czwartek, 9 października 2014

Zychowszczyzna kontra historia

Jak przemądrzali publicyści próbują zrobić z Polaków kolaborantów, zdrajców i cyników.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 41/2014

Gdy ponad dwa lata temu młody dziennikarz „Rzeczpospolitej” i tygodnika „Uważam Rze” Piotr Zychowicz opublikował książkę „Pakt Ribbentrop–Beck, czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki”, wydawało się, że to jednorazowa prowokacja, która znajdzie uznanie wyłącznie wśród konsumentów tabloidów. Okazało się jednak, że zapotrzebowanie na cudowne projekty, które mają zrewidować polską historię i uchronić nas przed kolejnymi klęskami, jest zjawiskiem szerszym.

Witryny sieciowych księgarń i kiosków pełne są dziś materiałów służących do budowy nowego porządku historycznego. W dziejach III RP chyba tylko wyborcza idea Donalda Tuska: „Nie róbmy polityki, budujmy stadiony”, miała porównywalną promocję. Po debiutanckiej cegle Zychowicz zdążył już dostarczyć na rynek dwa następne pustaki: „Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie” i „Opcja niemiecka, czyli jak polscy antykomuniści próbowali porozumieć się z Trzecią Rzeszą”. Solidny bloczek betonowy pt. „Jakie piękne samobójstwo. Dlaczego Polacy walczyli o swoje zniewolenie?” dorzucił Rafał Ziemkiewicz. O atrakcyjne opakowanie materiałów zadbał z kolei Sławomir Cenckiewicz – jedyny w tym gronie zawodowy historyk, bezkrytycznie wychwalający samowolę budowlaną w tygodniku „Do Rzeczy”.

Główne tezy rewizjonistów brzmią: w 1939 roku Polska powinna była zawrzeć sojusz z III Rzeszą, decyzja o wywołaniu powstania warszawskiego była zbrodniczą głupotą, w świecie międzynarodowej polityki musimy kierować się cynizmem, a nie takimi abstrakcyjnymi wartościami jak prawda czy honor. Na hipotetyczny zarzut, że porozumienie z Hitlerem byłoby „sojuszem z diabłem”, Ziemkiewicz odpowiada: „Tak, oczywiście. I co z tego? Poza jedną jedyną Polską jakoś nikt wtedy zawieraniem sojuszu z diabłem się nie brzydził”. Wyjątkowość niezłomnej postawy Polaków podczas wojny ma być więc argumentem przeciwko nim. Cnota zostaje uznana za grzech, wierność wartościom europejskiej cywilizacji – za zawstydzający anachronizm. Zychowicz i jego koledzy starają się nas przekonać, byśmy raz na zawsze zapomnieli o ideałach. W zamian obiecują niekończące się pasmo zwycięstw. Trafnie podsumował te rojenia Piotr Gursztyn, pisząc w „Do Rzeczy”, że zdaniem rewizjonistów, „wszystko da się przewidzieć, sąsiedzi i partnerzy są od nas głupsi i dadzą się ograć jak w każdym dowcipie o Polaku, Rusku i Niemcu”.

Najbardziej klarowna reakcja na rewizjonistyczne brednie nastąpiła jednak na długo przed pojawieniem się zychowszczyzny. W październiku 1941 roku Ignacy Matuszewski pytał retorycznie na łamach londyńskich „Wiadomości”: „Dlaczego taka prosta i taka logiczna rzecz, jak, nieunikniony rzekomo, wybór »albo Rosja, albo Niemcy« – nie nastąpił, choć miał mniej więcej tysiąc lat czasu, by się stać? Czemu, do diabła, Polska w ciągu tysiąca lat ani przez godzinę nie poddała się dobrowolnie kierownictwu niemieckiemu czy rosyjskiemu? Czemu nigdy nie weszła »in close association« z tym lub tamtym z tych sąsiadów? (...) Przypisanie tego tylko przekornemu charakterowi Polaków – jest doprawdy zbyt płytkie”.

