscem do mieszkania, a jej dziejową misją ma być upodobnienie się do sprawnej firmy, koncernu pomnażającego majątek i święty spokój. Trzeba raczej zadbać o to, by w sobie ocalić rozbudzoną w ostatnich tygodniach pasję, świadomość historyczną i eschatologiczną wyobraźnię. Nie możemy ponownie dać się uśpić medialnymi peanami na cześć materializmu, pragmatyzmu, wygodnictwa. Tym bardziej że – wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi – jeszcze raz zostaliśmy wydani na pastwę Rosji.

Prawda jest bowiem taka, że dla świata, który przez miesiąc zdążył zapomnieć o Smoleńsku, wciąż jesteśmy kłopotliwym państewkiem, komplikującym stosunki ze wschodnim mocarstwem. Jeśli zwycięży u nas „polityka miłości”, automatycznie znajdziemy się w strefie rosyjskich wpływów. Jeśli nie – znów będziemy musieli toczyć nierówną walkę o niepodległość; niekoniecznie zbrojną, na pewno jednak polityczną i gospodarczą. Co lepsze? Dobrowolnie podporządkować się Rosji i cieszyć się jej protekcjonalnym uznaniem czy zdecydować się na trudną, ale godną kontynuację historycznego konfliktu? Niestety, zawsze znajdą się w Polsce ludzie, dla których to pytanie pozostaje otwarte.

Kłopot z Rosją polega na jej rozdwojeniu jaźni, którego symboliczną figurą jest dwugłowy orzeł. Można uwielbiać przeciętnych Rosjan za ich biesiadną naturę i niezwykłą wrażliwość, ale nigdy nie wiadomo, co im strzeli do głowy. Cyniczna władza i duszoszczipatielnyj lud od wieków pozostają bowiem w tym kraju w chorobliwym związku. Tylko tam poczucie krzywdy nagle potrafi się przerodzić w ślepą wierność bezdusznemu imperium. Być może właśnie przed taką Rosją usiłowały mnie przestrzec niespokojne duchy dawnych poetów.

niedziela, 9 maja 2010

Pamiętajmy o ofiarach sowieckich żołnierzy

Rosjanie w towarzystwie Bronisława Komorowskiego świętują dziś na Placu Czerwonym w Moskwie rocznicę zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami.


















Kremlowscy politycy postanowili budować tożsamość Rosji na osiągnięciach Stalina. Mówią, że 65 lat temu przywrócili światu pokój, choć Polsce przynieśli kolejną okupację, której ofiarami, zwłaszcza w latach 1944-1963, padło wielu żołnierzy AK, NSZ i cywilnych patriotów. Składają hołd Armii Czerwonej – tej samej, która we wrześniu 1939 roku wspólnie z wojskami III Rzeszy rozpętała II wojnę światową, wkraczając na terytorium niepodległej Polski.

Także w naszym kraju są ludzie, którzy zapalają dziś znicze na mogiłach „młodych chłopców” z Armii Czerwonej. Tych samych „młodych chłopców”, którzy w 1945 roku „daleko od domu” w myśl zasady „krew nie woda” masowo gwałcili polskie kobiety. Była to praktyka szczególnie okrutna. Zwłaszcza na Śląsku i na Kaszubach Polki były gwałcone przez całe grupy czerwonoarmistów, kilku- a nawet kilkunastokrotnie, na oczach dzieci, mężów, rodziców, dziadków, rodzeństwa. Czynów tych dokonywano nie tylko na młodych dziewczynach i dojrzałych kobietach, także na kilkuletnich dziewczynkach i staruszkach. Powszechną praktyką Sowietów było ponadto okradanie polskich gospodarstw. Zdarzały się również przypadki mordowania niepokornych.

Zamiast czcić pamięć żołnierzy Armii Czerwonej – najeźdźców, złodziei i gwałcicieli – uczcijmy pamięć tych Polek i Polaków, którzy padli jej ofiarami.

piątek, 7 maja 2010

Brzydzę się moralizmami Władysława Bartoszewskiego

Uzasadniając swój start w wyborach prezydenckich, Jarosław Kaczyński napisał m.in.: „Tragicznie przerwane życie Prezydenta RP, śmierć elity patriotycznej Polski, oznacza dla nas jedno: musimy dokończyć Ich misję. Jesteśmy Im to winni, jesteśmy to winni naszej Ojczyźnie. Choć pogrążeni w bólu i żałobie, związani wieczną pamięcią o stracie, mamy obowiązek wypełnić Ich testament. Polska to nasze wspólne, wielkie zobowiązanie. Wymagające przezwyciężenia także osobistego cierpienia, podjęcia zadania pomimo osobistej tragedii”.

