środa, 23 kwietnia 2014

Wiersze moich przyjaciół (II): Szymon Babuchowski (Katowice)

Nakładem Wydawnictwa Republika Ostrowska ukazał się właśnie wybór metafizycznych i religijnych liryków śląskiego poety zatytułowany „Zanim przyjdziesz”.
















Druga Rzeczpospolita miała Jerzego Lieberta. W naszej kulturze podobną rolę pełni Szymon Babuchowski. Gdybym miał podać jedno słowo, które mi się z nim kojarzy, brzmiałoby ono: wierność. Uświęcając czas marny, w którym wszyscy żyjemy, autor „Wierszy na wiatr” realizuje swoje powołanie. Jest wierny doświadczeniu spotkania z Bogiem i poezji, która to doświadczenie rejestruje. A jednocześnie – co rzadkie u poetów – potrafi być wierny w przyjaźni. Najlepsze, najbardziej oryginalne wydają mi się jego skondensowane liryki religijne. Właśnie te, z których składa się ta znakomicie skomponowana książka. [Wojciech Wencel, nota umieszczona na skrzydełku książki]

Publikację można zamówić TUTAJ.

Na co dzień Szymon Babuchowski kieruje działem kultury „Gościa Niedzielnego”. Swoje wiersze prezentuje również w formie muzycznej z zespołem Dobre Ludzie:


niedziela, 20 kwietnia 2014

piątek, 18 kwietnia 2014

Krzyż smoleński tkwi pod moją skórą

Niedawno napisałem w wierszu: „Polska jest trzciną nadłamaną/garstką starych ludzi przywiązanych do krzyża”. Z jednej strony to smutne, z drugiej – właśnie z takiej grupki apostołów i kobiet pod krzyżem wyrosła potężna cywilizacja chrześcijańska. Nie wiem, jakie plany ma Bóg wobec Polski, ale jestem pewien, że tylko wokół Chrystusowego krzyża nasz naród może się odrodzić.

Robert Tekieli: Co to znaczy, że przeżywamy teraz święty czas? Czym są dla Ciebie Wielki Tydzień, Triduum Paschalne?

Wojciech Wencel: Pascha jest dla mnie i mojej rodziny centralnym wydarzeniem w roku, które pozwala odbudować osobiste relacje z Chrystusem. Bierzemy udział w obrzędach Drogi Krzyżowej i Wielkiego Piątku, ale najważniejsza jest dla nas Wigilia Paschalna. Od 10 lat przeżywamy ją we wspólnocie neokatechumenalnej. Całonocne czuwanie zaczyna się liturgią światła. Stojąc w zupełnej ciemności, uświadamiam sobie własną niemoc, grzeszność, zniewolenie. Moment, w którym kapłan wnosi płonący paschał i woła trzykrotnie: „Światło Chrystusa!”, rozjaśnia moją historię. Czuję wtedy, że wszelkie życie pochodzi od Boga. Cokolwiek dobrego czy wartościowego jestem w stanie uczynić, to tylko z Nim i dzięki Niemu. Później jest bardzo rozbudowana, złożona z 9 czytań, liturgia Słowa, chrzest dzieci w autentycznej sadzawce chrzcielnej i Eucharystia, a już nad ranem, w dzień Zmartwychwstania – wspólnotowa agapa. Wszystko to ładuje mi akumulatory na resztę roku, przywraca nadwątloną wiarę w moc Słowa, Ciała i Krwi, chrześcijańskiej miłości i pokory. Mimo zmęczenia zaw­sze przeżywam tę noc bardzo radośnie.

A czym jest ten czas dla naszej wspólnoty narodowej?

