wtorek, 20 grudnia 2016

czwartek, 15 grudnia 2016

Epitafium dla organisty

Nawet kiedy skrzypiała podłoga, byłem pewien, że to pan Franciszek stroi instrumenty.



"Gość Niedzielny" nr 51/2016

Organistówka stała w Matarni przez długie wieki. Razem z przykościelną skarpą i brukowaną kamieniami drogą współtworzyła malowniczy zaułek, w którym – wydawało się – czas nie płynie, a cisza ma swoje gniazdo. Budynek był parterowy, zbudowany z czerwonej cegły, przez kilka lat wisiała na nim skrzynka pocztowa. Gdy byłem dzieckiem, chodziłem tam na lekcje religii, zawsze ze świadomością, jak niewiele dzieli mnie od tajemnicy muzyki. Za ścianą mieszkał bowiem z rodziną organista naszej parafii.

Pan Franciszek Rąbca należał do ludzi skrytych, małomównych. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, żeby zwrócił na mnie kiedyś baczniejszą uwagę. Tym większy miałem dla niego respekt. Widziałem w nim kogoś w rodzaju mitycznego Orfeusza, który nie ma czasu na głupoty, bo stoi na straży harmonii świata.

Ponieważ obie córki organisty studiowały medycynę, korzystałem czasem z ich sąsiedzkiej pomocy. Najczęściej chodziło o wykonanie zastrzyku po godzinach pracy przychodni. Do świątyni muzyki pielgrzymowałem więc zwykle chory, późnym wieczorem, z dokuczliwą myślą, że będę musiał ściągnąć spodnie. Traktowałem to jednak jako cenę, którą warto zapłacić za spotkanie z tajemnicą. Gdy w obszernej kuchni tylna część ciała mierzyła się z bólem wywołanym przez igłę strzykawki, oczy wpatrywały się w uchylone drzwi do pokoju, a uszy usiłowały wychwycić szlachetną melodię. Nawet kiedy skrzypiała podłoga, byłem pewien, że to pan Franciszek stroi swoje instrumenty.

Wiele lat później, już po śmierci organisty, dowiedziałem się, że skrywana przez niego tajemnica wiązała się nie tylko z muzyką. Podczas II wojny światowej Franciszek Rąbca był żołnierzem 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Przeszedł szlak bojowy z II Korpusem Polskim gen. Władysława Andersa, pod Monte Cassino walczył w stopniu plutonowego, był ranny w głowę. W okresie PRL trudno było o tym głośno mówić.

Gdy rozsypała się historyczna organistówka, rodzina Rąbca odbudowała ją od podstaw, z zachowaniem dawnej świetności. Którejś zimy zostałem tam z żoną zaproszony na wspólne kolędowanie. To był piękny wieczór. Śpiewaliśmy „Bóg się rodzi, moc truchleje...”. Pan Franciszek z nieba grał nam na organach.

piątek, 9 grudnia 2016

Wieczór poetycki w Gdańsku

W środę 14 grudnia będę gościem Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”. Serdecznie zapraszam do Galerii Mariackiej, ul. Mariacka 48, godz. 19.00.


piątek, 2 grudnia 2016

Wiersze moich przyjaciół (IV): Leszek Długosz (Kraków)

We wtorek 6 grudnia o godz. 18.50 TVP Kultura pokaże Galę Jubileuszową z udziałem poety. 



Gala Jubileuszowa z okazji 75. urodzin Leszka Długosza odbyła się 7 listopada 2016 roku w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Jubilatowi towarzyszyła Śląska Orkiestra Kameralna pod batutą Roberta Kabary. Wiersze recytowali ponadto Halina Łabonarska i Jerzy Trela. Zachęcam do obejrzenia i wysłuchania retransmisji.

