sobota, 14 lipca 2018

Szymon Babuchowski: Czuła pamięć poety

Co sprawia, że odległe dzieje w wierszach Wojciecha Wencla ożywają na nowo? Wydaje się, że kluczem do tego – tylko pozornie umarłego – świata jest czułość. 

"Gość Niedzielny" nr 26/2018

Wojciech Wencel tytułami kolejnych tomów wierszy zdaje się celowo dostarczać argumentów swoim zagorzałym przeciwnikom. Po „Epigonii” – który to tytuł dla mniej wnikliwych czytelników brzmiał jak chełpienie się wtórnością – poeta nazwał swój kolejny zbiór „Polonia aeterna”.

Wieczna Polska? Z pozoru trudno o sformułowanie bardziej patetyczne. Zwłaszcza w kontekście łatki „smoleńskiego poety”, którą przykleiły Wenclowi niektóre media po wprowadzeniu jego wierszy na listę lektur. Dla nich taki tytuł to zapewne strzał samobójczy na miarę tego, który zaserwował nam Cionek w meczu z Senegalem. Myślę więc, że bardziej „postępowi” czytelnicy poezji nawet nie wezmą do ręki nowego tomiku wierszy Wojciecha Wencla. A szkoda, bo w środku czekałoby na nich kilka niespodzianek. I nie chodzi tu bynajmniej tylko o to, że w książce nie ma ani słowa o Smoleńsku.

Gdyby nie te rupiecie

Już pierwszy wiersz w tym zbiorze, zatytułowany dowcipnie „Moda polska”, zapowiada, że nadmiaru patosu wcale tutaj nie będzie. Utwór ten, nawiązujący nieco do konwencji ballad Mickiewicza, składa się głównie z dialogu dwóch diabłów, prowadzonego „pod sztucznym daktylowcem w śródmieściu Warszawy”. Młodszy z diabłów, z wielkomiejską, kosmopolityczną wyższością, kpi z wszystkiego, co kojarzy mu się z Polską:

– Jakie to wszystko śmieszne, cóż za egzaltacja! 
Szlachecka zbieranina od Sasa do Lasa. 
Gest Rejtana na Sejmie, najeżone kosy, 
krakowskie rogatywki, śpiewy wniebogłosy. 
Budzący się w Karpatach baśniowi rycerze, 
książę, który „z honorem” utonął w Elsterze. 
I tak przez całe dzieje – rupiecie szkaradne: 
jakiś sztandar ukryty w wiejskiej skrzyni na dnie, 
czarne sukienki kobiet, powstańskie czamary, 
ślepa wiara w to wszystko, co jest nie do wiary. 
Krzyżyki wystrugane z drewna olchowego, 
szary mundur marszałka, włosy Słowackiego.

Nieoczekiwanie jednak młodszy diabeł otrzymuje reprymendę od starszego, bardziej doświadczonego „kolegi po fachu”:

– Wykonujesz dla Piekła wspaniałą robotę, 
mówiąc im, że są w świecie najgłupszym narodem, 
lecz nie potrafię pojąć, żeś sam w to uwierzył.  
Ludziom kłamię codziennie, ale bądźmy szczerzy: 
gdyby nie te rupiecie, gdyby nie ta pamięć, 
dawno byśmy im skradli gwiaździsty dyjament, 
który całkiem rozumnie chowają w popiele. 
Skąd w tobie ta gorączka, strącony aniele?

Trzeba przyznać, że tym wierszem Wencel wytrąca oręż z ręki potencjalnym krytykom. Okazuje się bowiem, że o „wiecznej Polsce” można pisać z humorem, bez zadęcia. Humorystyczne akcenty pojawiały się zresztą już wcześniej w poezji Wencla – tym razem jednak silniej dochodzą do głosu. Oczywiście ostrze ironii nie jest skierowane przeciwko Polsce, tylko przeciwko owej wielkomiejskiej bucie, która każe kpić z pamiątek przeszłości. Tymczasem właśnie one pozwalają ocalić duszę narodu.

