czwartek, 4 grudnia 2014

Nieskończona wolność

Ani słowa o sfałszowanych wyborach.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 49/2014

Od rana rozpalam w piecu wycinkami gazet z recenzjami moich pierwszych książek. Żadna metafora. Po prostu kilka lat temu zniosłem do kotłowni archiwum, żeby ocalić je dla potomności, i dzisiaj nie mam problemu z papierem na podpałkę. Z czasem kurczy się miłość własna, a w domu musi być ciepło.

Gdzieś nad moją głową żona krząta się po kuchni, żeby zdążyć z obiadem, zanim dzieci wrócą ze szkoły. „Dzieci” to termin umowny, bo z naszych chłopców – nie wiadomo kiedy – wyrośli dwaj młodzi mężczyźni. Niedawno (wczoraj? przedwczoraj?) pisałem w wierszu, że „spacerowy wózek dźwiga słodki ciężar”, a dziś ten „słodki ciężar” jest studentem historii. Drugi syn zapisał się w poezji ojczystej, czy raczej ojcowskiej, jako berbeć zawsze znajdujący „czas na bieganie i czas na dreptanie/ na przewracanie się co pięć sekund/ przez kocie łby albo w mokrą trawę”. A teraz kończy gimnazjum i słucha polskiego hip hopu. Zamiłowanie do hopsania nie zmieniło się, poziom hałasu w mieszkaniu – owszem.

Gdy w kotłowni rozgrzewa się piec, w kuchni brzękają talerze. „Próżna młodość, kochana – powtarzam w myślach słowa ulubionej bałkańskiej pieśni – próżna młodość. Starość idzie za nią jak cień”. Kim byliśmy dawniej – pięć, dziewięć, szesnaście lat temu, dwa tygodnie po ślubie? Chciałbym to sobie przypomnieć, ale gdy sięgam pamięcią, widzę tylko Ciebie. Zmęczoną sprawdzaniem klasówek, śpiącą z odkrytym ramieniem, wieszającą pranie... Nasza miłość jest codziennym umieraniem, słodkim jarzmem i lekkim brzemieniem. Miał rację Kazimierz Wierzyński, gdy pisał, że „tym się tylko żyje, za co się umiera”.

Pamiętam reakcje mojego środowiska na zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku. Najdosadniejszy był chyba komentarz Jarosława Marka Rymkiewicza: „Wielu Polaków opowiedziało się za komunizmem. (...) Tym Polakom ja odpowiadam, parafrazując trochę słowa »Pierwszej Brygady«: j...ł was pies. (...) Polska was nie potrzebuje. My będziemy umierać z tą Polską, powoli i z godnością”. Podobnie musieli czuć się kochający ojczyznę Polacy po 1945 roku. Ci żyjący w kraju, gdy zrozumieli, że system komunistyczny jest nie do ruszenia. I ci z niepodległościowej emigracji, gdy okazało się, że naciski na byłych sojuszników zachodnich nie odwrócą jałtańskiego porządku.

Wtedy, w listopadzie 1995 roku, powstał jednak również przedziwny wiersz Krzysztofa Koehlera, w którym zamiast przekleństwa pojawiło się błogosławieństwo niepomyślnego losu: „W więzieniu rozbrzmiewającym/ głosem. Pieśnią dziękczynną./ W domostwie nieskończonej wolności.// W Polsce. Teraz i tu”. Potrzebowałem wielu lat, by zrozumieć sens tego wiersza i doświadczyć „nieskończonej wolności”, której nie może dać żaden ustrój ani żaden polityk, bo jej jedynym źródłem jest żywy Bóg. Gdybym nie miał miłości, już dawno zwariowałbym od kolejnych zawiedzionych nadziei, niezrealizowanych planów, zdruzgotanych marzeń o prawdziwie niepodległym państwie.