Okazją, by uświadomić sobie sens naszej trudnej historii. Każdy z nas ma przecież nie tylko małą historię swojego prywatnego życia, ale i dzieli z braćmi w polskości ten wielki, wspólnotowy los. Zmartwychwstały Chrystus rozświetla ciemność naszych codziennych spraw, ale pragnie też rozświetlić mrok polskich dziejów. W tej perspektywie nawet najgorsze doświadczenia przestają być przekleństwem i stają się błogosławieństwem. Jeśli oddamy je Chrystusowi, zobaczymy, że są częścią Jego drogi krzyżowej, która prowadzi nas, grzesznych, do zbawienia. A jednocześnie już tu, na ziemi, oczyszczają nas w dużym stopniu z doczesnych żądz, pozwalają stanąć po stronie spraw i ludzi „przegranych”, docenić to, co w oczach świata wydaje się głupstwem: honor, wierność, pokorę. Odrzucenie przez świat buduje też niezwykłą ewangeliczną solidarność między Polakami, którzy kochają ojczyznę. Niedawno napisałem w wierszu: „Polska jest trzciną nadłamaną/garstką starych ludzi przywiązanych do krzyża”. Z jednej strony to smutne, z drugiej – właśnie z takiej grupki apostołów i kobiet pod krzyżem wyrosła potężna cywilizacja chrześcijańska. Nie wiem, jakie plany ma Bóg wobec Polski, ale jestem pewien, że tylko wokół Chrystusowego krzyża nasz naród może się odrodzić. Na pewno w wymiarze wiecznym, ale niewykluczone, że również za życia naszego i przyszłych pokoleń – w kulturze czy polityce.

Mówią nam: celebrujecie klęski. Czas wreszcie wybrać nowoczesność

Jasne, tylko jak uciec od własnej historii i odnaleźć szczęście w zupełnie innym świecie? W życiu prywatnym takie ucieczki są ostatnio bardzo modne: mężowie i ojcowie nagle porzucają rodziny dla zakochanych nastolatek, artyści przestają uprawiać swoje rzemiosło i zadowalają się karierą celebrytów, nawet niektórzy księża decydują się zrzucić sutannę i ruszyć w świat. Wszystkim wydaje się, że w nowym układzie będą nareszcie naprawdę szczęśliwi. Czy są? Nie znam ani jednego przypadku takiej życiowej rewolucji, który nie skończyłby się spektakularną klęską, rozpaczą albo zagrzebaniem się w cynizmie. Podobnie jest z naszym wspólnotowym losem. To powołanie, a nie opcja do wyboru. Jedynie idąc drogą, na której postawił nas Bóg, można odnaleźć pokój serca, a do tego zbudować coś wartościowego. Celebrujemy klęski, ale też zwycięstwa, które odnosili nasi przodkowie. Nie jesteśmy masochistami, lecz realistami. To prawda, że w polskiej historii ostatnich wieków więcej jest wylanych łez niż beztroskich okrzyków triumfu, ale musimy podźwignąć to dziedzictwo, bo jest ono istotą polskości. Można je próbować przełamać i różnie interpretować, ale nie odrzucić jako balast. Bez poczucia historycznej ciągłości Polska przestanie istnieć.

Mówią, że polskość jest jak choroba. Może powinniśmy z niej wyrosnąć?

Jest coś na rzeczy w tym porównaniu do choroby, bo często Polacy zachowywali się jak w gorączce. Rejtan, Karol Levittoux, uczestnicy manifestacji patriotycznych przed Powstaniem Styczniowym, później niektórzy Żołnierze Wyklęci, natchniony publicysta emigracyjny Zygmunt Nowakowski, wreszcie Jan Lechoń skaczący z okna nowojorskiego hotelu. Także literacki Konrad z Wielkiej Improwizacji nie wydaje się okazem zdrowia psychicznego. Trzeba jednak pamiętać, że ta „choroba” jest wynikiem bezgranicznego umiłowania ojczyzny i wolności. Jest to, jak pisał Kazimierz Wierzyński, „miłość raniona”. Człowiek, któremu odebrano wszystko, co naprawdę kocha, staje się „chory z miłości”. Od ponad 200 lat jesteśmy poddawani ogromnym ciśnieniom ze strony Niemiec i Rosji, więc w naszych reakcjach nie ma nic dziwnego. Jeśli naprawdę jest to choroba, to nie taka jak świnka, z której można wyrosnąć. Współtworzy ona nasz narodowy charakter, bywa naszą słabością, ale jest również siłą, która powstrzymuje wrogie Bogu i człowiekowi imperia przed marszem w głąb Europy. Tak było w 1920 r., ale moim zdaniem nawet przegrane powstania czy opór Polskiego Państwa Podziemnego były ością w gardle lewiatana. Zamiast gładko połknąć Polskę i resztę Europy, potwór musiał krztusić się i charczeć.