W artykule „Wola Polski” Matuszewski dowodził, że Polska nie mogła sprzymierzyć się z sąsiednimi mocarstwami, bo od początku swego istnienia należy do innej wspólnoty. Cywilizacyjna i duchowa przepaść wobec Rosji jest oczywista. Ale i Niemcy „na wschodzie zawsze były tym, czym są dzisiaj Niemcy hitlerowskie dla świata”. „Nie tylko z sadyzmu niszczy się bez potrzeby Zamek królewski w Warszawie, nie tylko z barbarzyństwa czyni się z królewskiej sypialni św. Jadwigi na Wawelu miejsce odchodowe dla żołdactwa. (...) Naród niemiecki nie chce być członkiem wspólnoty zachodnioeuropejskiej – gdyż musiałby w niej zasiadać »inter pares«. Dlatego musi tę wspólnotę zamordować”.

Materialistyczne potęgi, jak Anglia czy Francja, które zdradziły kulturę Zachodu, gwałcąc wierność słowu, świętość sojuszniczego kontraktu, wyszły z wojny uświnione, ale zwycięskie. Polska za dochowanie wierności płaci najwyższą cenę do dzisiaj. To prawda. Czy jednak mamy pewność, że gdybyśmy w porę zaprzedali duszę diabłu, dopuszczono by nas do wspólnego koryta? Obawiam się, że w naszej sytuacji geopolitycznej cynizm nie jest gwarancją sukcesu. Choćby w głębi kontynentu sól zwietrzała, my wciąż musimy być ośrodkiem chrześcijańskiej cywilizacji, żeby istnieć. A swoją drogą: jak nisko trzeba upaść, żeby tęsknić do wegetacji w oborze?

Pisał kiedyś Gilbert Keith Chesterton: „Doszedłem do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzyło mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tych osobnikach, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski”.

Wielkoduszność i męstwo. Taka jest nasza misja, której – we własnym interesie – musimy pozostać wierni. Dzięki Bogu, mężowie stanu II RP z Józefem Beckiem na czele oparli się pokusie podpisania sojuszu z Hitlerem. Gdyby to zrobili, dziś nie byłoby już polskiej duszy. Ani – tym bardziej – polskiego państwa.

poniedziałek, 15 września 2014

Znowu będzie wojna?

Europa, która wyzionęła ducha, nie jest w stanie dłużej trwać w obecnym kształcie.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 37/2014

To się nie ma prawa wydarzyć. Nie teraz, gdy Polska jest członkiem NATO i Unii Europejskiej. Władimir Putin pręży muskuły, bo chce odbudować mocarstwowy wizerunek Rosji, jednak nie zaryzykuje globalnego konfliktu. Ukraina? Co tam Ukraina! Przecież nie należy do naszego świata, nie mamy wobec niej żadnych zobowiązań. Być może Amerykanie i Brytyjczycy – w nagrodę za nuklearne rozbrojenie – obiecali respektować jej integralność terytorialną, ale zrobili to dwadzieścia lat temu w formie kurtuazyjnej deklaracji. Czyli było to dawno i nieprawda.

Zresztą ci Ukraińcy też nie są święci. Tylko czekają, żeby nas porąbać siekierami jak na Wołyniu w 1943 roku. Na szczęście w porę się w tym połapaliśmy. „W naszym interesie jest, aby ta wojna (rosyjsko-ukraińska – przyp. WW) trwała jak najdłużej, bo angażuje ona zarówno rosyjski imperializm, jak i ukraiński nacjonalizm o ponad tysiąc kilometrów od naszej granicy” – naucza Rafał Ziemkiewicz. I dodaje, iż „trzeba liczyć się także z możliwością, że przyjdzie nam kiedyś współpracować z Rosją przeciwko najbliższym wschodnim sąsiadom, jeśli staną się nam wrodzy”.

Współpracować z Rosją? Mój Boże... Gdy Putin osiąga kolejne cele na drodze przetestowanej przez Hitlera, publicysta tygodnika „Do Rzeczy” wieszczy polsko--rosyjski sojusz w obronie naszych granic. To nic, że ukraińscy żołnierze walczą dziś z demonem Wschodu o własną niepodległość. Każdy z nich jest zapewne „faszystą” i skrywa pod hełmem znamię bestii, która chce pożreć pół Europy.