Chciałbym umieć codziennie dziękować za cuda, które Jezus Chrystus uczynił w moim życiu: za rodzinę, za poezję i jej czytelników, za pięcioletnią abstynencję, za przebudzenie po Smoleńsku, za znicze na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, za ludzi, których tam spotykam, za książki Kazimierza Wierzyńskiego i Jana Lechonia, Floriana Czarnyszewicza i Zygmunta Nowakowskiego. Wreszcie za Polskę wyobrażoną, wieczną, żyjącą w moim sercu. Tę, w której żadna sprawiedliwa ofiara nie idzie na marne, a dawni i nowi bohaterowie trwają w blasku chwały Bożej, silniejsi od wszystkich armii tego świata. Ale chciałbym też nauczyć się dziękować za zdarzenia trudne, niezrozumiałe, obracające w proch moje ludzkie plany. Najgorsze, co mógłbym zrobić, to zapomnieć, że Bóg jest Panem historii, przez którą prowadzi nas – ludzi i narody – do zbawienia. Zadziwiająca jest ta Jego wierność wobec grzesznika, który raz po raz łamie święte przymierze, tracąc z oczu dary miłości i próbując układać świat po swojemu.

Lubię siadać z żoną przy oknie, żeby wspólnie popatrzeć na starą lipę. Każdej zimy przylatują tu dwie sójki, które nie potrafią lub nie chcą odlecieć za morze. Czasem myślę, że jesteśmy jak one. Szarzy do (i od) bólu, z błękitnym stygmatem nieba na skrzydłach. „Spójrz: umieramy i już nas nie będzie/ za lat czterdzieści albo za dwa lata/ lecz przyda nam się co było w nas święte:/ miłość – przepustka do lepszego świata”. Wiersz napisany 14 lat temu, a miłość wciąż trwa, owocując poczuciem „nieskończonej wolności”. Wierzę, że gdy wreszcie skrzydła poniosą nas do lepszego świata, nasi synowie przekażą tę miłość swoim dzieciom i wnukom. Nie wiem, ile pokoleń wolnych Polaków trzeba, by ta misja się wypełniła, ale jestem pewien, że dzięki niej powstanie kiedyś wieczna Polska. Całkiem realna, wskrzeszona mocą swojego Boga. Niezwyciężona.

piątek, 24 października 2014

Nic nie mają, a posiadają wszystko

Czy jako Polacy chcemy nadal łączyć swoją historię z Chrystusem? A może wolimy „wprzęgnąć się z niewierzącymi w jedno jarzmo”?

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 43/2014

Włocławek, sobota 18 października 2014 roku, dziedziniec sanktuarium Męczeństwa bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Podczas Eucharystii młoda kobieta czyta fragment 2 Listu do Koryntian: „Bracia! Okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką cierpliwość, wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w chłostach, więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, w nocnych czuwaniach i w postach, przez czystość i umiejętność, przez wielkoduszność i łagodność, przez objawy Ducha Świętego i miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą, przez oręż sprawiedliwości zaczepny i obronny, wśród czci i pohańbienia, przez dobrą sławę i zniesławienie...”.

Do kogo właściwie zwraca się w swoim liście św. Paweł? Czy tylko do historycznej wspólnoty chrześcijan w Koryncie? Oczywiście, że nie. Tu i teraz, nieopodal tamy na Wiśle, w miejscu złożenia relikwii wskrzesiciela polskiej duszy, w wigilię 30. rocznicy jego męczeńskiej śmierci, św. Paweł mówi do nas, Polaków, osadzonych w konkretnej historii i nauczonych przez pokolenia, „aby nie ufać sobie samemu, lecz Bogu, który wskrzesza umarłych”. Żaden podręcznik historii nie opisuje precyzyjniej apostolskiego wymiaru polskich dziejów.

Ta nasza bezprzykładna cierpliwość w oczekiwaniu na owoce przymierza z Bogiem. Modlitwy, które nie odsunęły kielicha goryczy. Powstania, które nie przyniosły politycznej wolności. Obrona europejskiej cywilizacji najpierw przed bolszewickim, potem przed niemieckim barbarzyństwem, „nagrodzona” zdradą aliantów w Teheranie i Jałcie. Honor przestrzelony sowiecką kulą. Idea jagiellońska przebita ukraińskimi widłami. Dwie wielkie emigracje. Pół wieku komunistycznej niewoli. Strażnicy pamięci i wolności strąceni w smoleńskie błoto. I po każdej traumie ta sama wierna śpiewka: „Ileż to razy Tyś nas nie smagał,/ A my nie zmyci ze świeżych ran,/ Znowu wołamy: On się przebłagał,/ Bo On nasz Ojciec, bo On nasz Pan!” (Kornel Ujejski, „Z dymem pożarów”).