Czy obrażasz się, słysząc o sobie: poeta smoleński?

Ja już się o nic nie obrażam. Nawet gdy ktoś w internecie czy „Gazecie Wyborczej” wylewa na mnie kubeł pomyj, nie czuję żadnych negatywnych emocji, bo świadkiem mojej historii jest Jezus Chrystus. A „poeta smoleński” to uprawnione określenie, bo przecież po 10 kwietnia 2010 r. diametralnie zmieniło się moje życie i do pewnego stopnia myślenie, a w poezji pojawił się nurt historiozoficzny. Oczywiście że etykietka poety smoleńskiego bardzo upraszcza obraz mojej dwudziestoletniej twórczości, ale do tego jestem już przyzwyczajony. Wcześniej nazywano mnie klasycystą albo poetą katolickim i to również były określenia redukujące. Na pewno Smoleńsk to dla mnie doświadczenie pokoleniowe, takie jak wojna, Katyń czy Jałta dla moich poprzedników. Będę pewnie pisał jeszcze o wielu rzeczach, ale krzyż smoleński tkwi we mnie głęboko pod skórą. Póki żyję, nie da się go stamtąd wyrwać.

Wywiad ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie”

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Stały felieton w tygodniku „wSieci”

Co tydzień o kulturze, historii, religii, polityce i absurdach Nowego Wspaniałego Świata.

Pierwszy felieton, opublikowany w numerze świątecznym, nosi tytuł „Wieczny Smoleńsk”. Zapraszam do lektury!

Tygodnik „wSieci” to szóste pismo, z którym podjąłem stałą współpracę. Wcześniej ogłaszałem felietony w „Nowym Państwie” (1999–2004), „Ozonie” (2005–2006), „Wprost” (2006–2008) i „Gazecie Polskiej” (2011–2013). Od 2006 roku nieprzerwanie publikuję w „Gościu Niedzielnym”.

Najciekawsze teksty zostały później przedrukowane w edycjach książkowych: „Niebo w gębie” (2010), „Wencel gordyjski” (2011), „Listy z podziemia” (2013).

czwartek, 10 kwietnia 2014

Matka Boska Smoleńska


Zakuliśmy Cię w zbroję z wotywnych ryngrafów
daliśmy miecz do ręki i tarczę z herbami
miałaś przed naszym wojskiem wyruszać do walki
jak urodzona w Litwie księżna z poematu

lecz Ty nie toczysz wojen choć twarz Ci ciemnieje
od tych klęsk których objąć rozumem nie sposób
w odległych galaktykach galilejskich oczu
co noc spadają gwiazdy – to nasze nadzieje

i znów mgła znowu szczątki walają się w błocie
sołdaci dzielą wszystko co da się spieniężyć
nie odmienisz nam losu nie pomścisz poległych
nawet czarnego pyłu nie zdmuchniesz z ich powiek

już dosyć – zamknij oczy zmęczone od ognia
i w pożarze historii pozostaw nas samych
niech na Twoim policzku zagoją się rany
i przestanie Ci ciążyć nieszczęsna korona

Ona milczy lecz z głębi katedry w Warszawie
z Krakowskiego Przedmieścia gdzie znicze migocą
spod krzyża naszych pragnień wieje żywe Słowo
niosąc ludziom wzgardzonym osiem błogosławieństw

i znów jesteśmy braćmi: wskrzeszeni grzesznicy
„cisi” „którzy się smucą” i „czystego serca”
żywą tkanką nabrzmiewa w wotywnej kaplicy
ikona polskiej duszy – Madonna Smoleńska

wiosna 2014
pierwodruk: "wSieci" 2014 nr 15

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Rocznicowe „wSieci”

W aktualnym wydaniu tygodnika (od dziś w kioskach) znajdą państwo mój nowy wiersz „Matka Boska Smoleńska” oraz zapis rozmowy, którą przeprowadzili ze mną w Matarni Jacek i Michał Karnowscy.