poniedziałek, 4 września 2017

środa, 7 czerwca 2017

piątek, 26 maja 2017

Raciborskie sentymenty

Wpis do sztambucha z okazji jubileuszu „Almanachu Prowincjonalnego”.

Tercet moich przyjaciół podczas wieczoru jubileuszowego 13 maja 2017 r. Od lewej: Miloš Doležal,
Andrzej Babuchowski, Marek Rapnicki. Wyżej portret Wojciecha Kilara. Fot. Anna Łapka.


Pierwsze skojarzenie z Raciborzem: matecznik słowa. Miejsce podobne do winnicy, w której uprawiane są rzadkie odmiany winorośli, wymagające wyjątkowo cierpliwej i troskliwej pielęgnacji.

Drugie skojarzenie: przestrzeń spotkań ponad granicami. Brama szeroko otwarta, z perspektywy północy – na kulturę czeską, z perspektywy południa – na kulturę polską. Słowiański raj dla poetów i tłumaczy, który cyklicznie znajduje odzwierciedlenie w „Almanachu Prowincjonalnym”.

Trzecie skojarzenie: teatr poezji. Wiersze odczytywane ze sceny Raciborskiego Centrum Kultury, dialogujące ze światłem, muzyką i ciszą. Zdolne do poruszania słuchaczy, bo oprawione w ramy spektaklu.

Czwarte skojarzenie: młodzież. W żadnym innym mieście nie spotkałem tylu wrażliwych młodych ludzi, twórczo zaangażowanych w kulturę. Jestem pewien, że doświadczenie dzielenia się słowem to wciąż ważna cząstka ich życia.

Piąte skojarzenie: hodowca winorośli. Człowiek, który w raciborskim mateczniku słowa odgrywa tę samą rolę, jaką odgrywał Piotr Skrzynecki w krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Tu muszę się przyznać, że aby nie stawiać mojego przyjaciela w niezręcznej sytuacji, trochę namieszałem w rankingu skojarzeń. Może zacznę od początku... Pierwsze skojarzenie z Raciborzem: Marek Rapnicki.

niedziela, 14 maja 2017

Żółte serce, niebieska krew

Historia Arki Gdynia to dzieje kilku pokoleń piłkarzy i kibiców, którzy swoją słabość przekuli w siłę.

"Gość Niedzielny" nr 19/2017

Nie telefonujcie do mnie w najbliższym czasie, bo przeciążyłem mięśnie krtani i mówię szeptem. Żona, która pierwszy raz w dziejach naszego małżeństwa dała się wyciągnąć na mecz, też krzyczała, ale głosu nie straciła. W końcu jest zawodowcem – uczy w szkole. Ja już po golu Rafała Siemaszki nabawiłem się chrypy, a po bramce łysego jak kolano Luki Zarandii przestałem być dyspozytorem własnych strun głosowych. W finale piłkarskiego Pucharu Polski, rozgrywanym na Stadionie Narodowym w Warszawie, Arka Gdynia pokonała po dogrywce Lecha Poznań 2:1 i powtórzyła swój historyczny sukces z 1979 roku.

Kiedy właściwie to się zaczęło? Kiedy moja dziecięca fascynacja przekształciła się w miłość do barw klubowych? Do dziś pamiętam dzień, gdy po raz pierwszy przekroczyłem bramę gdyńskiego stadionu przy ul. Ejsmonda. Jest pogodna, lipcowa niedziela A.D. 1982. Mój starszy brat i ja wysiadamy z kolejki SKM na stacji Wzgórze Nowotki (dziś: Wzgórze św. Maksymiliana) i idziemy, mijając kolejne bloki i domki jednorodzinne, skrzynki z butelkami na mleko i gmach III LO. Najpierw chodnikiem, potem żużlową drogą, by w końcu wyjść na szeroką ulicę prowadzącą do stadionu i zniknąć w tłumie. W pierwszym po spadku z ekstraklasy meczu na własnym boisku Arka nieoczekiwanie ponosi porażkę, ale nie to jest najważniejsze. Liczą się obrazy, które zostaną ze mną na zawsze: żółto- -niebieskie flagi, górka pod lasem wypełniona najwierniejszymi kibicami, morze wyłaniające się zza otwartej trybuny. I to poczucie wolności, kiedy po strzelonym golu zrywamy się i krzyczymy: „Jeeest!”.