Sukiennice, 25 listopada 2016 r. Od prawej: Leszek Długosz, Barbara Długosz, WW, fot. Marek Rapnicki

środa, 30 listopada 2016

Wiersz nad wierszami

Władysław Ślewiński, Śpiąca kobieta z kotem


Nocą jesień urwała się z kalendarza wpadła 
do sypialni i została do rana teraz rozpalam 
w piecu recenzjami moich pierwszych książek 
nie trzeba było znosić archiwum do kotłowni 
z czasem kurczy się miłość własna a w domu 
musi być ciepło próżna młodość kochana 
próżna młodość starość idzie za nią jak cień 
kim byliśmy dawniej: pięć dziewięć szesnaście 
lat temu dwa tygodnie po ślubie chciałbym 
to sobie przypomnieć ale gdy sięgam pamięcią 
widzę tylko ciebie: rozświetloną uśmiechem 
zmęczoną sprawdzaniem klasówek śpiącą 
z odkrytym ramieniem wieszającą pranie 
jesteś wierszem pisanym przez Boga w moim 
sercu: twój oddech zbudowany jak rytmiczna 
strofa żeński rym twoich oczu oświetla mi drogę 
zmarszczka na twoim czole nadaje tej poezji 
metafizyczny sens

Pierwodruk: „Almanach Prowincjonalny” nr 24 (2016)


wtorek, 29 listopada 2016

Marek Rapnicki: Zamieszkać w Ojczyźnie

Recenzja „Epigonii” opublikowana w 24. numerze „Almanachu Prowincjonalnego”.

Marek Rapnicki, fot. Anna Łapka


Trzeba mieć zdrowie, aby tak niemal w pojedynkę uprawiać ogród poezji polskiej. Co mówię? Poetów przecież tysiące. Ale niemal nikt z nich, niewątpliwie poza Przemysławem Dakowiczem, nie zakotwicza dziś swojej pisarskiej misji w narodowej historii, wspólnym zbiorowym losie, wreszcie w mateczniku tradycji poetyckiej, która osią swojego posłannictwa uczyniła – najogólniej mówiąc – sprawę Ojczyzny. Owszem, czyni tak Jarosław Marek Rymkiewicz, lecz aprioryczny i wytrwały agnostycyzm mędrca z Milanówka nie pozwala zaliczyć obu twórców do identycznej „parafii” literackiej. Kiedy spojrzeć na instrumentarium Wencla – same rozbrajająco niemodne słowa: ojczyzna, tradycja, honor, kości poległych, Chrystus jako figura polskich pohańbionych miast. Panie poeta, tak się już od dawna nie pisze; przynajmniej kiedy się wybrało przyszłość, kultury polskiej, ma się rozumieć!

Ale najpierw tytuł. Ostentacyjnie autodemaskatorski, wskazujący na oczywiste powinowactwo autora z wielką poezją przeszłości, przede wszystkim II Rzeczpospolitej, szczególnie Jana Lechonia oraz Kazimierza Wierzyńskiego. Użycie słowa „epigonia”, które najczęściej występuje w sztuce jako forma krytycznej diagnozy dzieła albo wręcz obelga, świadczy, iż poeta przewartościowuje literackie hierarchie. Otóż Wojciech Wencel żyje (i tworzy) z ogromną dojmującą świadomością ciągłości polskiej kultury oraz nieustannej obecności dzieła poprzedników w naszym tu i teraz. Zatem nie – nowość, lecz ciągłość! Nie błahostka rozkrzyczanych słów, lecz credo, świadectwo. W rzeczy samej tytuł najnowszej książki nazywa to, co spod pióra Wencla wychodzi już od dobrych kilku lat. A może od zawsze? Tyle, że autor jest dziś na wyższym stopniu samoświadomości i (także) jako autor esejów i felietonista mocniej czuje powinność poety.