Zostawmy jednak fobie Ziemkiewicza i skupmy się na realnych zagrożeniach. Czy rzeczywiście Putin blefuje, konflikt na Ukrainie rozejdzie się po kościach, a rosyjskie uderzenie na Warszawę jest projekcją z gatunku science fiction? Gdy przegląda się rejestr wydarzeń 1939 roku, trudno nie zauważyć analogii do naszych czasów. W marcu Niemcy proklamowały utworzenie Protektoratu Czech i Moraw i zmusiły Litwę do oddania portowej Kłajpedy. 6 kwietnia w Londynie ogłoszono polsko-brytyjskie zobowiązanie do udzielenia wzajemnej pomocy w wypadku bezpośredniego lub pośredniego zagrożenia niepodległości. W reakcji na ten sojusz 28 kwietnia Hitler wygłosił w Reichstagu przemówienie, w którym wypowiedział Anglii układ morski, polsko--niemiecki pakt o nieagresji uznał za zerwany z winy Polski i ujawnił skrywane dotąd przez dyplomatów żądania „powrotu Gdańska do Rzeszy” i budowy autostrady eksterytorialnej przez Pomorze.

Polska prasa obszernie relacjonowała te wydarzenia, śledziła ofensywę nazistowskiej propagandy i donosiła o incydentach wywoływanych przez niemieckich prowokatorów. A jednak Polacy w swojej masie nadal nie tracili humoru, mając nadzieję, że beczka prochu, na której posadził ich los, jednak nie wybuchnie. W „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” jakiś żartowniś tłumaczył, że wojny nie będzie, bo... niemieckie biura podróży wciąż oferują swoim klientom egzotyczne wycieczki.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że o wybuchu wojny zdecydowała nie tylko determinacja Niemców i Sowietów. Równie ważnym czynnikiem była duchowa słabość ówczesnej Europy, która stworzyła swoim obywatelom iluzję wiecznego dobrobytu i bezpieczeństwa. Niedawno w „Gazecie Polskiej Codziennie” ukazał się ważny tekst Wandy Zwinogrodzkiej o arogancji dzisiejszych zarządców Europy, którzy uwierzyli, że hedonistyczna, uwolniona od „chrześcijańskich przesądów” kultura jest obiektywną wartością dla całej ludzkości. Twórcy „nowego wspaniałego świata” nie rozumieją, dlaczego „Putin ostrzeliwuje Donieck, skoro może bogacić się na handlu z Zachodem i stopniowo adaptować do tamtejszych standardów”. Dziwią się żyjącym w Londynie czy Paryżu dżihadystom, którzy chcą zbrojnie wspierać Państwo Islamskie, zamiast korzystać z uroków liberalnej demokracji. Nie dostrzegają, że oferując wyłącznie nowe technologie, zdrowe jedzenie i redukcjonistyczne ideologie w rodzaju ekologii, europejska kultura ignoruje naturalną ludzką tęsknotę do Boga, poświęcenia dla idei i przekraczania śmierci. Nic dziwnego, że nasz kontynent jest dziś zupełnie bezbronny wobec wojującego islamu czy „wynaturzonej namiastki religii”, czyli rosyjskiego imperializmu.

Niestety to wszystko prawda. Europa, która wyzionęła ducha, nie jest w stanie dłużej trwać w obecnym kształcie. Jeśli z politycznego punktu widzenia istnieją pewne szanse na zażegnanie globalnego konfliktu, to spojrzenie w perspektywie cywilizacyjnej nie pozostawia złudzeń. Wojna wydaje się nieunikniona i tylko miłosierny Bóg może nas przed nią uchronić.

