niedziela, 20 kwietnia 2014

piątek, 18 kwietnia 2014

Krzyż smoleński tkwi pod moją skórą

Niedawno napisałem w wierszu: „Polska jest trzciną nadłamaną/garstką starych ludzi przywiązanych do krzyża”. Z jednej strony to smutne, z drugiej – właśnie z takiej grupki apostołów i kobiet pod krzyżem wyrosła potężna cywilizacja chrześcijańska. Nie wiem, jakie plany ma Bóg wobec Polski, ale jestem pewien, że tylko wokół Chrystusowego krzyża nasz naród może się odrodzić.

Robert Tekieli: Co to znaczy, że przeżywamy teraz święty czas? Czym są dla Ciebie Wielki Tydzień, Triduum Paschalne?

Wojciech Wencel: Pascha jest dla mnie i mojej rodziny centralnym wydarzeniem w roku, które pozwala odbudować osobiste relacje z Chrystusem. Bierzemy udział w obrzędach Drogi Krzyżowej i Wielkiego Piątku, ale najważniejsza jest dla nas Wigilia Paschalna. Od 10 lat przeżywamy ją we wspólnocie neokatechumenalnej. Całonocne czuwanie zaczyna się liturgią światła. Stojąc w zupełnej ciemności, uświadamiam sobie własną niemoc, grzeszność, zniewolenie. Moment, w którym kapłan wnosi płonący paschał i woła trzykrotnie: „Światło Chrystusa!”, rozjaśnia moją historię. Czuję wtedy, że wszelkie życie pochodzi od Boga. Cokolwiek dobrego czy wartościowego jestem w stanie uczynić, to tylko z Nim i dzięki Niemu. Później jest bardzo rozbudowana, złożona z 9 czytań, liturgia Słowa, chrzest dzieci w autentycznej sadzawce chrzcielnej i Eucharystia, a już nad ranem, w dzień Zmartwychwstania – wspólnotowa agapa. Wszystko to ładuje mi akumulatory na resztę roku, przywraca nadwątloną wiarę w moc Słowa, Ciała i Krwi, chrześcijańskiej miłości i pokory. Mimo zmęczenia zaw­sze przeżywam tę noc bardzo radośnie.

A czym jest ten czas dla naszej wspólnoty narodowej?

Okazją, by uświadomić sobie sens naszej trudnej historii. Każdy z nas ma przecież nie tylko małą historię swojego prywatnego życia, ale i dzieli z braćmi w polskości ten wielki, wspólnotowy los. Zmartwychwstały Chrystus rozświetla ciemność naszych codziennych spraw, ale pragnie też rozświetlić mrok polskich dziejów. W tej perspektywie nawet najgorsze doświadczenia przestają być przekleństwem i stają się błogosławieństwem. Jeśli oddamy je Chrystusowi, zobaczymy, że są częścią Jego drogi krzyżowej, która prowadzi nas, grzesznych, do zbawienia. A jednocześnie już tu, na ziemi, oczyszczają nas w dużym stopniu z doczesnych żądz, pozwalają stanąć po stronie spraw i ludzi „przegranych”, docenić to, co w oczach świata wydaje się głupstwem: honor, wierność, pokorę. Odrzucenie przez świat buduje też niezwykłą ewangeliczną solidarność między Polakami, którzy kochają ojczyznę. Niedawno napisałem w wierszu: „Polska jest trzciną nadłamaną/garstką starych ludzi przywiązanych do krzyża”. Z jednej strony to smutne, z drugiej – właśnie z takiej grupki apostołów i kobiet pod krzyżem wyrosła potężna cywilizacja chrześcijańska. Nie wiem, jakie plany ma Bóg wobec Polski, ale jestem pewien, że tylko wokół Chrystusowego krzyża nasz naród może się odrodzić. Na pewno w wymiarze wiecznym, ale niewykluczone, że również za życia naszego i przyszłych pokoleń – w kulturze czy polityce.