Ile było przez wieki tych „utrapień, przeciwności i ucisków”? Ilu Polaków wleczonych na Sybir, rozstrzeliwanych w ulicznych egzekucjach, chłostanych w Cytadeli, spalanych na popiół w niemieckich obozach śmierci? Żołnierze wyklęci, chrzczeni brudną wodą w karcerze mokotowskiej katowni, ze stopami wspartymi na czarnym kamieniu. Matki, żony, siostry „w trudach, w nocnych czuwaniach i w postach”. Ich czarne sukienki na Krakowskim Przedmieściu, ich białe dłonie przygotowujące posiłki dla więźniów, opatrujące rannych, zamykające powieki poległym. Księża w bagażnikach wiezieni na swoją Golgotę, studenci mordowani na klatkach schodowych. Uczniowie, stoczniowcy, górnicy chowani w ziemi nocą, pod ścisłą kontrolą SB. Smoleńskie wdowy z twarzami wykrzywionymi z bólu.

Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko nauczał: „Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzić do zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem”. Czy jako Polacy chcemy nadal łączyć swoją historię z Chrystusem? A może wolimy „wprzęgnąć się z niewierzącymi w jedno jarzmo”, pomieszać sprawiedliwość z niesprawiedliwością, światło z ciemnością, a Boga ustawić w galerii współczesnych bożków? Pytam tych, którzy dziś głoszą, że lepiej było dla Polski sprzymierzyć się w 1939 r. z Adolfem Hitlerem, a „prawdę i honor” traktują jako „pojęcia emocjonalne”, wykorzystywane przez dowódców powstania warszawskiego do podejmowania „nieodpowiedzialnych” decyzji. Tylko proszę nie odpowiadać „tak” i „nie” jednocześnie, bo nie da się pogodzić żywego chrześcijaństwa z materialistyczną polityką.

Albo jako naród wybieramy Boga i dostajemy krzyż, który oprócz cierpień rodzi czystość, wielkoduszność i łagodność, wierność Duchowi Świętemu i miłość nieobłudną, uzdalnia do głoszenia prawdy i pokładania ufności w mocy Bożej. Albo wybieramy Beliara i otrzymujemy iluzję dozgonnych korzyści w grze zdegenerowanych państw o wieniec niesprawiedliwości.

W tej pierwszej perspektywie widzę wspaniałość polskiej historii. To nic, że dziś większość Polaków boi się wielkości, którą przewidział dla nas wszystkich Bóg. Ważne, że pod skorupą lawy, co „zimna i twarda, sucha i plugawa”, wciąż płonie wewnętrzny ogień. Ciągle trwa sztafeta pokoleń, dla których polskość znaczy tyle, co „w dobrych zawodach wystąpić, bieg ukończyć, wiary ustrzec”. I ewangelizować ten świat mocą Chrystusa, „który nas pociesza w każdym naszym ucisku, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek ucisku, tą pociechą, której doznajemy od Boga”.

Natomiast drugi pomysł na Polskę budzi we mnie fizyczne obrzydzenie. Wolałbym być banitą na łasce i niełasce obcych niż członkiem pogańskiego plemienia, którego jedyną misją jest gra w kości z diabłem o zachowanie „narodowej substancji”. Polskość jest wieczna jak miłość, i jak ona cierpliwa. To o nas, wolnych Polakach wszystkich epok, mówi św. Paweł: „Uchodzący za oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież dobrze znani, niby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz nie uśmiercani, jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko”.

czwartek, 9 października 2014

Zychowszczyzna kontra historia

Jak przemądrzali publicyści próbują zrobić z Polaków kolaborantów, zdrajców i cyników.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 41/2014

Gdy ponad dwa lata temu młody dziennikarz „Rzeczpospolitej” i tygodnika „Uważam Rze” Piotr Zychowicz opublikował książkę „Pakt Ribbentrop–Beck, czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki”, wydawało się, że to jednorazowa prowokacja, która znajdzie uznanie wyłącznie wśród konsumentów tabloidów. Okazało się jednak, że zapotrzebowanie na cudowne projekty, które mają zrewidować polską historię i uchronić nas przed kolejnymi klęskami, jest zjawiskiem szerszym.