Trzeba mieć zdrowie – mocne poczucie własnego tonu – aby uchylić lufcik, przez który słychać nieznoszący sprzeciwu bas Herberta, kresowy zaśpiew Skamandrytów, niezgodę Lechonia na zagładę Polski, co była całym światem. W wierszach samotnika z Matarni pobrzmiewa znana z przeszłości – ach, cóż za słowo – miłość do krainy między Odrą a Dniestrem, i wypływający zeń imperatyw dotknięcia, a może uleczenia słowem jej ran, węzłowych momentów w jej najnowszej historii. Dlatego „Ars poetica” uzyskuje wymiar czułego, ale bardzo konsekwentnego wyznania:

(…) drutami na horyzoncie pędzą komunikaty 
lecz ja jestem poza zasięgiem – na stuletnim bruku 
próbuję stawiać kroki których nikt nie usłyszy 
kora zdziczałych wierzb kruszy się pod palcami 
jak grzbiet staroświeckiej książki 

kiedyś zabiorę cię tutaj żebyś zobaczyła 
jak pod wieczór (…) 

No, nie – nie psujmy sobie radości samotnego przeczytania finału tego pięknego wiersza! Ale już z przytoczonych wersów wiemy, że autor jest na „stuletnim bruku” wśród „zdziczałych wierzb”, których wstydzi się, albo ich nie zauważa współczesna literatura. A przecież przypowieść o narodach, które tracą pamięć, nie straciła swej mocy...

Wojciech Wencel jest poetą do szpiku religijnym, to znaczy afirmującym sferę ducha, która ma władzę nad ciałem, światem materii. Oto wiersz, a właściwie mini-poemat pt. „Lechoń”, który daje pojęcie o stosunku poety do swoich mistrzów, duchowych antenatów. Kunsztowny, dojmujący. Muzyczny. Bo aby w życiu „robić swoje”, należy najpierw oprzeć się na skale, nie na piasku. Uświadomić sobie, że ktoś, całkiem niedawno – przed pięćdziesięciu, powiedzmy, laty – mówił to, co i myśmy chcieli wyrazić. Przyznać się do pokrewieństwa. Powierzyć go Najwyższemu. Portret namalować!

(...) próbował na nowo opisać z pamięci 
tę Polskę pachnącą ziołami  

ojczyznę skowronków aniołów i dzieci 
i wojsk ze srebrnymi skrzydłami 

na pomoc przyzywał herosów plejadę 
– uwierzył że w grobach go słyszą 

i wziął Matkę Boską na wojnę ze światem 
armaty zagrzmiały muzyką (...) 

Dla wyrażenia zamierzonego przesłania autor „Epigonii” używa słów, których pełna jest Święta Księga. Słów dostojnych, jakby powiedział Czesław Miłosz. Jakżeby inaczej, skoro rzecz dotyczy spraw dla naszej zbiorowości kardynalnych, sensu naszego istnienia i naszej ofiary, której wielokrotnie żądał od Polaków los. Już sam ton owych ćwiczeń z historii odrzuci niejednego i nie będzie mu dane słuchać tytana mowy (czyli poezji) o imieniu Patos, którego (...) życie było świętem a jego mowy pogrzebowe/ sprawiały że duch słuchaczy ścigał się z nieskończonością („Patos”).

Prawdopodobnie najważniejszym (na wagę znaczeń) utworem w książce jest pisany przez ostatnie pięć lat „Pamiętnik z Krakowskiego Przedmieścia”, w którym wydarzenia dziejące się wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim po katastrofie smoleńskiej autor rzuca na tło dramatów z Powstania Styczniowego, z pałacu namiestnika Judei, na tło archetypicznych już dla polskiej poezji słów Zbigniewa Herberta. Poemat Wojciecha Wencla kieruje w oczywisty sposób uwagę czytelnika w stronę „Raportu z Oblężonego Miasta”; autor nie każe się niczego domyślać: gorzki cytat „patrzymy w (...) najgorszą ze wszystkich twarz zdrady” zakotwicza słowami Księcia Poetów nasze wspólne doświadczenie ostatniej dekady w smętnym czasie stanu wojennego, albo szerzej – w chwilach opresji, kiedy wróg stawał u bram, licząc na pomoc konfidentów.

