niedziela, 31 sierpnia 2014

Świat jak z Bruegla

Dzisiaj wieczorem Trzeci Program Czeskiego Radia „Vltava” przypomni reportaż z wizyty Miloša Doležala w Matarni, poświęcony moim wierszom i inspiracjom.

Godzinna audycja w języku czeskim „Svět jako z Brueghela” rozpocznie się o godz. 20.00. Zapraszam do słuchania na żywo za pośrednictwem portalu rozgłośni (rubryka „Živé vysílání”, ikonka przypominająca przycisk „play”).

środa, 20 sierpnia 2014

Gorycz i chwała

120 lat temu urodził się Kazimierz Wierzyński.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 33/2014

Korzenie rodzinne Kazimierza Wierzyńskiego sięgają niemieckiej osady Unterwalden, założonej niedaleko Lwowa w ramach tzw. kolonizacji józefińskiej. Stamtąd pochodził Andreas Wirstlein, który szybko rozpoczął pracę w kolejnictwie, a po śmierci pierwszej żony poślubił polską szlachciankę Felicję z Dunin-Wąsowiczów. Przyszły poeta urodził się jako ich drugi syn 27 sierpnia 1894 roku na stacji kolejowej w Drohobyczu. Jego wyobraźnię ukształtowały torowiska Galicji Wschodniej, które jak krwiobieg wypełniały nową energią wielokulturową krainę, a także piesze wycieczki ze stacji w Stryju, Samborze czy Stanisławowie w stronę północnych stoków Karpat. „Nagłe polany w lasach, kiedy z chłodnego cienia wychodzi się na złotą misę kipiących traw, legowiska sarnie z wygniecioną pościółką, dzikie maliny wśród pajęczyn, na których rosa nie wysycha do południa, i przełęcze, przełęcze, gdzie wieje mocny wiatr i otwierają się dwa widoki, z prawa i z lewa, spadające w dół, z kucymi wsiami w georginiach i malwach, z dziewanną, z jastrzębiami pod niebem i kwiczołami na jałowcach jesienią” – wspominał poeta po latach tę Atlantydę swego dzieciństwa i II Rzeczypospolitej.

W tej ostatniej Wierzyński – jako czołowy skamandryta – zrobił błyskotliwą karierę. Jego beztroskie wiersze z tomów „Wiosna i wino” (1919) i „Wróble na dachu” (1921), współbrzmiące z ogólnym entuzjazmem po odzyskaniu niepodległości, utorowały mu drogę do serc pensjonarek i na warszawskie salony. Niestety, również dla większości dzisiejszych wykładowców i studentów polonistyki pozostaje Wierzyński młodym poetą, co to „zielono ma w głowie i fiołki w niej kwitną”. Tymczasem jego dojrzała – długa i wspaniała! – droga pisarska zaczęła się dopiero od tomu „Wolność tragiczna” (1936), w którym dawny lekkoduch podjął refleksję historiozoficzną, opierając się na tradycji legionowej. Włożona w usta Józefa Piłsudskiego fraza: „Skazuję was na wielkość. Bez niej zewsząd zguba” brzmiała tak sugestywnie, że powszechnie uznawano ją wówczas za dosłowny cytat z Marszałka.

Cała późniejsza droga Wierzyńskiego – twórcza i życiowa – to historia heroicznego przełamywania „artystowskiej” próżności w imię wspólnoty polskiego losu. Od września 1939 roku przebywający na emigracji poeta zapisywał doświadczenie narodu, który honorowo stanął w obronie cywilizacji europejskiej, a później został przez swych „aliantów” zdradzony w Teheranie i Jałcie. Tej Polsce dumnej i nieujarzmionej, choć pozbawionej własnego państwa, Wierzyński oddał serce i talent. Był wieszczem Rzeczypospolitej pielgrzymiej, rozproszonej po wszystkich kontynentach. Tej, która wyszła z domu niewoli z armią Władysława Andersa, walczyła pod Monte Cassino, opłakiwała płonącą Warszawę, organizowała przyczółki narodowej kultury w Londynie czy Nowym Jorku i przechowała depozyt II RP. Tej, która powinna stać się fundamentem III RP, ale się nie stała.

