poniedziałek, 25 maja 2015

Prezydent Andrzej Duda!

Zwycięstwo w dniu Zesłania Ducha Świętego. Zaprzysiężenie w dniu Przemienienia Pańskiego. Polska jest nieśmiertelna! Dzięki Ci, Boże, za naszą historię, w której objawia się Twoja moc! Serdeczne gratulacje dla prezydenta elekta i jego rodziny.

środa, 20 maja 2015

„Niechaj Polskę skrzydlatą zobaczę...”

Wszystkich, którym bliska jest moja twórczość i wyznawane przeze mnie wartości, proszę o głosowanie na Andrzeja Dudę w drugiej turze wyborów prezydenckich.

piątek, 1 maja 2015

My z Napoleonem?

Czynienie sobie bożków z możnych tego świata nie prowadzi do niczego dobrego.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 18/2015

Dyrektor FBI James Comey, który niedawno oskarżył Niemców, Polaków i Węgrów o pomaganie anonimowym nazistom w mordowaniu Żydów, skreślił odręczny list do ambasadora III RP w Waszyngtonie. Napisał w nim m.in.: „Żałuję, że powiązałem w mojej wypowiedzi Polskę z Niemcami, gdyż Polska została zaatakowana i była okupowana przez Niemcy. Państwo Polskie nie ponosi odpowiedzialności za okrucieństwa, których dopuszczali się naziści”.


Czy tak sformułowane wyjaśnienie można traktować jako oficjalne przeprosiny? Premier Ewa Kopacz uznała, że „to i tak więcej, niż można było się spodziewać”. Prezydent Bronisław Komorowski stwierdził filozoficznie, że pismo Comeya „wskazuje na głęboką refleksję, jego osobistą, ale być może także struktur państwa amerykańskiego, idącą w dobrą stronę”. A minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna zawyrokował: „Lepiej późno niż wcale. Sprawa jest zamknięta”.

Wygląda więc na to, że szef FBI nie przepraszając, jednak przeprosił. I nie wspominając ani słowem o ratowaniu Żydów przez Polaków, z pewnością miał to na myśli. Zresztą nie bądźmy przesadnie upierdliwi, bo nawet dziecko wie, że w języku dyplomatycznym światowych mocarstw nie istnieje słowo „przepraszam”. Ważne, że minęło zagrożenie dla tradycyjnej przyjaźni polsko--amerykańskiej, ufundowanej na historycznym poświęceniu Pułaskiego i Kościuszki. Rząd III RP może wrócić do żebrania w Waszyngtonie o dwa śmigłowce i dwunastu gniewnych ludzi w mundurach, a reszta narodu – ustawić się w kolejce po pozwolenie na wjazd do USA. Ewentualnie pomodlić się do różowego słonika i wygrać wizę na dorocznej loterii.

Rozumiem, że w interesie Polski jest szukanie sprzymierzeńców, którzy byliby w stanie zabezpieczyć nas przed agresją Rosji. Unia Europejska jest tak słaba, że obecność w jej strukturach nie wystarczy nam do skutecznej obrony. Coraz częściej dosięga mnie jednak uczucie irytacji, gdy obserwuję zmowę milczenia w kwestii realnej polityki Białego Domu. Prawda jest bowiem taka, że Amerykanie wcale nie myślą o III RP w kategoriach strategicznego sojusznika i nie robią praktycznie nic, żeby zwiększyć nasze bezpieczeństwo w regionie. A my zamiast zdecydowanie domagać się od nich spłaty moralnego długu za Teheran i Jałtę (z odsetkami!), bierzemy za dobrą monetę polityczne slogany, jak ten wypowiedziany przez Baracka Obamę w 2014 r. w Warszawie: „Stoimy ramię w ramię, teraz i zawsze, za wolność waszą i naszą”. Redaktor emigracyjnych „Wiadomości”, Mieczysław Grydzewski, napisał w 1951 r., że „społeczeństwo polskie ma skłonność do brania na serio i do upajania się nic nie znaczącymi frazesami, wypowiadanymi na temat Polski przez cudzoziemców”. Niestety, od tamtej pory niewiele się zmieniło.