Historia w malinach

Wydaje się, że Wojciech Wencel wręcz ostentacyjnie lubuje się w pamiątkach. Wystarczy spojrzeć, w jakiej scenerii rozgrywają się poszczególne wiersze z jego nowego tomu: skansen, muzeum, wymarłe miasteczko, spalona wieś, z której pozostała tylko studnia. Autor z uporem wraca do obrazów Grottgera, scen z powstania styczniowego albo do krwawych wizji wydarzeń wołyńskich. Chwilami mamy wrażenie, że poeta bardziej żyje w tych dawnych czasach niż w teraźniejszości. Ale może właśnie na tym polega „wieczność” opisywanej przez niego Polski – że da się ją odczytać z ocalałych fragmentów krajobrazu, z obrazów starych mistrzów czy nawet z zapisu archiwalnej audycji, w której „Wierzyński przemawia/ nad grobem Lechonia”. Poeta, który widzi więcej, brakujące elementy układanki dopowiada, czasem tworząc z nich wizję zupełnie niezwykłą, tak jak w balladzie wołyńskiej „Cuda wianki”:

Z dziewczętami co się stało co się stało 
coś je nocą rozebrało porąbało 
coś co kryło się przez wieki pod kamieniem 
teraz wyszło i tańczyło nad strumieniem 
a z chłopcami co to było co to było 
coś ich nocą rozbroiło powiesiło 
coś tryzubem z ciała trzewia im wydarło 
roześmiało się parsknęło i umarło

Nadanie rzezi wołyńskiej wymiaru baśniowego, wpisanie jej w poetykę rodem trochę z Leśmiana, a trochę z Rymkiewicza – z jednej strony pozwala czytelnikowi jakoś przyswoić obraz, który podany wprost byłby nie do zniesienia. Z drugiej jednak strony ów kontrast między światem baśni a okrucieństwem świata realnego jeszcze bardziej to okrucieństwo uwypukla. Zwłaszcza kiedy uświadomimy sobie, że to niedookreślone „coś”, dokonujące rzezi, ma twarze konkretnych ludzi, w tym przypadku – Ukraińców. W innym przejmującym wierszu, zatytułowanym „Alina”, gdzie historię Wołynia ubrano w kostium z „Balladyny” Słowackiego, poeta przestrzega, że:

(…) dopóki od zbrodni odłączona jest wina 
 cała nasza historia w malinach 

I płaczemy oboje

Co sprawia, że tak odległe dzieje w wierszach Wojciecha Wencla ożywają na nowo? Wydaje się, że kluczem do tego – tylko pozornie umarłego – świata jest czułość. To ona prowadzi poetę do „ziemi obiecanej/ w krzemienieckim dubieńskim i łuckim powiecie”, gdzie:

wszystko (…) jest jak dawniej: w dzikim winie tonie 
dwór z kolumnowym gankiem i gontem na dachu 
pan w fotelu z wikliny siedzi na gazonie 
i przegląda gazetę z przedwczorajszą datą

Tak naprawdę – mówi autor – to od nas zależy, czy z „rupieci” i ruin ów obraz poskładamy w całość i tak jak on ujrzymy ojczyznę naszych przodków:

bo przecież są czekają możesz ich zobaczyć 
wystarczy się przeprawić przez dość płytką rzekę 
idź nad Styr odnajdź łódkę z okuciem żelaznym 
i w dłoń starego Żyda wsuń srebrną monetę

W podróżach do kolejnych „ziem obiecanych”, w tym także do tej rozumianej najbardziej dosłownie – Ziemi Świętej – towarzyszy autorowi żona. To właśnie ona jest adresatką wielu wierszy, kimś, kto najpełniej współodczuwa z poetą. „i płaczemy oboje” – ta krótka puenta wspomnianego wiersza o Wierzyńskim przemawiającym nad grobem Lechonia, przewrotnie zatytułowanego „Ciche dni”, mówi o tym współodczuwaniu właściwie wszystko.