(...) ulatywały w niebo ostatnie tchnienia ciche 
modlitwy roty przysiąg refreny czułej pamięci 
wewnętrzny ogień którego nic nie wyziębi 
zamieniał całą Warszawę w świecę paschalną (...)

Powinności tego, któremu Bóg dał talent składania słów, sprawiają, że podzielone jest serce poety. W wierszu „Dwie miłości”, pełnym poruszającej pokory, a jednocześnie determinacji, prosi więc żonę o zgodę na czynności, bez których nie wyobraża sobie istnienia:

(...) z lewej komory płynie tętniąca miłość małżeńska 
prawa komora gorzką miłością płuca napędza 
ty się nasycisz przy stole Pańskim chlebem i winem 
ja będę z nimi dzielił pragnienia czarną godzinę 
byłoby piękniej gdybyśmy chatkę mieli z piernika 
lecz muszę czuwać nad poległymi żeby oddychać

Takie wyznanie, unikalne w czasach, kiedy jeden z głośnych pisarzy nazywa swoją owcę Smoleńsk, boleśnie konweniuje ze wznowieniem po długiej przerwie prac wykopaliskowych na powązkowskiej Łączce. W taki oto sposób historyk, wydobywający szczątki pomordowanych bohaterów, oraz poeta, zapisujący w błyskotliwym skrócie chwalebne atrybuty ich walki, stają się niemal symboliczną figurą strażnika polskiej tożsamości.

Jaki więc morał z tej kunsztownie utkanej elegii na śmierć Ojczyzny, która w końcu padnie, jeśli skona w nas? Zamieszkać w niej naprawdę! Nie kątem, nie na wynajem, jak nieczuły sublokator albo nowobogacki, który zdziera tynki do cegły, rad, że teraz, z jego woli i dla jego widzimisię będzie „po nowemu”. Nie. Zamieszkać w Ojczyźnie tak jak ukochany syn, który zna całą historię matki, nie wstydzi się jej wypłowiałych sukien, pamięta jak królowała na balach i promenadach dziejów. I jest z Nią w ostatecznej potrzebie.

A ponadto nowy tomik Wojciecha Wencla przywraca czytelnikowi pewność, że poezja porywająca się na wielkie, bo niezbędne, a przemilczane tematy, potrafi być zrozumiała. Proszę wybaczyć śmiałość, ale tak zrozumiała jak „Ojcze nasz”! Potrafi iść w serce czytającego jak szara piechota, jak złowieszczy szum podchodzącego do lądowania tupolewa. Czasem jak groźny a życiodajny grom. Brzmieć jak ostatni szept Inki – sanitariuszki AK.

(...) mają umysł do myślenia lecz nie wiedzą 
chociaż „Inka” o tym pisze w grypsach z nieba 
że od śmierci dużo gorsza jest nikczemność: 
Powiedz babci, zachowałam się jak trzeba (...)

I już zupełnie na koniec: nie do przecenienia są muzyczne walory tej poezji. Wiersze Wencla, choćby takie jak wspomniana powyżej „Stara śpiewka”, „Dwie miłości” czy „Matka Boska Smoleńska”, nie są do czytania, lecz do nucenia. Więcej – one się same śpiewają, wspinają się nam do kolan i wyżej, na wysokość skroni i patrzą nam prosto w twarz, i przenikają skórę, do wnętrza, gdzie drzemie nasze bezrobotne, leżakujące i odkładane na czarną godzinę sumienie.

Chciałbym usłyszeć te wiersze w wykonaniu Antoniny Krzysztoń.

Marek Rapnicki

Dziękuję Autorowi recenzji za zgodę na jej udostępnienie Czytelnikom bloga. (WW)