Witryny sieciowych księgarń i kiosków pełne są dziś materiałów służących do budowy nowego porządku historycznego. W dziejach III RP chyba tylko wyborcza idea Donalda Tuska: „Nie róbmy polityki, budujmy stadiony”, miała porównywalną promocję. Po debiutanckiej cegle Zychowicz zdążył już dostarczyć na rynek dwa następne pustaki: „Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie” i „Opcja niemiecka, czyli jak polscy antykomuniści próbowali porozumieć się z Trzecią Rzeszą”. Solidny bloczek betonowy pt. „Jakie piękne samobójstwo. Dlaczego Polacy walczyli o swoje zniewolenie?” dorzucił Rafał Ziemkiewicz. O atrakcyjne opakowanie materiałów zadbał z kolei Sławomir Cenckiewicz – jedyny w tym gronie zawodowy historyk, bezkrytycznie wychwalający samowolę budowlaną w tygodniku „Do Rzeczy”.

Główne tezy rewizjonistów brzmią: w 1939 roku Polska powinna była zawrzeć sojusz z III Rzeszą, decyzja o wywołaniu powstania warszawskiego była zbrodniczą głupotą, w świecie międzynarodowej polityki musimy kierować się cynizmem, a nie takimi abstrakcyjnymi wartościami jak prawda czy honor. Na hipotetyczny zarzut, że porozumienie z Hitlerem byłoby „sojuszem z diabłem”, Ziemkiewicz odpowiada: „Tak, oczywiście. I co z tego? Poza jedną jedyną Polską jakoś nikt wtedy zawieraniem sojuszu z diabłem się nie brzydził”. Wyjątkowość niezłomnej postawy Polaków podczas wojny ma być więc argumentem przeciwko nim. Cnota zostaje uznana za grzech, wierność wartościom europejskiej cywilizacji – za zawstydzający anachronizm. Zychowicz i jego koledzy starają się nas przekonać, byśmy raz na zawsze zapomnieli o ideałach. W zamian obiecują niekończące się pasmo zwycięstw. Trafnie podsumował te rojenia Piotr Gursztyn, pisząc w „Do Rzeczy”, że zdaniem rewizjonistów, „wszystko da się przewidzieć, sąsiedzi i partnerzy są od nas głupsi i dadzą się ograć jak w każdym dowcipie o Polaku, Rusku i Niemcu”.

Najbardziej klarowna reakcja na rewizjonistyczne brednie nastąpiła jednak na długo przed pojawieniem się zychowszczyzny. W październiku 1941 roku Ignacy Matuszewski pytał retorycznie na łamach londyńskich „Wiadomości”: „Dlaczego taka prosta i taka logiczna rzecz, jak, nieunikniony rzekomo, wybór »albo Rosja, albo Niemcy« – nie nastąpił, choć miał mniej więcej tysiąc lat czasu, by się stać? Czemu, do diabła, Polska w ciągu tysiąca lat ani przez godzinę nie poddała się dobrowolnie kierownictwu niemieckiemu czy rosyjskiemu? Czemu nigdy nie weszła »in close association« z tym lub tamtym z tych sąsiadów? (...) Przypisanie tego tylko przekornemu charakterowi Polaków – jest doprawdy zbyt płytkie”.

W artykule „Wola Polski” Matuszewski dowodził, że Polska nie mogła sprzymierzyć się z sąsiednimi mocarstwami, bo od początku swego istnienia należy do innej wspólnoty. Cywilizacyjna i duchowa przepaść wobec Rosji jest oczywista. Ale i Niemcy „na wschodzie zawsze były tym, czym są dzisiaj Niemcy hitlerowskie dla świata”. „Nie tylko z sadyzmu niszczy się bez potrzeby Zamek królewski w Warszawie, nie tylko z barbarzyństwa czyni się z królewskiej sypialni św. Jadwigi na Wawelu miejsce odchodowe dla żołdactwa. (...) Naród niemiecki nie chce być członkiem wspólnoty zachodnioeuropejskiej – gdyż musiałby w niej zasiadać »inter pares«. Dlatego musi tę wspólnotę zamordować”.