Mówią nam: celebrujecie klęski. Czas wreszcie wybrać nowoczesność

Jasne, tylko jak uciec od własnej historii i odnaleźć szczęście w zupełnie innym świecie? W życiu prywatnym takie ucieczki są ostatnio bardzo modne: mężowie i ojcowie nagle porzucają rodziny dla zakochanych nastolatek, artyści przestają uprawiać swoje rzemiosło i zadowalają się karierą celebrytów, nawet niektórzy księża decydują się zrzucić sutannę i ruszyć w świat. Wszystkim wydaje się, że w nowym układzie będą nareszcie naprawdę szczęśliwi. Czy są? Nie znam ani jednego przypadku takiej życiowej rewolucji, który nie skończyłby się spektakularną klęską, rozpaczą albo zagrzebaniem się w cynizmie. Podobnie jest z naszym wspólnotowym losem. To powołanie, a nie opcja do wyboru. Jedynie idąc drogą, na której postawił nas Bóg, można odnaleźć pokój serca, a do tego zbudować coś wartościowego. Celebrujemy klęski, ale też zwycięstwa, które odnosili nasi przodkowie. Nie jesteśmy masochistami, lecz realistami. To prawda, że w polskiej historii ostatnich wieków więcej jest wylanych łez niż beztroskich okrzyków triumfu, ale musimy podźwignąć to dziedzictwo, bo jest ono istotą polskości. Można je próbować przełamać i różnie interpretować, ale nie odrzucić jako balast. Bez poczucia historycznej ciągłości Polska przestanie istnieć.

Mówią, że polskość jest jak choroba. Może powinniśmy z niej wyrosnąć?

Jest coś na rzeczy w tym porównaniu do choroby, bo często Polacy zachowywali się jak w gorączce. Rejtan, Karol Levittoux, uczestnicy manifestacji patriotycznych przed Powstaniem Styczniowym, później niektórzy Żołnierze Wyklęci, natchniony publicysta emigracyjny Zygmunt Nowakowski, wreszcie Jan Lechoń skaczący z okna nowojorskiego hotelu. Także literacki Konrad z Wielkiej Improwizacji nie wydaje się okazem zdrowia psychicznego. Trzeba jednak pamiętać, że ta „choroba” jest wynikiem bezgranicznego umiłowania ojczyzny i wolności. Jest to, jak pisał Kazimierz Wierzyński, „miłość raniona”. Człowiek, któremu odebrano wszystko, co naprawdę kocha, staje się „chory z miłości”. Od ponad 200 lat jesteśmy poddawani ogromnym ciśnieniom ze strony Niemiec i Rosji, więc w naszych reakcjach nie ma nic dziwnego. Jeśli naprawdę jest to choroba, to nie taka jak świnka, z której można wyrosnąć. Współtworzy ona nasz narodowy charakter, bywa naszą słabością, ale jest również siłą, która powstrzymuje wrogie Bogu i człowiekowi imperia przed marszem w głąb Europy. Tak było w 1920 r., ale moim zdaniem nawet przegrane powstania czy opór Polskiego Państwa Podziemnego były ością w gardle lewiatana. Zamiast gładko połknąć Polskę i resztę Europy, potwór musiał krztusić się i charczeć.

Czy obrażasz się, słysząc o sobie: poeta smoleński?

Ja już się o nic nie obrażam. Nawet gdy ktoś w internecie czy „Gazecie Wyborczej” wylewa na mnie kubeł pomyj, nie czuję żadnych negatywnych emocji, bo świadkiem mojej historii jest Jezus Chrystus. A „poeta smoleński” to uprawnione określenie, bo przecież po 10 kwietnia 2010 r. diametralnie zmieniło się moje życie i do pewnego stopnia myślenie, a w poezji pojawił się nurt historiozoficzny. Oczywiście że etykietka poety smoleńskiego bardzo upraszcza obraz mojej dwudziestoletniej twórczości, ale do tego jestem już przyzwyczajony. Wcześniej nazywano mnie klasycystą albo poetą katolickim i to również były określenia redukujące. Na pewno Smoleńsk to dla mnie doświadczenie pokoleniowe, takie jak wojna, Katyń czy Jałta dla moich poprzedników. Będę pewnie pisał jeszcze o wielu rzeczach, ale krzyż smoleński tkwi we mnie głęboko pod skórą. Póki żyję, nie da się go stamtąd wyrwać.

Wywiad ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie”

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Stały felieton w tygodniku „wSieci”

Co tydzień o kulturze, historii, religii, polityce i absurdach Nowego Wspaniałego Świata.

Pierwszy felieton, opublikowany w numerze świątecznym, nosi tytuł „Wieczny Smoleńsk”. Zapraszam do lektury!

Tygodnik „wSieci” to szóste pismo, z którym podjąłem stałą współpracę. Wcześniej ogłaszałem felietony w „Nowym Państwie” (1999–2004), „Ozonie” (2005–2006), „Wprost” (2006–2008) i „Gazecie Polskiej” (2011–2013). Od 2006 roku nieprzerwanie publikuję w „Gościu Niedzielnym”.

