piątek, 26 maja 2017

Raciborskie sentymenty

Wpis do sztambucha z okazji jubileuszu „Almanachu Prowincjonalnego”.

Tercet moich przyjaciół podczas wieczoru jubileuszowego 13 maja 2017 r. Od lewej: Miloš Doležal,
Andrzej Babuchowski, Marek Rapnicki. Wyżej portret Wojciecha Kilara. Fot. Anna Łapka.


Pierwsze skojarzenie z Raciborzem: matecznik słowa. Miejsce podobne do winnicy, w której uprawiane są rzadkie odmiany winorośli, wymagające wyjątkowo cierpliwej i troskliwej pielęgnacji.

Drugie skojarzenie: przestrzeń spotkań ponad granicami. Brama szeroko otwarta, z perspektywy północy – na kulturę czeską, z perspektywy południa – na kulturę polską. Słowiański raj dla poetów i tłumaczy, który cyklicznie znajduje odzwierciedlenie w „Almanachu Prowincjonalnym”.

Trzecie skojarzenie: teatr poezji. Wiersze odczytywane ze sceny Raciborskiego Centrum Kultury, dialogujące ze światłem, muzyką i ciszą. Zdolne do poruszania słuchaczy, bo oprawione w ramy spektaklu.

Czwarte skojarzenie: młodzież. W żadnym innym mieście nie spotkałem tylu wrażliwych młodych ludzi, twórczo zaangażowanych w kulturę. Jestem pewien, że doświadczenie dzielenia się słowem to wciąż ważna cząstka ich życia.

Piąte skojarzenie: hodowca winorośli. Człowiek, który w raciborskim mateczniku słowa odgrywa tę samą rolę, jaką odgrywał Piotr Skrzynecki w krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Tu muszę się przyznać, że aby nie stawiać mojego przyjaciela w niezręcznej sytuacji, trochę namieszałem w rankingu skojarzeń. Może zacznę od początku... Pierwsze skojarzenie z Raciborzem: Marek Rapnicki.

niedziela, 14 maja 2017

Żółte serce, niebieska krew

Historia Arki Gdynia to dzieje kilku pokoleń piłkarzy i kibiców, którzy swoją słabość przekuli w siłę.

"Gość Niedzielny" nr 19/2017

Nie telefonujcie do mnie w najbliższym czasie, bo przeciążyłem mięśnie krtani i mówię szeptem. Żona, która pierwszy raz w dziejach naszego małżeństwa dała się wyciągnąć na mecz, też krzyczała, ale głosu nie straciła. W końcu jest zawodowcem – uczy w szkole. Ja już po golu Rafała Siemaszki nabawiłem się chrypy, a po bramce łysego jak kolano Luki Zarandii przestałem być dyspozytorem własnych strun głosowych. W finale piłkarskiego Pucharu Polski, rozgrywanym na Stadionie Narodowym w Warszawie, Arka Gdynia pokonała po dogrywce Lecha Poznań 2:1 i powtórzyła swój historyczny sukces z 1979 roku.

Kiedy właściwie to się zaczęło? Kiedy moja dziecięca fascynacja przekształciła się w miłość do barw klubowych? Do dziś pamiętam dzień, gdy po raz pierwszy przekroczyłem bramę gdyńskiego stadionu przy ul. Ejsmonda. Jest pogodna, lipcowa niedziela A.D. 1982. Mój starszy brat i ja wysiadamy z kolejki SKM na stacji Wzgórze Nowotki (dziś: Wzgórze św. Maksymiliana) i idziemy, mijając kolejne bloki i domki jednorodzinne, skrzynki z butelkami na mleko i gmach III LO. Najpierw chodnikiem, potem żużlową drogą, by w końcu wyjść na szeroką ulicę prowadzącą do stadionu i zniknąć w tłumie. W pierwszym po spadku z ekstraklasy meczu na własnym boisku Arka nieoczekiwanie ponosi porażkę, ale nie to jest najważniejsze. Liczą się obrazy, które zostaną ze mną na zawsze: żółto- -niebieskie flagi, górka pod lasem wypełniona najwierniejszymi kibicami, morze wyłaniające się zza otwartej trybuny. I to poczucie wolności, kiedy po strzelonym golu zrywamy się i krzyczymy: „Jeeest!”.