Kosmos się kurczy

„Polonia aeterna” to zatem także jeden z piękniejszych hołdów we współczesnej polskiej poezji oddanych miłości małżeńskiej. Poruszający tym bardziej, że złożony został bez jakiejkolwiek ostentacji. Symbioza dwojga bohaterów okazuje się czymś najbardziej naturalnym na świecie i w związku z tym musi przeniknąć do wierszy. „jesteś wierszem pisanym przez Boga w moim sercu” – napisze Wencel w jednym z utworów.

Im bliżej końca tomu, tym bardziej ojczyzna staje się światem prywatnym, małą ojczyzną, domem. Żywioł epicki stopniowo ustępuje miejsca liryce, przeszłość splata się ze współczesnością i – przynajmniej dla mnie – są to najlepsze karty tej książki. Jej zwieńczeniem okazuje się przepiękny wiersz „Kolej w Matarni”, w którym poeta zagląda także w przyszłość. Pretekstem do takiego spojrzenia staje się przebudowa rodzinnej Matarni – dawnej kaszubskiej wioski, a obecnie peryferyjnej dzielnicy Gdańska, którą Wencel już wcześniej wielokrotnie opisywał. Budowa nowej linii Pomorskiej Kolei Metropolitalnej bardzo jednak zmieniła to miejsce, stąd w tekście wizja „kurczącego się kosmosu”:

i odjadą dzieci hen daleko w świat 
ze stacji błyszczącej w wyrwie po Zichurii 
by odetchnąć pyłem neonowych miast 
tylko nam się kosmos ciągle będzie kurczył

jeszcze pożyjemy na wyspie bocianiej 
pomiędzy kościołem a dworem Roemerów 
aż nam pokiwają głowami chryzantem 
dzieci które wrócą ze świata koleją

„Czas przeszły i obecny czas/ Oba obecne są chyba w przyszłości,/ A przyszłość jest zawarta w czasie przeszłym” – pisał Thomas Stearns Eliot. W zakończeniu tomu Wencel patrzy na swoją teraźniejszość już trochę jak na przeszłość – część tej samej historii, którą wcześniej opisywał. Ale jeśli tak, to jest też nadzieja, że kiedyś ktoś z podobną czułością pochyli się nad naszym losem. Nasze dzieci, poeci, Bóg.

Szymon Babuchowski

piątek, 13 lipca 2018

„Polonia aeterna” już w księgarniach

Książka miała swoją premierę 11 lipca, w Narodowym Dniu Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP.

Tom jest już dostępny w większości księgarń internetowych. Aktualnie najbardziej atrakcyjną cenę oferuje aros.pl.

Zachęcam do zakupu i życzę inspirującej lektury.


piątek, 15 czerwca 2018

Okładka nowego tomu wierszy

Książka ukaże się na przełomie czerwca i lipca.


poniedziałek, 26 marca 2018

Ani kroku wstecz

Polska to nie koncern, który może sobie pozwolić na rezygnację z kontrowersyjnej reklamy. 

Felieton ukazał się w tygodniku "Sieci" nr 12/2018

Pamiętają państwo incydent sprzed kilkunastu lat, gdy uczniowie jednej z toruńskich szkół włożyli nauczycielowi na głowę kosz na śmieci? Obawiam się, że z podobną sytuacją mamy dziś do czynienia w polityce międzynarodowej. Pan od historii, dobroduszny dziadek w niemodnej marynarce, to Polska. Klasowi zwyrodnialcy to Izrael, USA i kilka państw europejskich, które gardzą wiedzą historyczną. Przez wiele semestrów nauczyciel próbował zaszczepić w uczniach miłość do historii, ale – przyznajmy – robił to niezbyt zajmująco. Zamiast posiłkować się multimediami, mruczał coś pod wąsem, przekonany, że gówniarze znają podstawowe fakty i daty. Nikt go nie słuchał. Każdy tuman podczas lekcji siedział z nosem w ajfonie. A kiedy dziadek zapowiedział sprawdzian, cała klasa się zbuntowała i zaczęła znęcać się nad Bogu ducha winnym pedagogiem.