Łatwo zrozumieć, dlaczego w PRL twórczość Wierzyńskiego padła łupem komunistycznej cenzury. Trudniej pojąć, dlaczego jego wstrząsające wiersze o naszym wspólnym losie, zwłaszcza te z tomu „Krzyże i miecze” (1946), doczekały się tylko jednej edycji po 1989 roku. Nie możemy jednak o nich zapomnieć. Musimy szukać ich w internecie, wydaniach emigracyjnych i w tej jedynej kompletnej edycji „Poezji zebranych” (Wydawnictwo Łuk, Białystok 1994). Trzeba uczyć się ich na pamięć: „Jeśli padnie Warszawa, to nie miasto padnie,/ I nie polska stolica w podziemiach swych skona,/ Lecz wolność wszystkich ludzi, zdeptana gdzieś na dnie,/ I prawda wszystkich czasów, przez wszystkich zdradzona”.

Wierzyński głęboko wierzył w sens zrywu warszawskiej Nike, która „umiera pokonana, umiera zwycięska”. I zamiast rozliczać dowódców powstania warszawskiego, przysięgał generałowi, co „przezwał się dla innych Borem,/ A dla nas – o Lwim Sercu pozostał legendą”, nieustającą pamięć narodu. Aby „Śród grobów, z których łuna nad światem wyrasta/ Szedł nie regiment ruski, nie marszałek Żukow,/ Lecz aby tam powstała, wierna do ostatka,/ I, jak duch niewidzialny, szła pokoleniami/ Miłość nasza raniona, wieczna nasza matka,/ A imię jej niech będzie wciąż pomiędzy nami”.

Tej wiary w chrześcijańską moc polskości nie zmieniła bolesna świadomość sowieckich i ubeckich represji ani gorzka wiedza o zdradzie „aliantów”. Poeta nie miał złudzeń co do natury Moskali i prawideł międzynarodowej polityki. „Dopiero gdy uskrzydlisz się wspólnym zwyczajem/ I zrównasz do obłudy, która wszystkich brata,/ Przywrócą ci honory i obdarzą krajem,/ I taką świat cię znowu wprowadzi do świata” – pisał w wierszu „Polsko, którą przezwano”. Myśl, że mógłby dać się zamknąć w peerelowskiej „złotej klatce” była dla niego obelgą. Podróżując po USA i Europie, nie prowadził gier z cenzurą, nie spotykał się z esbekami, żeby uzyskać paszport, nie ściskał dłoni komunistycznych literatów i dygnitarzy. Mówił głosem wolnego pisarza, świadcząc o prawdzie historycznej.

Oczywiście, płacił za to jątrzącym poczuciem samotności i wyobcowania. Czy nie tak właśnie czujemy się dziś my wszyscy – „mohery”, „katoliccy talibowie”, „pisiory” – zepchnięci na margines III RP? Może to do nas kieruje Wierzyński swe gorzkie słowa: „Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny,/ Wstąp tu, gdzie czekam po kryjomu:/ W ugornej pustce jałowizny/ Będziemy razem nie mieć domu”.

piątek, 1 sierpnia 2014

wtorek, 22 lipca 2014

Zanim rzucą nas lwom na pożarcie

Chrześcijanie protestują, rząd robi swoje.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 29/2014

Reakcja Kościoła na głośny spektakl „Golgota Picnic” i państwową nagonkę na prof. Bogdana Chazana ma niewątpliwie wymiar ewangelizacyjny. W całej Polsce chrześcijanie wychodzą na place i ulice, żeby bronić życia i rodziny, upominać się o prawo lekarzy do stosowania klauzuli sumienia, protestować przeciwko bluźnierczym tendencjom w kulturze, a przy okazji świadczyć o darmowej miłości Boga. Niestety, są to już tylko manifestacje mniejszości, która przez ogół społeczeństwa jest postrzegana jako grupa fanatyków lub dziwaków.

Gdy w połowie lat 90. XX wieku jedna z niemieckich gazet z okazji kolejnej rocznicy pontyfikatu Jana Pawła II opublikowała reportaż o polskim katolicyzmie ludowym, jego tytuł brzmiał: „Tam, gdzie Bóg ma jeszcze swoją ojczyznę”. Dziś sytuacja chrześcijan nad Wisłą nie różni się zasadniczo od położenia naszych braci na Zachodzie. Mamy swoje organizacje pro-life i liderów posługujących się retoryką przejętą od amerykańskich pastorów-aktywistów. Podpisujemy setki listów otwartych, rozpaczliwie upominamy się o swoje „prawa”, ale mury, które przed nami postawiono, wciąż „rosną, rosną, rosną”, jak w piosence Jacka Kaczmarskiego. Przestrzeń naszej „wolności religijnej” skurczyła się do rozmiarów getta i z każdym rokiem będzie mniejsza. Żarliwe protesty spowalniają ten proces, ale go nie zatrzymają.