Po 10 kwietnia 2010 roku miałem nadzieję, że Polacy masowo podejmą inną batalię. Pisałem o potrzebie walki z własnym lenistwem, niechęcią do podejmowania wielkich wyzwań, minimalizmem oczekiwań i wyobraźni. Marzyłem, że jako naród odzyskamy pasję, odwagę i zdolność do ponoszenia ofiar. Od tamtej pory historia wyraźnie przyspieszyła. Może czas już – choćby ku przestrodze – przypomnieć słowa Kazimierza Wierzyńskiego, zapisane 27 sierpnia 1939 roku we „Wstążce z Warszawianki”: „Powstaje dramat – żywy. Okopcie kurhany/ I żywi na kurhanach, na okopach stańcie./ Naprawdę dokonywa się świat rymowany,/ Biją polskie zegary kurant po kurancie./ Naprawdę idzie pożar. Na ściany się wedrze/ Gęstą łuną, co wszystko z tych murów pościera/ Oprócz krwi zapisanej na waszej katedrze:/ Że tym się tylko żyje, za co się umiera”.


niedziela, 31 sierpnia 2014

Świat jak z Bruegla

Dzisiaj wieczorem Trzeci Program Czeskiego Radia „Vltava” przypomni reportaż z wizyty Miloša Doležala w Matarni, poświęcony moim wierszom i inspiracjom.

Godzinna audycja w języku czeskim „Svět jako z Brueghela” rozpocznie się o godz. 20.00. Zapraszam do słuchania na żywo za pośrednictwem portalu rozgłośni (rubryka „Živé vysílání”, ikonka przypominająca przycisk „play”).

środa, 20 sierpnia 2014

Gorycz i chwała

120 lat temu urodził się Kazimierz Wierzyński.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 33/2014

Korzenie rodzinne Kazimierza Wierzyńskiego sięgają niemieckiej osady Unterwalden, założonej niedaleko Lwowa w ramach tzw. kolonizacji józefińskiej. Stamtąd pochodził Andreas Wirstlein, który szybko rozpoczął pracę w kolejnictwie, a po śmierci pierwszej żony poślubił polską szlachciankę Felicję z Dunin-Wąsowiczów. Przyszły poeta urodził się jako ich drugi syn 27 sierpnia 1894 roku na stacji kolejowej w Drohobyczu. Jego wyobraźnię ukształtowały torowiska Galicji Wschodniej, które jak krwiobieg wypełniały nową energią wielokulturową krainę, a także piesze wycieczki ze stacji w Stryju, Samborze czy Stanisławowie w stronę północnych stoków Karpat. „Nagłe polany w lasach, kiedy z chłodnego cienia wychodzi się na złotą misę kipiących traw, legowiska sarnie z wygniecioną pościółką, dzikie maliny wśród pajęczyn, na których rosa nie wysycha do południa, i przełęcze, przełęcze, gdzie wieje mocny wiatr i otwierają się dwa widoki, z prawa i z lewa, spadające w dół, z kucymi wsiami w georginiach i malwach, z dziewanną, z jastrzębiami pod niebem i kwiczołami na jałowcach jesienią” – wspominał poeta po latach tę Atlantydę swego dzieciństwa i II Rzeczypospolitej.

W tej ostatniej Wierzyński – jako czołowy skamandryta – zrobił błyskotliwą karierę. Jego beztroskie wiersze z tomów „Wiosna i wino” (1919) i „Wróble na dachu” (1921), współbrzmiące z ogólnym entuzjazmem po odzyskaniu niepodległości, utorowały mu drogę do serc pensjonarek i na warszawskie salony. Niestety, również dla większości dzisiejszych wykładowców i studentów polonistyki pozostaje Wierzyński młodym poetą, co to „zielono ma w głowie i fiołki w niej kwitną”. Tymczasem jego dojrzała – długa i wspaniała! – droga pisarska zaczęła się dopiero od tomu „Wolność tragiczna” (1936), w którym dawny lekkoduch podjął refleksję historiozoficzną, opierając się na tradycji legionowej. Włożona w usta Józefa Piłsudskiego fraza: „Skazuję was na wielkość. Bez niej zewsząd zguba” brzmiała tak sugestywnie, że powszechnie uznawano ją wówczas za dosłowny cytat z Marszałka.