Każdy klub ma indywidualny charakter, nadany w momencie jego powstania i kształtowany przez historię. Arka, założona w 1929 r. w modernistycznej, dynamicznie rozwijającej się Gdyni, to „klub marzeń miasta z morza”. Ale równie ważnym źródłem jej mitologii jest lądowa obrona Wybrzeża we wrześniu 1939 r. Przez dziewiętnaście dni oddziały dowodzone przez płk. Stanisława Dąbka zaciekle broniły Gdyni przed niemieckimi wojskami, wyprowadzając brawurowe kontrataki. Obrońcy wiedzieli, że nie mogą liczyć na pomoc z głębi Polski, a jednak wzięli na siebie ciężar walk. Po przerwaniu przez Niemców linii obrony w Redłowie płk Dąbek wycofał swoich żołnierzy na Kępę Oksywską, gdzie rozegrało się decydujące starcie z przeważającymi siłami wroga. Dowódca nie dał się wziąć do niewoli. Wierny przysiędze: „Pokażę wam, jak Polak walczy i umiera”, odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. W ostatniej rozmowie z komisarzem rządu II RP, Franciszkiem Sokołem, prosił: „Powiedz, że u gdynian znalazłem odwagę, pogardę wobec nieprzyjaciela i umiłowanie swej słonecznej Gdyni”.

Ktoś powie, że ta lekcja historii w kontekście futbolowym jest nie na miejscu. Ale ukochany klub to nie tylko kopanie piłki. To przede wszystkim mit, tradycja, doświadczenie wierności, honoru i solidarności, jednym zdaniem – szkoła charakteru. Kibicowanie w swoim najgłębszym sensie opiera się na tych samych zasadach co patriotyzm, generuje podobne emocje, jest formą, która w warunkach pokoju zastępuje prawdziwą walkę o wolność. Czy opłakując utracony stadion przy ul. Ejsmonda, nie czujemy się jak ludzie wygnani z Kresów, gdzie biło serce Rzeczypospolitej? Czy wieloletnia tułaczka po II i III lidze nie przypomina zgrzebnej rzeczywistości PRL? Czy powrót do ekstraklasy w 2005 r. w niejasnym kontekście korupcji nie jest jak „transformacja ustrojowa” przeprowadzona w atmosferze „zgniłego kompromisu” między opozycją a komunistami?

Historia Arki Gdynia to dzieje kilku pokoleń piłkarzy i kibiców, którzy swoją słabość przekuli w siłę. Postawieni wobec przeciwności, z jakimi nie miały do czynienia bogatsze kluby, nauczyli się marzyć, „gryźć trawę” i – zwyciężać. Dla kibica Legii zdobycie kolejnego Pucharu Polski to chleb powszedni. Dla nas, „śledzi”, triumf na Stadionie Narodowym jest jak odzyskanie niepodległości.

Piłkarze Arki od wielu lat rozgrywają mecze na obiekcie miejskim przy ul. Olimpijskiej. A co zostało ze stadionu przy ul. Ejsmonda? Niewiele: zarośnięta trawą górka oraz tunel dla graczy i sędziów w miejscu, gdzie wznosiła się trybuna kryta. Betonowe siedziska wyrwano, kiosk z pamiątkami zburzono, zieloną murawę zamieniono na korty tenisowe. A jednak to właśnie tam, na historycznej górce, piłkarze i kibice świętowali w ostatnią sobotę zdobycie trofeum. Hasło fety brzmiało: „Puchar Polski wraca na Świętą Ziemię”.

piątek, 5 maja 2017

Arka Gdynia z Pucharem Polski!

Najpiękniejszy dzień w moim kibicowskim życiu.

Warszawa, Stadion Narodowy, 2 maja 2017 roku.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Moja poezja wróci do podręczników?

Ministerstwo Edukacji Narodowej przedstawiło projekt podstawy programowej dla szkół średnich. Na liście lektur obowiązkowych dla uczniów liceów i techników (zakres podstawowy) są moje wiersze.

Konsultacje społeczne w sprawie projektu potrwają do 26 maja. Nowa podstawa programowa ma obowiązywać od roku szkolnego 2019/2020.