A przecież powinniśmy już wiedzieć, że czynienie sobie bożków z możnych tego świata nie prowadzi do niczego dobrego. Boleśnie przekonali się o tym nasi przodkowie, którzy na początku XIX w. przelewali krew za Francję i układali świeckie litanie do Napoleona. Tę chorobliwą zależność najlepiej opisał Elias Regnault w książce „L’Odyssée Polonaise” (Paryż 1862): „Nigdy jeszcze w historii szlachetna żarliwość nie spotkała się z tak okrutną odpłatą. Przez cały czas swego panowania Napoleon łudził Polaków mirażem ojczyzny i raz po raz go rozwiewał. Odwoływał się do ich uczucia, by we właściwej chwili skorzystać z niego dla ubicia własnego interesu. Przyrzekał narodowi polskiemu zmartwychwstanie, by godzić się później na wepchnięcie go z powrotem do grobu. Posługiwał się Polakami jako groźbą przy każdym alarmie wojennym i cofał tę groźbę przy każdym zawieszeniu broni. Nigdy nie myślał poważnie o wskrzeszeniu Polski, a jeśli o nim mówił, to tylko po to, by wycisnąć z Polski rekruta i straszyć wrogów powrotem widma. Nie wiadomo, kogo bardziej podziwiać: czy stanowczość Napoleona w prowadzeniu tej złowrogiej gry, za każdym razem uwieńczanej powodzeniem, czy upartą cierpliwość nieszczęsnych Polaków, którzy wytrwali w swojej wierze do końca i naiwnie biorąc kusiciela za zbawcę, uczynili z Napoleona bohatera swojej legendy”.

W XX w. doczekaliśmy się wreszcie własnego wodza z prawdziwego zdarzenia, Józefa Piłsudskiego, ale po jego śmierci znów zaczęliśmy szukać sobie Napoleonów, wyznaczając im misję zbawiania Polski. A ci, zwłaszcza Churchill i Roosevelt, doświadczali nas jeszcze okrutniej niż robił to cesarz Francuzów. Nie przeszkadza nam to wciąż deklarować się jako „najbardziej proamerykański naród na świecie” i z nadzieją spoglądać przez ocean. Wprawdzie trudno spodziewać się cudów po Obamie, ale już za chwileczkę, już za momencik urna z głosami zacznie się kręcić i nowy, republikański prezydent USA wyprowadzi nas z grobu. Czyżby? James Comey to również republikanin.

Żeby nie było wątpliwości: nie uważam, że najlepszym programem dla Polski jest polityczna izolacja. Marzy mi się jednak zerwanie z tradycją odlewania złotych cielców na obraz i podobieństwo władców Babilonu. Mamy już bowiem swojego Pana, który dwa tysiące lat temu otworzył przed nami bramy niezwyciężonego Królestwa Wolności. Wystarczy pójść za Nim.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Gloria victis

Święty Boże, który odkupiłeś grzechy wszystkich ludzi, jednocz żywych i otwieraj serca umarłym. Święty Mocny, nie zostawiaj nas samych na Krakowskim Przedmieściu. Święty a Nieśmiertelny, nie zostawiaj ich samych w Nierzeczywistym Mieście.

Felieton z tygodnika "wSieci" 2015 nr 14*

Wyjść na wiatr. Stanąć wśród zwyciężonych na Krakowskim Przedmieściu i patrzeć w wyłupione oczy kamienic. „Tak wielu – nie przypuszczałem – śmierć wzięła tak wielu” – pisał Thomas Stearns Eliot. I jeszcze: „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień – spod ziemi / martwej wyciąga gałęzie bzu, miesza / wspomnienie z pożądaniem, niepokoi / wiosennym deszczem zdrętwiałe korzenie”.

Umarli piszą doktoraty, pracują na etatach, spłacają kredyty. Rano biegną do pracy, do pieluch, do punktów obsługi klienta, wieczorem chronią się w modnych klubach albo składając dłonie, recytują z przejęciem: „Ząb mnie boli, my dwoje, nas czworo”. Marzą o innej Polsce, innej historii, innej poezji. Przez całą dobę porządkują swoje małe dzieje, swoje przytulne mieszkania, swoje kolekcje płyt z muzyką elektroniczną. Gdy grzeszą, są nam bliźniaczo podobni. Jeśli się modlą, to żarliwie. Do boga umarłych.

Przyjaciel z dawnych lat okazał się skrybą w pałacu gubernatora. Mieszka w beczce, nie wierzy nikomu, musi zarobić na rodzinę. Miłośnik teologii i zdrowego rozsądku podkreśla swój dystans wobec „sprawy smoleńskiej”. Nie uważa, by narracja medialna była przez kogoś sterowana. Spadkobierca endecji układa pamflety przeciwko honorowi. Bryluje we wszystkich mediach. Jest celebrytą, więc ma obowiązki celebryckie.

Żywi mieszkają głębiej – w kanałach, pod chodnikami, na powązkowskiej „Łączce”, w smoleńskich mogiłach. Słyszymy się nawzajem, lecz dzieli nas ziemia, brama do wieczności, przedziwna granica światów. Przed kościołem św. Krzyża – spiżowa figura Chrystusa. Tego, który zszedł na ziemię i poległ w powstaniu. Wyżej, w niebieskiej przestrzeni – miasto nieujarzmione. Nie zbawiła go Armia Czerwona. Zbawił je Syn Boży, rozstrzelany przez Niemców gdzieś na Wąskim Dunaju.