Cała późniejsza droga Wierzyńskiego – twórcza i życiowa – to historia heroicznego przełamywania „artystowskiej” próżności w imię wspólnoty polskiego losu. Od września 1939 roku przebywający na emigracji poeta zapisywał doświadczenie narodu, który honorowo stanął w obronie cywilizacji europejskiej, a później został przez swych „aliantów” zdradzony w Teheranie i Jałcie. Tej Polsce dumnej i nieujarzmionej, choć pozbawionej własnego państwa, Wierzyński oddał serce i talent. Był wieszczem Rzeczypospolitej pielgrzymiej, rozproszonej po wszystkich kontynentach. Tej, która wyszła z domu niewoli z armią Władysława Andersa, walczyła pod Monte Cassino, opłakiwała płonącą Warszawę, organizowała przyczółki narodowej kultury w Londynie czy Nowym Jorku i przechowała depozyt II RP. Tej, która powinna stać się fundamentem III RP, ale się nie stała.

Łatwo zrozumieć, dlaczego w PRL twórczość Wierzyńskiego padła łupem komunistycznej cenzury. Trudniej pojąć, dlaczego jego wstrząsające wiersze o naszym wspólnym losie, zwłaszcza te z tomu „Krzyże i miecze” (1946), doczekały się tylko jednej edycji po 1989 roku. Nie możemy jednak o nich zapomnieć. Musimy szukać ich w internecie, wydaniach emigracyjnych i w tej jedynej kompletnej edycji „Poezji zebranych” (Wydawnictwo Łuk, Białystok 1994). Trzeba uczyć się ich na pamięć: „Jeśli padnie Warszawa, to nie miasto padnie,/ I nie polska stolica w podziemiach swych skona,/ Lecz wolność wszystkich ludzi, zdeptana gdzieś na dnie,/ I prawda wszystkich czasów, przez wszystkich zdradzona”.

Wierzyński głęboko wierzył w sens zrywu warszawskiej Nike, która „umiera pokonana, umiera zwycięska”. I zamiast rozliczać dowódców powstania warszawskiego, przysięgał generałowi, co „przezwał się dla innych Borem,/ A dla nas – o Lwim Sercu pozostał legendą”, nieustającą pamięć narodu. Aby „Śród grobów, z których łuna nad światem wyrasta/ Szedł nie regiment ruski, nie marszałek Żukow,/ Lecz aby tam powstała, wierna do ostatka,/ I, jak duch niewidzialny, szła pokoleniami/ Miłość nasza raniona, wieczna nasza matka,/ A imię jej niech będzie wciąż pomiędzy nami”.

Tej wiary w chrześcijańską moc polskości nie zmieniła bolesna świadomość sowieckich i ubeckich represji ani gorzka wiedza o zdradzie „aliantów”. Poeta nie miał złudzeń co do natury Moskali i prawideł międzynarodowej polityki. „Dopiero gdy uskrzydlisz się wspólnym zwyczajem/ I zrównasz do obłudy, która wszystkich brata,/ Przywrócą ci honory i obdarzą krajem,/ I taką świat cię znowu wprowadzi do świata” – pisał w wierszu „Polsko, którą przezwano”. Myśl, że mógłby dać się zamknąć w peerelowskiej „złotej klatce” była dla niego obelgą. Podróżując po USA i Europie, nie prowadził gier z cenzurą, nie spotykał się z esbekami, żeby uzyskać paszport, nie ściskał dłoni komunistycznych literatów i dygnitarzy. Mówił głosem wolnego pisarza, świadcząc o prawdzie historycznej.

Oczywiście, płacił za to jątrzącym poczuciem samotności i wyobcowania. Czy nie tak właśnie czujemy się dziś my wszyscy – „mohery”, „katoliccy talibowie”, „pisiory” – zepchnięci na margines III RP? Może to do nas kieruje Wierzyński swe gorzkie słowa: „Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny,/ Wstąp tu, gdzie czekam po kryjomu:/ W ugornej pustce jałowizny/ Będziemy razem nie mieć domu”.

piątek, 1 sierpnia 2014