W przeszłości moja poezja była już interpretowana na lekcjach języka polskiego oraz publikowana w książkach dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych, m.in. w podręcznikach „Język polski. Literatura i nauka o języku” (Wydawnictwo Szkolne PWN, 2002) i „Przeszłość to dziś. Literatura, język, kultura” (Wydawnictwo Stentor, 2004).

piątek, 28 kwietnia 2017

Orfeusz w uszance i walonkach

W dwudziestce książek nominowanych do Nagrody Poetyckiej Orfeusz im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego zabrakło miejsca dla „Epigonii”. 

Taką decyzję podjęło jury obradujące wczoraj w warszawskim Domu Literatury: Janusz Drzewucki, Antoni Libera, Jarosław Ławski (przewodniczący), Bronisław Maj. 

Tych spośród moich Czytelników, którzy sugerują, że usunięcie „Epigonii” z kolejki po tytuł „najlepszego tomu roku” jest skandalem, proszę o spokojną ocenę sytuacji. 

Otóż kilka razy otwarcie mówiłem, że przez szacunek dla tradycji niepodległościowej nie przyjąłbym nagrody, której patronuje Gałczyński – autor panegiryków na cześć Stalina, usiłującej odebrać godność żołnierzom niezłomnym „Piosenki o wilkach”, a także słów do komunistycznej pieśni „Ukochany kraj”, pomyślanej jako alternatywa dla hymnu narodowego. W tym kontekście wydaje mi się, że jury postąpiło bardzo roztropnie, eliminując „Epigonię” już na wstępnym etapie swoich prac. 

Przy okazji informuję, że nie interesują mnie również nominacje do nagród Nike i Gdynia oraz do istniejących realnie bądź w sferze pomysłów laurów im. Tuwima, Broniewskiego, Włodka, Szymborskiej, Iwaszkiewicza, Ważyka, Przybosia, Słonimskiego, Różewicza itp.

A poza tym uważam, że Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina musi zostać zburzony.

piątek, 14 kwietnia 2017

Wielkanoc 2017


Tamten kwiecień

W XX wieku Polacy często stawiali hipotezy oparte na teorii spiskowej. O absurdalności tych hipotez świadczyło wszystko. Z wyjątkiem tego, że okazały się prawdziwe. 

"Gość Niedzielny" nr 15/2017

To było jak przebudzenie z letargu. Wtedy, rankiem 10 kwietnia 2010 roku, gdy okazało się, że historia wcale się nie skończyła. Długo nie potrafiłem wyjść z domu. Przeżywałem narodową tragedię, widząc przez okno bociany, które po zimie zdążyły już wrócić do gniazda na wieży kościoła. Pamiętam, że kiedy po dwóch tygodniach znalazłem się w nowoczesnym parku handlowym, miałem wrażenie, że to jakaś warstwa skamielin, odkopana przez archeologów. Współczesna rzeczywistość była gdzie indziej. Pulsowała w mojej duszy, oświetlana odległym blaskiem zniczy z Krakowskiego Przedmieścia. Wsłuchiwałem się w głosy dawnych poetów, pisałem „De profundis”. Na swoim blogu notowałem: „Głęboki niepokój sprawia, że od trzech dni wielu z nas nie może normalnie jeść ani spać. Snujemy się z zastygłym na twarzy grymasem bólu, mechanicznie wykonując codzienne obowiązki. W głowach siedzi nam śmierć, znienawidzona za swoje okrucieństwo, ale też wyrywająca nas z jałowego materializmu. Smoleńska tragedia daje nam szansę na nowy romantyzm, ukazujący dzieje Polski w perspektywie duchowej. Czas wreszcie przestać wstydzić się żarliwego patriotyzmu i katolicyzmu, który przez wieki stanowił o naszej tożsamości i sile. Pora przywrócić naszej kulturze wykpione przez cyników wielkie słowa, takie jak Bóg, prawda, dobro, honor, ojczyzna. Odzyskać pasję, odwagę, zdolność do ponoszenia krwawych ofiar, eschatologiczną wyobraźnię. I zacząć naprawdę kochać Polskę, a nie traktować ją jak miejsce do mieszkania”.