Pytanie: jak powinien zareagować dziadek? A. Zrezygnować z przeprowadzenia sprawdzianu i zabrać swoich prześladowców do McDonald’s („No i fajnie!”). B. Pertraktować z matołami w sprawie przesunięcia terminu. C. Zacząć wywoływać uczniów do tablicy, nękać ich kolejnymi sprawdzianami i konsekwentnie wlepiać pały. Zwolennicy bezstresowego wychowania z pewnością odpowiedzą, że nauczyciel musi przejść na wcześniejszą emeryturę, bo „nie radzi sobie” z młodzieżą. Ja uważam, że ma obowiązek podjąć walkę o godność, nie tylko własną. Jest przecież oczywiste, że jeśli da się zastraszyć chuliganom, runie autorytet szkoły. Każdy głupi będzie mógł się popisywać błędami kardynalnymi, np. o „polskich obozach koncentracyjnych”, mając świadomość, że ujdzie mu to na sucho.

Im bardziej rozbrykana jest młodzież (USA ur. 1776, Izrael ur. 1948), tym więcej publicystów radzi staremu belfrowi (ur. 966), żeby odpuścił. O tym, że Polska powinna wycofać się z nowelizacji ustawy o IPN, mówią już nie tylko wrogowie rządu, ale i porządni ludzie. „Dzisiaj potrzebujemy przede wszystkim spokoju” – twierdzi prof. Andrzej Nowak. „Wyborcy PiS są dużo bardziej racjonalni, niż im się to wmawia. Doceniają, że rząd podjął próbę zablokowania ogromnych kłamstw. I są w stanie przyjąć do wiadomości to, że wskutek splotu wielu czynników trzeba się z tego wycofać. Ze względu na nabuzowanie niechęcią wobec Polaków w Izraelu. Ze względu na nierozumienie pojęcia penalizacji za słowo przez Amerykanów” – precyzuje Michał Karnowski.

A ja, jak przystało na poetę, teatralnie chwytam się za głowę i pytam głośno: czego się boicie, panowie? Czy naprawdę wierzycie, że strategiczne relacje między państwami buduje się na afektach: wzajemnych sympatiach, zgodnej interpretacji przeszłości, dążeniu do jedności w sferze symbolicznej? Czy wydaje wam się, że wojska amerykańskie stacjonują w Polsce dlatego, że jesteśmy „najbardziej proamerykańskim narodem na świecie”? Moim zdaniem, nasze przyjazne gesty wobec USA nie mają tu żadnego znaczenia. Jedynym powodem, dla którego mocarstwo zza oceanu zainteresowało się bezpieczeństwem Europy Środkowej, jest jego własny interes. Jeśli ten interes okaże się priorytetem Białego Domu, amerykańscy chłopcy nadal będą wspierać naszych żołnierzy w zabezpieczaniu wschodniej flanki NATO. A jeśli z powodu nowelizacji ustawy o IPN zostaną odwołani, będzie to znaczyło, że amerykańska polityka w Europie Środkowej od początku była fikcją. I cóż nam po takim sojuszniku?

Polska to jest wielka rzecz. To nie koncern, który w obawie przed utratą klientów może sobie pozwolić na rezygnację z kontrowersyjnej reklamy. Właśnie ogłosiliśmy światu, że jesteśmy dumni z naszej świętej historii, a ci, którzy zechcą pisać ją na nowo, muszą liczyć się z przykrymi konsekwencjami. Nowa ustawa o IPN ma fundamentalne znaczenie dla naszej tożsamości, a bitwa z jej krytykami to początek obliczonej na pokolenia wojny o prawdę historyczną. Dlatego zwracam się do polskiego rządu: ani kroku wstecz. Jeśli teraz wywiesimy białą flagę, żadne filmy czy wysiłki naukowców nie zrównoważą poniesionych strat. Świat uzna, że wprowadzając ustawę, z której szybko się wycofaliśmy, chcieliśmy go oszukać. I będzie pozamiatane.