Historia wciąż się powtarza. Wieczorem pod narożnym barem gromadzą się rzymscy żołnierze. Wiatr niesie ich przekleństwa po całej Jerozolimie. Członkowie Sanhedrynu śledzą wypadki z oddali. Jesteśmy trzciną nadłamaną, garstką prostych ludzi przywiązanych do krzyża. Nocą zabiorą ten krzyż i skryją przed wzrokiem cudzoziemców. Bo nie ma miejsca dla Boga żywych w mieście umarłych. Ale to już będzie tylko walka z symbolem. Cieszmy się i radujmy, bo Chrystus zmartwychwstał, jak zapowiedział. Alleluja!

Po 10 kwietnia 2010 r. powstało kilkaset utworów poetyckich odnoszących się do najważniejszego wydarzenia w powojennych dziejach Polaków. Część z nich gromadzi „Antologia smoleńska. 96 wierszy” świeżo wydana przez Stowarzyszenie Solidarni 2010. Niektóre doczekały się także oprawy muzycznej. Dla mnie jednak najbardziej poruszającym utworem smoleńskim pozostaje modlitewna „Suplikacja”, nagrana przez Andrzeja Dziubka do filmu „Mgła” Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej. Niezwykłe świadectwo wspólnotowego zawierzenia. „Potężny głos zamilkłych chórów” z głębi polskiego losu.

Zanim się uda przełamać los, trzeba go podźwignąć. Po Herbertowsku spojrzeć „w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci / najgorszą ze wszystkich – twarz zdrady”. W piątą rocznicę narodowej tragedii trzeba przyjechać do Warszawy, wyjść na wiatr i stanąć wśród tych, którzy – cytując marszałka Józefa Piłsudskiego – zostali zwyciężeni, lecz nie ulegli. Chwała rodzinom smoleńskim i najwierniejszym uczestnikom miesięcznic w archikatedrze, którzy ocalają dla nas, dla naszych dzieci i wnuków, ducha polskości.

Święty Boże, który odkupiłeś grzechy wszystkich ludzi, jednocz żywych i otwieraj serca umarłym. Święty Mocny, nie zostawiaj nas samych na Krakowskim Przedmieściu. Święty a Nieśmiertelny, nie zostawiaj ich samych w Nierzeczywistym Mieście.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas, Panie! Niech demon wschodu, który zaczął swe krwawe dzieło w Smoleńsku, upadnie na Ukrainie, zanim zgnuśniała Europa zaprosi go do siebie.

Od nagłej i niespodzianej śmierci zachowaj nas, Panie! Spraw, by każdy z nas zdążył wypełnić swoje powołanie i na łożu śmierci mógł z czystym sumieniem zawołać: „Jeszcze Polska nie zginęła, / Choć nas już nie będzie. / Czego starość nie dopięła, / To młodość zdobędzie!”.

My grzeszni Ciebie Boga prosimy: wysłuchaj nas, Panie!

* W piątą rocznicę Smoleńska wyjątkowo udostępniam mój tekst z aktualnego numeru "wSieci". Zachęcam do kupowania papierowego wydania tygodnika. W każdy poniedziałek w kioskach – z moim nowym felietonem.

niedziela, 5 kwietnia 2015

sobota, 4 kwietnia 2015

Światło paschału

Zbliża się kolejna Pascha. Zanim światło Chrystusa znów rozproszy ciemności, pora spojrzeć prawdzie w oczy.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 14/2015

Gdy rano widzę się w lustrze, muszę przyznać, że to, co stworzył Pan Bóg, ma ręce i nogi. Niestety, ma też krzywe zęby i sporą nadwagę. Wprawdzie akurat te parametry nie są dziełem Pana Boga, tylko niezdrowego trybu życia, ale to inna sprawa. Liczy się efekt, a ten jest godny pożałowania. Chciało się być młodym, pięknym i bogatym poetą chrześcijańskim, w sam raz na okładkę nowej, lajfstajlowej „Frondy”, a zostało się nołlajfem, którego zaprzyjaźnieni redaktorzy katolickich mediów litościwie chronią przed blaskiem fleszy. Bogu dzięki, bo nie istnieje taki fotoszop, który przystosowałby mnie do wymogów popkulturowej ewangelizacji.

Zostawmy jednak fizis i przejdźmy do psyche. Niestety, również w tej sferze nie mam się czym pochwalić. Zazwyczaj przyznaję rację moim hejterom, którzy pod internetowymi wersjami felietonów wstukują komentarze w rodzaju: „Wencel wpadł w tak egzaltowane, pseudoreligijne stany, że jest w tej chwili absolutnie nie do czytania”. I tak łagodnie powiedziane. Ileż to razy, przeglądając własne teksty w druku, powtarzałem w myślach: „Co za patos! Jaka sztuczność! Masakra!”. Choćbym miał pisać o modzie, wakacjach albo przepisach kulinarnych, w końcu zawsze wylezie ze mnie nadęty buc z tendencjami do moralizowania.