Dziś materializm nie jest już dla mnie problemem, a o przyszłości polskiej kultury myślę bez lęku. Przez siedem ostatnich lat spotkałem zbyt wielu Polaków, którzy wobec Smoleńska zachowali się jak trzeba, żeby wątpić w żywotność naszego narodu. Przechodząc Krakowskim Przedmieściem, czuję się cząstką wielkiej wspólnoty żywych i umarłych, której spoiwem jest pamięć pokoleń, i z czystym sumieniem mogę powtórzyć za Stanisławem Baczyńskim (ojcem Krzysztofa Kamila): „Dusza polska posiada cel wielkości, a przez to wielką już się stała”. Morze płonących zniczy wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim, łopot biało-czerwonych flag, tysiące ludzi śpiewających religijne pieśni, wzajemne uściski, uśmiechy – wszystko to stało się zaczynem duchowego odrodzenia, pogłębienia świadomości historycznej i powrotu do przerwanej misji w Europie.

Ale z tamtego kwietnia pamiętam także inne obrazy. Leśne złomowisko. Kawałek blachy z biało--czerwoną szachownicą. Skierowane w niebo koła samolotu. Między drzewami porozrzucane fragmenty bagażu, foteli i ludzkich szczątków. Popiół wymieszany z błotem. Tych kadrów nie da się unieważnić, odrzucić, wyprzeć ze świadomości. Podobnie jak nie da się zapomnieć słów śp. Walerii Nowodworskiej: „Antysowiecki Kaczyński pomylił się tylko raz – kiedy poleciał sowieckim samolotem na sowieckie terytorium, zaufawszy sowieckiej władzy”.

Gdy w 1947 roku Józef Mackiewicz opublikował w tygodniku „Lwów i Wilno” artykuł „Dymy nad Katyniem”, w którym postawił tezę, że potwornego mordu na polskich oficerach mogli dokonać tylko bolszewicy, redakcja londyńskich „Wiadomości” zamieściła komentarz: „Wiedzieliśmy o tym od dawna, wie o tym cały świat, wiedzieli sędziowie z procesu norymberskiego, wiedzą sztaby i kancelarie dyplomatyczne, wiedzą dziennikarze i publicyści. To, że milczą – jest miarą ich upodlenia”.

Myślę, że milczenie jest miarą upodlenia także w sprawie Smoleńska. Czyżbym po siedmiu latach od tragedii przyznawał się do wiary w spisek? Bez żadnych podstaw, dowodów, w kontrze do ustaleń oficjalnych komisji? Przecież to absurd niegodny inteligenta!

Być może. Warto jednak przypomnieć, że w XX wieku Polacy często stawiali hipotezy oparte na teorii spiskowej. Kiedy 23 sierpnia 1939 roku w Moskwie Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow podpisywali pakt o nieagresji, bezpodstawnie podejrzewaliśmy, że Niemcy i Rosja chcą nam odebrać niepodległość, a wojna wisi w powietrzu. Gdy w sierpniu 1944 roku sowieckie wojska wstrzymały atak na Warszawę, twierdziliśmy gołosłownie, że robią to specjalnie, żeby powstańcy się wykrwawili. Po konferencjach w Teheranie i Jałcie sugerowaliśmy z kolei bez żadnych dowodów, że Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt sprzedali Polskę Józefowi Stalinowi. Wreszcie przez pół wieku szeptaliśmy między sobą, że odkryte w 1943 roku w Katyniu masowe groby polskich oficerów to sprawka Sowietów.

W każdym przypadku były to efekty przywiązania do teorii spiskowej, niegodne racjonalisty projekcje, tradycyjne polskie brednie, skutki naszego przewrażliwienia na własnym punkcie. O absurdalności tych hipotez świadczyło wszystko. Z wyjątkiem tego, że okazały się prawdziwe.

Nocne Polaków rozmowy (2)

W środowy wieczór radiowa Jedynka wyemitowała drugi odcinek audycji Jana Pospieszalskiego z moim udziałem. 

Tym razem mówiłem m.in. o wspólnotowym przeżywaniu smoleńskiej tragedii, chrystologicznym obliczu Warszawy, patriotycznych tradycjach Krakowskiego Przedmieścia i powołaniu poety do śpiewania. Obie części rozmowy można odsłuchać na portalu Polskiego Radia.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Spotkanie autorskie w Sieradzu

W piątek 21 kwietnia będę gościem Wróblewskiego Stowarzyszenia Oświatowego „Nie pytaj” oraz Powiatowej Biblioteki Publicznej. 

Spotkanie zorganizowane w ramach IV. Festiwalu Pamięci i Historii rozpocznie się o godz. 15.00 w budynku Powiatowej Biblioteki Publicznej w Sieradzu, ul. Żwirki i Wigury 4. Serdecznie zapraszam!