Najciekawsze teksty zostały później przedrukowane w edycjach książkowych: „Niebo w gębie” (2010), „Wencel gordyjski” (2011), „Listy z podziemia” (2013).

czwartek, 10 kwietnia 2014

Matka Boska Smoleńska


Zakuliśmy Cię w zbroję z wotywnych ryngrafów
daliśmy miecz do ręki i tarczę z herbami
miałaś przed naszym wojskiem wyruszać do walki
jak urodzona w Litwie księżna z poematu

lecz Ty nie toczysz wojen choć twarz Ci ciemnieje
od tych klęsk których objąć rozumem nie sposób
w odległych galaktykach galilejskich oczu
co noc spadają gwiazdy – to nasze nadzieje

i znów mgła znowu szczątki walają się w błocie
sołdaci dzielą wszystko co da się spieniężyć
nie odmienisz nam losu nie pomścisz poległych
nawet czarnego pyłu nie zdmuchniesz z ich powiek

już dosyć – zamknij oczy zmęczone od ognia
i w pożarze historii pozostaw nas samych
niech na Twoim policzku zagoją się rany
i przestanie Ci ciążyć nieszczęsna korona

Ona milczy lecz z głębi katedry w Warszawie
z Krakowskiego Przedmieścia gdzie znicze migocą
spod krzyża naszych pragnień wieje żywe Słowo
niosąc ludziom wzgardzonym osiem błogosławieństw

i znów jesteśmy braćmi: wskrzeszeni grzesznicy
„cisi” „którzy się smucą” i „czystego serca”
żywą tkanką nabrzmiewa w wotywnej kaplicy
ikona polskiej duszy – Madonna Smoleńska

wiosna 2014
pierwodruk: "wSieci" 2014 nr 15

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Rocznicowe „wSieci”

W aktualnym wydaniu tygodnika (od dziś w kioskach) znajdą państwo mój nowy wiersz „Matka Boska Smoleńska” oraz zapis rozmowy, którą przeprowadzili ze mną w Matarni Jacek i Michał Karnowscy.

sobota, 29 marca 2014

Język zupełnie obcy

Podobno armia ukraińskich „faszystów” właśnie maszeruje na Przemyśl, a jak się rozpędzi, to dojdzie pod Warszawę.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 13/2014

Podczas Jarmarku Dominikańskiego w Gdańsku częściej można usłyszeć język niemiecki niż polski. Nic w tym dziwnego. Na początku III RP do miasta nad Motławą podróżowali jego przedwojenni mieszkańcy, żeby popatrzeć na miejsca, w których się wychowali. Zapewne byli wśród nich szczęściarze, którym udało się kupić na pchlim targu własne zdjęcia z dzieciństwa, rodzinne zegary albo zastawy stołowe. Dziś rdzennych gdańszczan jest już niewielu, jednak tradycję sentymentalnych wycieczek kontynuują ich dzieci i wnuki. Trudno zgadnąć, co im chodzi po głowach, ale też nie należy ich utożsamiać en masse z klientelą Eriki Steinbach. Zresztą ćwiczona przez Frau Erikę gra na niemieckich resentymentach nie jest obecnie (chwilowo?) głównym polskim problemem.

Niemcy, którzy odwiedzają Gdańsk, robią na ogół dobre wrażenie. Są uprzejmi, refleksyjnie uśmiechnięci i nie rozłażą się na boki, gdy przewodnik opowiada o historii bazyliki Mariackiej. Wprawdzie w ostatnich latach tuż przed inauguracją Jarmarku Dominikańskiego zabieram rodzinę do Krakowa, Lublina albo w polskie góry, ale nie robię tego w geście sprzeciwu wobec niemieckich turystów. Po prostu serdecznie nie znoszę ich języka. Być może ma to związek z polskimi doświadczeniami historycznymi, lecz bezpośrednia przyczyna tkwi chyba w moich kłopotach ze zdaniem egzaminu na studiach. Do dziś pamiętam fragment czytanki, który musiałem wykuć na blachę, żeby dostać tróję z wąsami: „Fritz Neumann hatte eine kleine Wirtschaft mit Garten in der Nähe von Bremen...”.