O tym, że jestem czepialski, przekonywać nikogo nie muszę. Wystarczy śledzić rubrykę „Wencel poleca / odradza” w dodatku telewizyjnym. Raz na ruski miesiąc wyjdzie mi zabawny opis jakiegoś programu, ale częściej wychodzi coś, z czego wyłącznie ja się śmieję. Nic dziwnego, że w skrzynce e-mailowej co pewien czas znajduję listy od zbulwersowanych czytelników, np. „Co pan ma do filmu »Faceci w czerni«? To jest świetny film, a pana argument, że dlatego, że Polacy nie mają wiz do Ameryki, a robaki mają, jest porażający. To żaden argument. Może po prostu pan nie lubi filmów fantasy”. Faktycznie nie lubię, po prostu, ale na list oczywiście nie chce mi się odpowiedzieć. Postawę pokornego sługi łatwiej mi opiewać w felietonach niż stosować w życiu.

Albo ten Smoleńsk. Wydarzenie tragiczne, głębokie i poważne, ale to przecież nie powód, by pisać o nim również wtedy, gdy traci się do tego ducha. Nawet autentyczny narodowy wieszcz stałby się groteskowy, gdyby w momencie posuchy próbował na siłę sprostać tematowi. Cóż dopiero taki gryzipiórek jak ja. A jednak i mnie się to zdarza. W takich chwilach szczególnie dziwię się redaktorom katolickich mediów, że wciąż uważają mnie za człowieka, który ma coś ciekawego do powiedzenia. Niedawno np. dzwonił Szymon Babuchowski, prosząc o refleksje o Wielkim Poście do „Gościa Niedzielnego”. Odmówiłem. Powiedziałem, że nie czuję się na siłach. W końcu ile się można wymądrzać, jeśli w życiu duchowym nie jest kolorowo.

Bo kolorowo nie jest. Jest ciemno. W Wigilię Paschalną lampy pogaszone, cisza jak makiem zasiał, po chwili gdzieś za ścianą stłumiony głos kapłana: „Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega, do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen”. Drzwi powoli otwierają się i prezbiter, który się w nich pojawia, unosi paschał ze śpiewem: „Światło Chrystusa”. Odpowiadamy: „Bogu niech będą dzięki”, a później odpalamy swoje świece od paschalnego płomienia. Ale świece to tylko widzialny znak łaski. Ważniejsze jest to, co dzieje się w głębi mojej duszy, która od poprzedniej Paschy tak intensywnie była kształtowana przez próżność, że stała się dosłownie pusta. Teraz stopniowo wypełnia się miłością żywego Boga.

Temu światłu, które wlewa się do naczynia ograniczonego ułomnościami ciała i słabościami charakteru, zawdzięczam wszystko, co w moim życiu i pisaniu wartościowe: miłość rodzinną, pięcioletnią trzeźwość, więź z umarłymi, czułość dla zwyciężonych, poezję i fragmenty prozy. Kiedyś próbowałem licytować się z Bogiem w zasługach: Ty powołałeś mnie do małżeństwa, ale to moje tradycyjne poglądy są gwarancją jego trwania; Ty przeznaczyłeś mnie do pisania, lecz ja sam nauczyłem się rzemiosła; Ty mnie wysyłasz na głęboką wodę, bo ja mam niezbędną odwagę. O (nie)święta naiwności! Co stałoby się z moim małżeństwem, gdybyś nie zesłał mi w charakterze żony najbardziej cierpliwego ze swoich aniołów? Na co byłaby mi znajomość zasad wersyfikacji, gdybyś nie dawał mi od czasu do czasu łaski głębokiego skupienia? Na jaki gest niezależności byłoby mnie stać, gdybyś poskąpił mi pokoju serca albo umieścił na etacie w instytucji państwowej? Umówmy się: „Ty Panie podnosisz mnie kiedy upadam/ i żywą wodą struchlałe oczy obmywasz/ bardziej cierpliwy niż światło w zamkniętej celi/ jesteś ze mną gdy wstaję i kładę się do snu/ i nie ma nic ponad Tobą na świecie nic nie ma/ i nie ma większej miłości niż Twoje kochanie/ doprawdy nie ma nic nad to i nic się nie zmienia:/ ta sama ścieżka za grobem i taki sam kamień”.

Zbliża się kolejna Pascha. Zanim światło Chrystusa znów rozproszy ciemności, pora spojrzeć prawdzie w oczy: po ludzku jestem żałosną postacią z pierwszej części tego felietonu. Ale właśnie takiego – grzesznego i ograniczonego – potrzebuje mnie Zbawiciel. Pan mój i Bóg mój. Niech działa. Bo inaczej hejterzy mnie zjedzą.