sobota, 23 stycznia 2016

Chrystusie utraconych miast

„Arcana” nr 126 (6/2015)



Chrystusie utraconych miast 
ciągle nie wiemy czy przeżyłeś 
czy rankiem Cię posłali w piach 
czy Cię wywieźli na Kołymę 

pył opadł z wiekuistych wzgórz 
gdzie kiedyś biło Twoje serce 
po kamienicach został gruz 
po ludziach kości rozeschnięte 

wieszcz spod kolumny rzuca cień 
ikona świeci w Ostrej Bramie 
lecz rozum mówi: stało się 
i już się nigdy nie odstanie 

Chrystusie utraconych miast 
które jak krew nosimy w sobie 
jeżeli żyjesz to nas zbaw 
lecz tylko z Wilnem i ze Lwowem

piątek, 22 stycznia 2016

Nowe wiersze w „Arcanach”


„Dawni poeci”, „Juliusz Słowacki płynie do Krzemieńca”, „Romantyczność”, „Ars poetica”, „In Gallicantu”, „Baptysterium”, „Stara śpiewka”, „Modlitwa przed końcem świata”, „Chrystusie utraconych miast” – to tytuły dziewięciu moich nowych wierszy, które zostały opublikowane w 126 numerze dwumiesięcznika „Arcana” (już w sprzedaży).

Przy okazji informuję, że zakończyłem już pracę nad kolejnym - po „De profundis” - tomem poetyckim. Książka zatytułowana „Epigonia” ukaże się wiosną w krakowskim Wydawnictwie Arcana.

czwartek, 14 stycznia 2016

Pruska lokomotywa

Niemcy nie po raz pierwszy chcą wyciągać Polskę z cywilizacyjnej zapaści. 

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 3/2016

Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła niemiecka lokomotywa. Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem, i kręci się, kręci się koło za kołem. I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej – przez media, salony, urzędy brukselskie. A dokąd? Nach Osten! A ściślej? Do Polski! A skądże to, jakże to, czemu tak gna? Przypomnieć warchołom, że Ordnung muss sein! Dziś większość Polaków krytykuje Martina Schulza czy Günthera Oettingera za ingerowanie w wewnętrzne sprawy naszego państwa, a przecież inicjatywy obu panów są prostą konsekwencją polityki rodzimej Platformy Obywatelskiej. A dokładnie hołdu lennego, który w listopadzie 2011 roku złożył w Berlinie Radek Sikorski. Trudno się dziwić Niemcom, że chcą objąć nas kuratelą, skoro szef dyplomacji III RP osobiście zaapelował do nich o zaprowadzenie w Europie pruskiego porządku.

Pamiętam, że przemówienie Sikorskiego zostało dobrze przyjęte w Berlinie, ale jeszcze lepiej w Warszawie. Oczywiście, podniosły się również głosy krytyki, formułowane przez „frustratów”, którzy „mentalnie tkwią w XIX wieku”. Były to jednak głosy nieliczne i słabo słyszalne. Ludzie „nowocześni” i „otwarci na świat” zdecydowanie poparli koncepcję uczynienia z Polski wschodniego landu IV Rzeszy. Wśród entuzjastów takiego rozwiązania znaleźli się nie tylko autorzy kroczący w awangardzie postępu, ale i tzw. niezależni publicyści. „Nie uciekniemy od faktu, że Niemcy są największym, najsilniejszym, najbogatszym, najbardziej pracowitym i kulturalnym narodem europejskim. Albo Polska włączy się w próbę stworzenia znośnych ram dla niemieckiej potęgi i przy tej okazji coś dla siebie uzyska, albo ustawi się na pozycji wiecznej ofiary, przeciwnika i na tym straci” – pisał Krzysztof Kłopotowski. „W dalszej perspektywie korzystny jest dla nas tylko jeden wybór, choć może nas niemało kosztować w krótkim okresie – wstąpienie do Europy »niemieckiej« z rządem gospodarczym, wspólną polityką fiskalną, może nawet jedną armią” – precyzował Andrzej Talaga. „Najkrótsza droga do Zachodu wiedzie właśnie przez Niemcy, a tamtejsza organizacja, technologia i kapitał jest najwyższej klasy” – zachwycał się Igor Zalewski. Na argument pogrobowców dziewiętnastowiecznego patriotyzmu, że przystępując do Unii Europejskiej, umawialiśmy się przecież na Europę ojczyzn, a nie na Cesarstwo Niemieckie, światli komentatorzy cierpliwie odpowiadali, iż od czasu podpisania traktatu akcesyjnego znacząco zmieniła się na kontynencie sytuacja gospodarcza. By ocalało euro, Polska po prostu musi zrezygnować z suwerenności i nic nie można na to poradzić.