Materialistyczne potęgi, jak Anglia czy Francja, które zdradziły kulturę Zachodu, gwałcąc wierność słowu, świętość sojuszniczego kontraktu, wyszły z wojny uświnione, ale zwycięskie. Polska za dochowanie wierności płaci najwyższą cenę do dzisiaj. To prawda. Czy jednak mamy pewność, że gdybyśmy w porę zaprzedali duszę diabłu, dopuszczono by nas do wspólnego koryta? Obawiam się, że w naszej sytuacji geopolitycznej cynizm nie jest gwarancją sukcesu. Choćby w głębi kontynentu sól zwietrzała, my wciąż musimy być ośrodkiem chrześcijańskiej cywilizacji, żeby istnieć. A swoją drogą: jak nisko trzeba upaść, żeby tęsknić do wegetacji w oborze?

Pisał kiedyś Gilbert Keith Chesterton: „Doszedłem do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzyło mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tych osobnikach, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski”.

Wielkoduszność i męstwo. Taka jest nasza misja, której – we własnym interesie – musimy pozostać wierni. Dzięki Bogu, mężowie stanu II RP z Józefem Beckiem na czele oparli się pokusie podpisania sojuszu z Hitlerem. Gdyby to zrobili, dziś nie byłoby już polskiej duszy. Ani – tym bardziej – polskiego państwa.

poniedziałek, 15 września 2014

Znowu będzie wojna?

Europa, która wyzionęła ducha, nie jest w stanie dłużej trwać w obecnym kształcie.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 37/2014

To się nie ma prawa wydarzyć. Nie teraz, gdy Polska jest członkiem NATO i Unii Europejskiej. Władimir Putin pręży muskuły, bo chce odbudować mocarstwowy wizerunek Rosji, jednak nie zaryzykuje globalnego konfliktu. Ukraina? Co tam Ukraina! Przecież nie należy do naszego świata, nie mamy wobec niej żadnych zobowiązań. Być może Amerykanie i Brytyjczycy – w nagrodę za nuklearne rozbrojenie – obiecali respektować jej integralność terytorialną, ale zrobili to dwadzieścia lat temu w formie kurtuazyjnej deklaracji. Czyli było to dawno i nieprawda.

Zresztą ci Ukraińcy też nie są święci. Tylko czekają, żeby nas porąbać siekierami jak na Wołyniu w 1943 roku. Na szczęście w porę się w tym połapaliśmy. „W naszym interesie jest, aby ta wojna (rosyjsko-ukraińska – przyp. WW) trwała jak najdłużej, bo angażuje ona zarówno rosyjski imperializm, jak i ukraiński nacjonalizm o ponad tysiąc kilometrów od naszej granicy” – naucza Rafał Ziemkiewicz. I dodaje, iż „trzeba liczyć się także z możliwością, że przyjdzie nam kiedyś współpracować z Rosją przeciwko najbliższym wschodnim sąsiadom, jeśli staną się nam wrodzy”.

Współpracować z Rosją? Mój Boże... Gdy Putin osiąga kolejne cele na drodze przetestowanej przez Hitlera, publicysta tygodnika „Do Rzeczy” wieszczy polsko--rosyjski sojusz w obronie naszych granic. To nic, że ukraińscy żołnierze walczą dziś z demonem Wschodu o własną niepodległość. Każdy z nich jest zapewne „faszystą” i skrywa pod hełmem znamię bestii, która chce pożreć pół Europy.