Poważniejszy, bo stricte polityczny kłopot mam z innym językiem obcym, który mniej więcej od roku dominuje w mojej najbliższej okolicy. Otóż w każdym supermarkecie, nie wspominając już o Parku Handlowym Matarnia, od rana do wieczora rozbrzmiewa ojczysta mowa Władimira Władimirowicza Putina. Rosjanie przyjeżdżają czym się da: autokarami, samochodami osobowymi i ciężarówkami pożyczonymi z placu budowy. Jest ich tylu, że większość sprzedawców dawno wywiesiła dwujęzyczne reklamy, a nadawane przez głośniki komunikaty o promocjach lub godzinach pracy sklepu zaczynają się od słowiańskiego evergreena: „Wnimanie! Wnimanie!”.

Niby wszystko jest w porządku: niewidzialna ręka rynku działa jak należy, sąsiedzi z obwodu kaliningradzkiego wydają u nas pieniądze ciężko zarobione w putinowskiej administracji (z pobieżnych obserwacji wynika, że powodzi im się znakomicie), a zjednoczona Europa daje kolejny dowód swej otwartości na Innego. A jednak odczuwam pewien dyskomfort, gdy wybierając wędliny na kolację, słyszę głośną komendę: „Dawaj, Sasza, tiepier pajdiom w Biedronku!”.

Zwłaszcza ostatnio, po inwazji Rosji na Ukrainę, dręczą mnie niewygodne pytania. Co miał na myśli Siergiej Ławrow, gdy sugerował w Dumie, że „na obronę swojej integralności terytorialnej mogą liczyć tylko te państwa, które zapewniają równe prawa wszystkim narodom”? Czy polska granica z Rosją nie powinna zostać solidnie uszczelniona, zanim rosyjscy zakupoholicy okażą się uciskaną mniejszością etniczną? Jaką rolę w geopolitycznym planie Putina odgrywa obwód kaliningradzki, wciśnięty między Polskę a Litwę? Wreszcie, co myślą o moim kraju rosyjscy geszefciarze? Czy jest on dla nich jedną z wielu europejskich prowincji, czy też „bliską zagranicą”, zasiedloną przez „bratni naród”? Niestety, mam podejrzenie graniczące z pewnością, że zdecydowana większość gości z Kaliningradu podziela poglądy swojego prezydenta, którego – jak twierdzi główny ideolog Kremla Władisław Surkow – „Bóg zesłał Rosji, gdy przeżywała trudny okres”.

Faktycznie, jeszcze 20 i 10 lat temu Rosjanie mieli poważny kłopot z własną tożsamością, co znajdowało niekiedy groteskowy wyraz w powieściach młodych prozaików. W „Generation P” Wiktora Pielewina jeden z „noworosyjskich” oligarchów zwraca się do copywritera z agencji reklamowej: „Napisz mi rosyjską ideę na jakieś pięć stron. I wersję skróconą na stroniczkę. Żeby tam wszystko było wyłożone wyraźnie, bez mętnego kitu. I żebym każdemu zagranicznemu popaprańcowi-biznesmenowi czy innej piosenkarce mógł to wbić do łba. Żeby te k... poczuły taką siłę ducha, jak w czterdziestym trzecim pod Stalingradem”.

Dziś „rosyjska idea” jest już nie tylko napisana (przez Surkowa i jego podwładnych), ale i stanowi główny napęd kremlowskiej polityki zagranicznej. To agresywny neosowietyzm, zmierzający do rewizji granic i odbudowania absurdalnego poczucia siły wśród tzw. zwykłych Rosjan. Wyznaczenie wroga zewnętrznego zawsze jednoczyło poddanych cara-sekretarza-prezydenta i odwracało uwagę ludu od problemów wewnętrznych. Nie inaczej jest tym razem.

W propagandowej wojnie przeciwko Polsce agenci Putina święcą pierwsze triumfy. Bazując na naszych bolesnych doświadczeniach historycznych, wmówili niektórym Polakom, że armia ukraińskich „faszystów” właśnie maszeruje na Przemyśl, a jak się rozpędzi, to dojdzie pod Warszawę. Znany przyjaciel Polski Władimir Żyrinowski tak się tym przejął, że zaproponował nam uderzenie wyprzedzające – przejęcie Lwowa, Łucka, Tarnopola, Stanisławowa i Równego, czyli udział w rozbiorze Ukrainy. Dziękujemy, nie skorzystamy. Rosyjski koncert wygrywany na polskich emocjach zawsze brzmiał fałszywie, a dziś zamienił się w skrajną kakofonię. Uszy więdną, gdy się słucha rosyjskich dialogów w sklepie, cóż dopiero takich banialuk.