Trzeba przyznać, że Niemcy mają z nami ciężkie życie. To ewenement na skalę światową, by państwo tak wspaniałe, zamieszkane przez naród pracowity, kulturalny i w ogóle „najwyższej klasy”, graniczyło z ojczyzną ciemniaków, pijaków i złodziei. Tym bardziej należy docenić postawę Niemców, którzy już dwa razy w nowożytnej historii poświęcili swój czas i energię, by wyciągać Polskę z cywilizacyjnej zapaści. Prekursorską próbę ożywienia lokalnej gospodarki i dostosowania prawa do standardów europejskich podjęli w latach 1772–1918. Spośród realizatorów tego projektu wyróżnił się zwłaszcza kanclerz Otto von Bismarck – autor programu edukacyjnego dla polskiej ludności, obejmującego m.in. kształcenie w zakresie kulturoznawstwa i języków obcych. Właśnie temu programowi, przez pogrobowców patriotyzmu zwanemu germanizacją, nasi dziadowie zawdzięczali rozkwit przemysłu, architektury i możliwość czytania Goethego w oryginale. Druga próba ucywilizowania Polski miała miejsce w latach 1939–1945. Niektóre zbudowane wtedy autostrady i linie kolejowe do dziś imponują solidnością. Nie wypada też zapominać, że III Rzesza jako pierwsze państwo w Europie Zachodniej otworzyła dla nas swój rynek pracy, co zaowocowało masową emigracją zarobkową (tzw. wyjazdy na roboty).

Pełni wdzięczności za to, co już Niemcom w Polsce udało się osiągnąć, powinniśmy dziś z nadzieją wypatrywać złotego pociągu z Brukseli. Jak cztery lata temu napisał Kłopotowski, „Unia Europejska jest trzecią (po staraniach podjętych w dwu wojnach światowych – przyp. WW) próbą, tym razem pokojową, wyciągnięcia wniosków z niemieckiej dominacji we wszystkich dziedzinach”. Teraz zbliża się do nas pruska lokomotywa, ciężka, ogromna i pot z niej spływa. Wagony do niej podoczepiali, w jednym francuscy antyklerykałowie, w drugim holenderscy geje, w trzecim islamscy imigranci spragnieni towarzystwa europejskich kobiet, w czwartym też muzułmanie, ale zainteresowani głównie pirotechniką, a w piątym siedzą same grubasy – właściciele banków z Luksemburga – i liczą banknoty. A tych wagonów jest ze czterdzieści. Sam nie wiem, co się w nich jeszcze mieści.

Jeśli wciąż uważamy się za obywateli III RP, musimy respektować jej zobowiązania: przeprosić za wynik demokratycznych wyborów, grzecznie kupić drogi bilet i wsiąść do pociągu. Chyba że mamy dość odwagi, by stanąć po stronie odradzającego się w bólach, ale dumnego państwa polskiego. Wtedy, nieskrępowani hołdem lennym, powinniśmy odpowiedzieć Niemcom tak, jak zawsze w dziejach robili to nasi przodkowie. I ramię w ramię z braćmi Węgrami podjąć polityczną walkę o przywrócenie Europie jej prawdziwej, chrześcijańskiej tożsamości.

środa, 23 grudnia 2015

Bóg się rodzi

Wszystkim Czytelnikom i Przyjaciołom życzę rodzinnych, radosnych i błogosławionych świąt Narodzenia Pańskiego.

Fragment grafiki Bohuslava Reynka

wtorek, 22 grudnia 2015

Ludzie spod samotnej gwiazdy

Zaprośmy niezłomnych pielgrzymów polskości do wigilijnego stołu. 

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 50/2015

Paryż, narożna kamienica przy Rue de l’Université. Z apartamentu Jana Lechonia, attaché kulturalnego ambasady polskiej, można podziwiać efektowną panoramę Esplanade des Invalides. W ciągu dnia, bo teraz okna zasłonięte są ciężkimi kotarami w obawie przed niemieckim nalotem. Jest wieczór 24 grudnia 1939 r. Do wieczerzy wigilijnej zasiadają, oprócz gospodarza, przybyli niedawno z podbitego kraju Kazimierz i Halina Wierzyńscy, Julian i Stefania Tuwimowie, Antoni i Janina Słonimscy, Maria i Jerzy Kuncewiczowie, Stanisław Baliński, Józef Wittlin. Są też m.in. utalentowany pianista Witold Małcużyński i naczelny karykaturzysta elit II RP Zdzisław Czermański.

Jeszcze w sierpniu w środowiskach literackich, nie wyłączając skamandrytów, narastały polityczne podziały. Miało znaczenie, kto jest piłsudczykiem, a kto pacyfistą, kto wierzy w rządową i wojskową propagandę z cyklu „nie damy nawet guzika”, a kto za swoją życiową misję uznaje piętnowanie endeckich pamfletów o „duszy żydowskiej”. Ale tego wieczoru wszyscy są wychodźcami z ukochanej Warszawy. Przy płonących świecach rozmawiają o klęsce wrześniowej i sytuacji w Europie. Spotkanie – wspomni po latach Baliński – jest „owiane złudzeniami”: „Byliśmy przybici, oszołomieni. A mimo wszystko pełni nadziei, że wojna długo nie potrwa. To był ostatni chyba rok, kiedy wierzyło się w siłę, wierność, honor Francji”.