Zostawmy jednak fobie Ziemkiewicza i skupmy się na realnych zagrożeniach. Czy rzeczywiście Putin blefuje, konflikt na Ukrainie rozejdzie się po kościach, a rosyjskie uderzenie na Warszawę jest projekcją z gatunku science fiction? Gdy przegląda się rejestr wydarzeń 1939 roku, trudno nie zauważyć analogii do naszych czasów. W marcu Niemcy proklamowały utworzenie Protektoratu Czech i Moraw i zmusiły Litwę do oddania portowej Kłajpedy. 6 kwietnia w Londynie ogłoszono polsko-brytyjskie zobowiązanie do udzielenia wzajemnej pomocy w wypadku bezpośredniego lub pośredniego zagrożenia niepodległości. W reakcji na ten sojusz 28 kwietnia Hitler wygłosił w Reichstagu przemówienie, w którym wypowiedział Anglii układ morski, polsko--niemiecki pakt o nieagresji uznał za zerwany z winy Polski i ujawnił skrywane dotąd przez dyplomatów żądania „powrotu Gdańska do Rzeszy” i budowy autostrady eksterytorialnej przez Pomorze.

Polska prasa obszernie relacjonowała te wydarzenia, śledziła ofensywę nazistowskiej propagandy i donosiła o incydentach wywoływanych przez niemieckich prowokatorów. A jednak Polacy w swojej masie nadal nie tracili humoru, mając nadzieję, że beczka prochu, na której posadził ich los, jednak nie wybuchnie. W „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” jakiś żartowniś tłumaczył, że wojny nie będzie, bo... niemieckie biura podróży wciąż oferują swoim klientom egzotyczne wycieczki.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że o wybuchu wojny zdecydowała nie tylko determinacja Niemców i Sowietów. Równie ważnym czynnikiem była duchowa słabość ówczesnej Europy, która stworzyła swoim obywatelom iluzję wiecznego dobrobytu i bezpieczeństwa. Niedawno w „Gazecie Polskiej Codziennie” ukazał się ważny tekst Wandy Zwinogrodzkiej o arogancji dzisiejszych zarządców Europy, którzy uwierzyli, że hedonistyczna, uwolniona od „chrześcijańskich przesądów” kultura jest obiektywną wartością dla całej ludzkości. Twórcy „nowego wspaniałego świata” nie rozumieją, dlaczego „Putin ostrzeliwuje Donieck, skoro może bogacić się na handlu z Zachodem i stopniowo adaptować do tamtejszych standardów”. Dziwią się żyjącym w Londynie czy Paryżu dżihadystom, którzy chcą zbrojnie wspierać Państwo Islamskie, zamiast korzystać z uroków liberalnej demokracji. Nie dostrzegają, że oferując wyłącznie nowe technologie, zdrowe jedzenie i redukcjonistyczne ideologie w rodzaju ekologii, europejska kultura ignoruje naturalną ludzką tęsknotę do Boga, poświęcenia dla idei i przekraczania śmierci. Nic dziwnego, że nasz kontynent jest dziś zupełnie bezbronny wobec wojującego islamu czy „wynaturzonej namiastki religii”, czyli rosyjskiego imperializmu.

Niestety to wszystko prawda. Europa, która wyzionęła ducha, nie jest w stanie dłużej trwać w obecnym kształcie. Jeśli z politycznego punktu widzenia istnieją pewne szanse na zażegnanie globalnego konfliktu, to spojrzenie w perspektywie cywilizacyjnej nie pozostawia złudzeń. Wojna wydaje się nieunikniona i tylko miłosierny Bóg może nas przed nią uchronić.

Po 10 kwietnia 2010 roku miałem nadzieję, że Polacy masowo podejmą inną batalię. Pisałem o potrzebie walki z własnym lenistwem, niechęcią do podejmowania wielkich wyzwań, minimalizmem oczekiwań i wyobraźni. Marzyłem, że jako naród odzyskamy pasję, odwagę i zdolność do ponoszenia ofiar. Od tamtej pory historia wyraźnie przyspieszyła. Może czas już – choćby ku przestrodze – przypomnieć słowa Kazimierza Wierzyńskiego, zapisane 27 sierpnia 1939 roku we „Wstążce z Warszawianki”: „Powstaje dramat – żywy. Okopcie kurhany/ I żywi na kurhanach, na okopach stańcie./ Naprawdę dokonywa się świat rymowany,/ Biją polskie zegary kurant po kurancie./ Naprawdę idzie pożar. Na ściany się wedrze/ Gęstą łuną, co wszystko z tych murów pościera/ Oprócz krwi zapisanej na waszej katedrze:/ Że tym się tylko żyje, za co się umiera”.