A poza tym uważam, że Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina musi zostać zburzony.

niedziela, 4 marca 2018

Moda polska

Korneli Szlegel, Pułaski w Barze (fragment)




Państwu Justynie i Andrzejowi Nowakom

Pod sztucznym daktylowcem w śródmieściu Warszawy
rozsiadły się dwa diabły na skrawku murawy
starszy miał w małym palcu wszystkie grzechy świata
młodszy uczył się fachu głównie na Polakach
wzbudzając w nich stopniowo wstręt do samych siebie
oba były uznane za non gratae w Niebie
lecz pod fałszywą palmą czuły się swobodnie
trwało lato spaliny wisiały nad rondem
w słońcu topił się asfalt pies spał obok słupa
przechodnie narzekali na „piekielny upał”
po rozżarzonych szynach sunął tramwaj z Pragi
ale na diabły nikt tu nie zwracał uwagi

siedziały zamyślone jak siedzą chimery
na balustradzie starej paryskiej katedry
co wzmagało francuskie wpływy w tych rejonach
i tak spore ze względu na pomnik de Gaulle’a
pracy miały niewiele – wciąż ich ktoś wyręczał
na placu Zbawiciela stała sztuczna tęcza
a media podawały od lat jak na tacy:
nie ma w świecie idiotów większych niż Polacy
nagle sięgnął do torby dwustuletni diabeł
i nad kradzionym rogi schyliwszy obrazem
rozpoczął coś jak luźny historyczny wykład
on mówił – starszy słuchał lecz się nie odzywał

– Nie wiem, kogo dziś jeszcze Grottger może wzruszać.
Tylko spójrz na tych mężczyzn w zgrzybiałych kontuszach.
Klęczą w lasku, z którego widać Lanckoronę,
i pod wąsem mamroczą „Pod Twoją obronę”.
Dział nie mają, bo piękniej błyszczą karabele.
Do wojaczki się garną, lecz nigdy w niedzielę.
Każdy nosi na piersi ryngraf z Matką Boską,
a przeciw nim wybornie wyszkolone wojsko
hrabiego Suworowa – to był świetny strateg.
Wiedział, kiedy bić z armat, a kiedy ciąć batem.
Można nawet powiedzieć, że sokolim wzrokiem
i śmiałością decyzji wyprzedzał epokę.

A ci konfederaci od siedmiu boleści
na wojennym rzemiośle znali się jak dzieci:
Świętej Trójcy kazali pilnować okopów
i myśleli, że będą mieli święty spokój.
Mówiono im „zawróćcie” – była na to szansa –
a oni że z królami nie będą w aliansach.
Przewodził im – a jakże – ojczulek z karmelu.
Żadnego realisty w tłumie wizjonerów!
tu przerwał bo na rondzie zderzyły się auta
i ktoś tubalnie kogoś odsyłał „do diabła”
przez chwilę strzygł uszami przechwytując słowa
lecz w końcu machnął łapą i kontynuował:

– Jakie to wszystko śmieszne, cóż za egzaltacja!
Szlachecka zbieranina od Sasa do Lasa.
Gest Rejtana na Sejmie, najeżone kosy,
krakowskie rogatywki, śpiewy wniebogłosy.
Budzący się w Karpatach baśniowi rycerze,
książę, który „z honorem” utonął w Elsterze.
I tak przez całe dzieje – rupiecie szkaradne:
jakiś sztandar ukryty w wiejskiej skrzyni na dnie,
czarne sukienki kobiet, powstańskie czamary,
ślepa wiara w to wszystko, co jest nie do wiary.
Krzyżyki wystrugane z drewna olchowego,
szary mundur marszałka, włosy Słowackiego.

zanim skończył diatrybę jeszcze mięsem cisnął
a potem głos mu zabrał sędziwy Mefisto:
– Wykonujesz dla Piekła wspaniałą robotę,
mówiąc im, że są w świecie najgłupszym narodem,
lecz nie potrafię pojąć, żeś sam w to uwierzył.
Ludziom kłamię codziennie, ale bądźmy szczerzy:
gdyby nie te rupiecie, gdyby nie ta pamięć,
dawno byśmy im skradli gwiaździsty dyjament,
który całkiem rozumnie chowają w popiele.
Skąd w tobie ta gorączka, strącony aniele?
Skąd w tobie tyle żalu i kompleks teutoński?
Zdradź mi swoje nazwisko! 
– Jestem – Wielopolski.

Pierwodruk: "Arcana" nr 138 (6/2017)