Jakie nastroje panują wówczas w okupowanej stolicy Polski? Baliński, mimo wielu kilometrów dzielących go od kraju, potrafi je wyrazić jak nikt inny. W wierszu „Kolęda warszawska 1939” zwraca się do Matki Boskiej: „Niechaj się rodzi Syn najmilejszy/ Wśród innych gwiazd,/ Ale nie u nas, nie w najsmutniejszym/ Ze wszystkich miast”. I kończy wstrząsającymi słowami: „A jeśli chcesz już narodzić w cieniu/ Warszawskich zgliszcz,/ To lepiej zaraz po narodzeniu/ Rzuć Go na Krzyż”.



Przebieg wojny szybko rozwiewa złudzenia wobec Francji, która – jak to po latach określi Baliński – „połyka swoje hańby jak ostrygi”. Pisarze przenoszą się do Londynu albo przez Portugalię i Brazylię docierają do Nowego Jorku. W okupowanym przez Niemców Paryżu zostają outsiderzy. W Wigilię roku 1940 Andrzej Bobkowski i jego żona Basia układają na stole fotografie bliskich i patrząc na nie, przełamują się opłatkiem. „To więcej niż samotność, to zupełna pustka, podkreślająca obcość wszystkiego dokoła. [...] Jesteśmy sami we dwoje i każde z nas trzyma się drugiego jak masztu na okręcie wśród burzy. Przez cały rok można nie odczuwać tego osamotnienia, można być nawet zadowolonym z tego; teraz to boli” – notuje autor „Szkiców piórkiem”.

Pod koniec wojny jedność skamandrytów z paryskiej Wigilii 1939 r. jest już tylko wspomnieniem. Lechoń, Wierzyński i Baliński działają w środowiskach nowojorskiego „Tygodnika Polskiego” i londyńskich „Wiadomości”, przypominając światu o ofiarności naszych żołnierzy, zdradzie aliantów i sowieckich zbrodniach. Tuwim i Słonimski wkrótce wrócą do kraju, by robić karierę w komunistycznej propagandzie. Pisarze, którzy zostaną na emigracji, będą się starzeć z przedwojennym polskim paszportem w kieszeni. Ich sytuacja materialna w wielu przypadkach stanie się dramatyczna.

W latach 50. Andrzej Bobkowski jest już z żoną w Gwatemali. Jednak wyprawa za ocean nie przynosi spodziewanego ukojenia: podczas każdej Wigilii pisarz płacze jak dziecko. „Święta prześliczne tutaj – pisze w jednym z listów. – [...] Ściągają Indianie ze wszystkich plemion. Ci z gór przynoszą ze sobą drzewka, nasze najprawdziwsze świerki [...] i wyrasta wokół katedry nasz las, jak na Rynku pod Sukiennicami”. „Angielskie dzieci śpiewają na ulicach, pod bramami domów: »Noel, Noel«, my zaś, idąc przez mgłę, nie słyszymy ich, tylko słyszymy refren »A Słowo Ciałem się stało«...” – mówi w 1953 r. na antenie Radia Wolna Europa Zygmunt Nowakowski. „Samotna gwiazda betlejemska, ta gwiazda chrześcijaństwa, jest zarazem gwiazdą naszego narodu” – rok później patetycznie ogłasza Lechoń. W życiu prywatnym nie jest jednak łatwo zachować cierpliwość. 23 grudnia 1950 r. Lechoń notuje w swoim „Dzienniku”: „Po raz pierwszy w życiu [...] chybię tego staropolskiego zwyczaju i nie będę siedział przy wigilijnym stole. Ale doprawdy nie mam domu, w którym najbardziej chciałbym ten wieczór spędzić”.

Lechoń, Wierzyński, Baliński, Nowakowski, Bobkowski nad Wisłę nigdy nie wrócili. Wracały przepuszczone przez cenzurę „nieszkodliwe” fragmenty ich twórczości, a nawet ich skremowane ciała, ale ich dziedzictwo rozproszyło się w zaułkach Paryża, Londynu, Nowego Jorku. PRL słusznie uznała ich za wrogów systemu, a III RP wzgardziła ich twórczym i historycznym świadectwem, stawiając na ciągłość z kulturą tworzoną przez komunistycznych propagandystów. My jednak wciąż mamy szansę zaprosić niezłomnych pielgrzymów polskości do wigilijnego stołu. I czytając ich gorzkie wiersze lub prozę, wspólnie świętować narodziny trudnej wolności. W polskim Betlejem, w blasku samotnej gwiazdy.