Choć postmodernistyczna rewolucja zaczęła się w Polsce z lekkim opóźnieniem w stosunku do krajów Zachodu, to posiada ten sam mechanizm. Służy jej przede wszystkim metoda małych kroków i programowego stopniowania zła. Gdy trwają jeszcze dyskusje nad jedną transgresją kulturową, np. nad zdefiniowaniem homoseksualizmu jako „orientacji seksualnej”, w przestrzeń publiczną zostaje wrzucony kolejny „kontrowersyjny” projekt, np. powszechne prawo kobiet do aborcji. Wskutek protestów katolików ten drugi pomysł udaje się czasowo zablokować, ale większość z nas ustępuje w pierwszej sprawie, która wobec zabijania nienarodzonych wydaje się błahostką. Kiedy jednak pojawia się temat adopcji dzieci przez „gejów”, wielu katolików, zwłaszcza nominalnych, jest skłonnych zaakceptować kompromisowe ustawodawstwo w sprawie aborcji. Dziś jesteśmy dumni z faktu, że zdołaliśmy powstrzymać ideologów gender przed ingerencją w tożsamość płciową przedszkolaków. A genderyści się cieszą, że w konsekwencji mniej poważnie traktujemy kwestię seksedukacji i popularyzacji antykoncepcji w szkołach.

Ta manipulacja powtarza się jak wątek zdrady małżeńskiej w telenoweli. To dzięki metodzie małych kroków Polacy obojętnieją na in vitro, odbieranie dzieci rodzicom oskarżonym o „chłód emocjonalny”, a niedługo bez większych oporów pogodzą się pewnie z „prawem” do eutanazji, które w praktyce oznacza eksterminację ubezwłasnowolnionych staruszków. Niedawno usłyszałem relację kobiety w stanie błogosławionym, która poddała się w Skandynawii badaniom USG. Na proste pytanie: „Chłopiec czy dziewczynka?”, szwedzki lekarz odpowiedział jej: „Tego przecież nie można stwierdzić. Chyba nie sądzi pani, że organ zewnętrzny determinuje tożsamość płciową”. Czy w Polsce takie „doradztwo medyczne” jest niemożliwe? Poczekajmy kilka lat, a wtedy przekonamy się, że jest nie tylko możliwe, ale i nakazane przez prawo.

Ktoś powie, że nie powinniśmy byli wstępować do Unii Europejskiej, która narzuca barbarzyńskie tendencje w kulturze. Jan Paweł II uważał inaczej. Miał nadzieję, że „przyjęcie nowych państw członkowskich wzbogaci nasz kontynent o wspaniałe dziedzictwo tradycji kulturalnych i religijnych”. Ale wzywał nas jednocześnie do wykonania pewnej pracy duchowej w kulturze, bez której dążenia polityczne nie mogą wydać spodziewanych owoców. Tej pracy w wymiarze powszechnym nie wykonaliśmy. Papież brał pod uwagę również taką ewentualność. Wielokrotnie przestrzegał, że „demokracja bez wartości zamienia się w jawny lub ukryty totalitaryzm”. Żyjemy właśnie w takim systemie, dziś już bardziej jawnym niż ukrytym. Obecna władza nad Wisłą od lat realizuje dwa programy: antypolski i antychrześcijański, obsadzając instytucje kultury tęczowymi rewolucjonistami. Ale wielu chrześcijan nadal nie widzi związku między polityką państwa a własną sytuacją. Niektórzy są w stanie nawet popierać rząd aferzystów, porównując Donalda Tuska do zagubionej jawnogrzesznicy.

Protesty są oczywiście potrzebne, zwłaszcza gdy towarzyszy im ewangelizacja. Świadectwa na placach tworzą pomost między żywym Chrystusem a pojedynczymi ludźmi. Aby ewangelizować cały kontynent, trzeba jednak odtworzyć kulturę narodową, która będzie chronić wartości duchowe, wolność sumienia i pamięć o poświęceniu przeszłych pokoleń. A tego z kolei nie da się osiągnąć bez zaangażowania społecznego i politycznego, włącznie z masowym i odpowiedzialnym głosowaniem w wyborach. Być może jest już za późno na odzyskanie państwa. W takim wypadku czeka nas lub nasze dzieci perspektywa dalszych protestów, stopniowe poddawanie się prześladowaniom, wreszcie osobiste spotkanie z lwami na Stadionie Narodowym („Nie róbmy polityki, budujmy stadiony”). Ma to swój głęboko ewangeliczny sens. Czy jednak nie okazujemy się sługami gnuśnymi i nieużytecznymi, już dziś ustawiając się w kolejce do wybiegu? I czy nie popełniamy grzechu zaniechania, rezygnując z walki o wolną Polskę?