Władysław Bartoszewski dostrzegł w tym uzasadnieniu „manipulowanie dla osobistych korzyści zgonem swoich bliskich”, a postawę byłego premiera nazwał „nekrofilią”. Dodał też: „Ja się tym moralnie brzydzę. A moralna obrzydliwość jest dużo gorsza od różnic w programie politycznym”.

Powyższych słów nie można pozostawić bez reakcji. Dlatego pragnę wyznać, że od ostatniej kampanii przed wyborami do parlamentu brzydzę się publicznymi wypowiedziami Władysława Bartoszewskiego, pełnymi nienawiści, prymitywnych obelg i fałszywych moralizmów. Długo milczałem w tej sprawie ze względu na dawne zasługi polityka. Jednak po jego ostatnich słowach informuję, co następuje: nie widzę żadnej różnicy między postawą Władysława Bartoszewskiego, Janusza Palikota i Jerzego Urbana. Wszyscy oni są dla mnie agresywnymi szermierzami pogańskiego świata, pozbawionymi kręgosłupów moralnych i elementarnej przyzwoitości, nie potrafiącymi uszanować drugiego człowieka, jego godności, cierpienia i życiowych wyborów.

W związku z tym od dziś przestaję czytać wszelkie teksty Władysława Bartoszewskiego (włącznie z jego książkami o powstaniu warszawskim), podobnie jak nie śledzę wypowiedzi Janusza Palikota czy Jerzego Urbana.

czwartek, 6 maja 2010

Dlaczego nie poparłem akcji 9maja.pl

Grupa intelektualistów podpisała się pod listem otwartym, opublikowanym na stronie http://www.9maja.pl/.

W liście czytamy m.in.: „Po smoleńskiej katastrofie z 10 kwietnia 2010 roku naród rosyjski w szczery i ujmujący sposób wyraża swą solidarność z narodem polskim. (…) W uznaniu tej solidarności 9 maja zapalmy znicze na cmentarzach żołnierzy radzieckich, na grobach Rosjan i przedstawicieli innych narodowości, którzy również zginęli daleko od domu, daleko od bliskich. (…)”.

Muszę przyznać, że mnie również proponowano poparcie powyższego apelu. Odmówiłem grzecznie, lecz stanowczo. Powody są dwa.

Po pierwsze, data 9 maja, świętowana w Rosji jako dzień zwycięskiego zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, kojarzy mi się z tekstem powstańczej pieśni: „Czekamy ciebie czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci. Byś nam, kraj przed tym rozdarłszy na ćwierci, była zbawieniem, witanym z odrazą”. Dla mnie jest więc jedną z dat oznaczających początek okupacji sowieckiej (najpierw bezpośredniej, następnie „przez przedstawiciela”) w powojennej Polsce.

Po drugie, groby sowieckich żołnierzy kojarzą mi się ze zbrodniami dokonanymi przez Armię Czerwoną na mojej rodzinnej ziemi podczas jej tzw. „wyzwalania”: morderstwami, gwałtami, grabieżami, metodycznym niszczeniem zabudowy. Nie odmawiam nikomu prawa do palenia zniczy na mogiłach wrogów, choć sam omijam sowieckie cmentarze szerokim łukiem. Jednak namawianie Polaków do zbiorowego uczczenia pamięci czerwonoarmistów w dniu 9 maja uważam za akt stricte polityczny, sprzeczny z polską racją stanu, miłością ojczyzny i zdrowym rozsądkiem.

niedziela, 2 maja 2010

„In hora mortis” z obrazem i muzyką

Dziękuję za wszystkie dobre słowa, które dotarły do mnie po publikacji wiersza „In hora mortis”. Przedstawiam filmową wersję utworu (najlepiej oglądać w oryginalnej rozdzielczości na stronie YouTube):



Tekst „In hora mortis”