Każdy klub ma indywidualny charakter, nadany w momencie jego powstania i kształtowany przez historię. Arka, założona w 1929 r. w modernistycznej, dynamicznie rozwijającej się Gdyni, to „klub marzeń miasta z morza”. Ale równie ważnym źródłem jej mitologii jest lądowa obrona Wybrzeża we wrześniu 1939 r. Przez dziewiętnaście dni oddziały dowodzone przez płk. Stanisława Dąbka zaciekle broniły Gdyni przed niemieckimi wojskami, wyprowadzając brawurowe kontrataki. Obrońcy wiedzieli, że nie mogą liczyć na pomoc z głębi Polski, a jednak wzięli na siebie ciężar walk. Po przerwaniu przez Niemców linii obrony w Redłowie płk Dąbek wycofał swoich żołnierzy na Kępę Oksywską, gdzie rozegrało się decydujące starcie z przeważającymi siłami wroga. Dowódca nie dał się wziąć do niewoli. Wierny przysiędze: „Pokażę wam, jak Polak walczy i umiera”, odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. W ostatniej rozmowie z komisarzem rządu II RP, Franciszkiem Sokołem, prosił: „Powiedz, że u gdynian znalazłem odwagę, pogardę wobec nieprzyjaciela i umiłowanie swej słonecznej Gdyni”.

Ktoś powie, że ta lekcja historii w kontekście futbolowym jest nie na miejscu. Ale ukochany klub to nie tylko kopanie piłki. To przede wszystkim mit, tradycja, doświadczenie wierności, honoru i solidarności, jednym zdaniem – szkoła charakteru. Kibicowanie w swoim najgłębszym sensie opiera się na tych samych zasadach co patriotyzm, generuje podobne emocje, jest formą, która w warunkach pokoju zastępuje prawdziwą walkę o wolność. Czy opłakując utracony stadion przy ul. Ejsmonda, nie czujemy się jak ludzie wygnani z Kresów, gdzie biło serce Rzeczypospolitej? Czy wieloletnia tułaczka po II i III lidze nie przypomina zgrzebnej rzeczywistości PRL? Czy powrót do ekstraklasy w 2005 r. w niejasnym kontekście korupcji nie jest jak „transformacja ustrojowa” przeprowadzona w atmosferze „zgniłego kompromisu” między opozycją a komunistami?

Historia Arki Gdynia to dzieje kilku pokoleń piłkarzy i kibiców, którzy swoją słabość przekuli w siłę. Postawieni wobec przeciwności, z jakimi nie miały do czynienia bogatsze kluby, nauczyli się marzyć, „gryźć trawę” i – zwyciężać. Dla kibica Legii zdobycie kolejnego Pucharu Polski to chleb powszedni. Dla nas, „śledzi”, triumf na Stadionie Narodowym jest jak odzyskanie niepodległości.

Piłkarze Arki od wielu lat rozgrywają mecze na obiekcie miejskim przy ul. Olimpijskiej. A co zostało ze stadionu przy ul. Ejsmonda? Niewiele: zarośnięta trawą górka oraz tunel dla graczy i sędziów w miejscu, gdzie wznosiła się trybuna kryta. Betonowe siedziska wyrwano, kiosk z pamiątkami zburzono, zieloną murawę zamieniono na korty tenisowe. A jednak to właśnie tam, na historycznej górce, piłkarze i kibice świętowali w ostatnią sobotę zdobycie trofeum. Hasło fety brzmiało: „Puchar Polski wraca na Świętą Ziemię”.