środa, 11 marca 2015

Droga Krzyżowa 2007



Teksty rozważań: Wojciech Wencel

Wystąpili: Zbigniew Zapasiewicz, Stanisława Celińska, Jerzy Trela, Dorota Segda, Borys Szyc, Michał Urbaniak, Robert Więckiewicz, Marian Opania, Maciej Kozłowski, Cezary Pazura, Katarzyna Groniec, Stanisław Kubasiak

Muzyka: Marcin Pospieszalski
Wykonanie: Marcin Pospieszalski, Joszko Broda

Scenariusz i reżyseria: Halina Bisztyga-Przebinda, Krzysztof Landsberg
Produkcja: TOProduction dla Programu 2 TVP
Rok produkcji: 2007

niedziela, 8 marca 2015

Dwie czarne legendy

Żeby spłacić dług żołnierzom wyklętym, musimy wydobyć spod ziemi nie tylko ich kości, ale i sny o wolnej Polsce.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 10/2015

W czwartkowy wieczór 1 marca 1951 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie kaci z Urzędu Bezpieczeństwa zamordowali strzałem w tył głowy pułkownika Łukasza Cieplińskiego i sześciu jego współpracowników z IV Zarządu Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. W 60. rocznicę tej daty ustanowiono Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, który nadspodziewanie szybko zapuścił korzenie w sercach i umysłach Polaków. W tegorocznych marszach ulicznych, biegach „tropem wilczym”, rekonstrukcjach historycznych i na wernisażach wystaw dominowały osoby młode i bardzo młode, z zasady przecież nieufne wobec oficjalnego języka. To znak, że tradycja antykomunistycznego podziemia jest żywa i może stać się fundamentem nowej, naprawdę niepodległej Rzeczypospolitej.

Punktem kulminacyjnym tegorocznych obchodów okazała się wiadomość o zidentyfikowaniu szczątków Danuty Siedzikówny „Inki”. Legendarna sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, została zastrzelona przez komunistów w 1946 r. i zagrzebana na terenie cmentarza garnizonowego w Gdańsku, gdzie jesienią ubiegłego roku rozpoczęły się prace ekshumacyjne pod kierunkiem prof. Krzysztofa Szwagrzyka. Szkoda tylko, że Instytut Pamięci Narodowej podał przełomową informację podczas spotkania z Bronisławem Komorowskim, który już wielokrotnie dowiódł, że ma kłopoty z ortografią, nie wspominając o wiedzy historycznej. Tym razem prezydent w krótkim przemówieniu podkreślił potrzebę pamięci „o ofiarach, które były ofiarami właśnie tych żołnierzy wyklętych”. Fakt, iż głowa państwa nawołuje Polaków do uczczenia funkcjonariuszy NKWD, UB, partii komunistycznej oraz cywilnych donosicieli, wywołał pewną konsternację w środowiskach niepodległościowych. Na szczęście rzecznicy prezydenckiego majestatu szybko wyjaśnili, że eto była prosta oszybka.

Przez prawie pół wieku czerwona propaganda budowała wokół żołnierzy wyklętych „czarną legendę”. Ostatni po wojnie zbrojni obrońcy Niepodległej, często – jak wspomniany już Łukasz Ciepliński czy rotmistrz Witold Pilecki – przeżywający swoją chrześcijańską wiarę w sposób głęboko mistyczny, byli przedstawiani jako „zaplute karły reakcji”, bandyci, zdrajcy narodu, antysemici i złodzieje. Dopiero po 1989 r. stało się jasne, choć nie dla wszystkich, że ten propagandowy bohomaz został namalowany po to, by zneutralizować duchową siłę najbardziej wartościowych, ideowych i odważnych Polaków, jacy pozostali w kraju po wojnie. Trzeba było poczekać kolejną dekadę, by świeżo utworzony IPN rozpoczął poszukiwania potajemnie grzebanych szczątków, wypełniając poetycki testament Zbigniewa Herberta: „jak trudno ustalić imiona/ wszystkich tych co zginęli/ w walce z władzą nieludzką// a przecież w tych sprawach/ konieczna jest akuratność/ nie wolno się pomylić nawet o jednego// jesteśmy mimo wszystko/ stróżami naszych braci// musimy zatem wiedzieć/ policzyć dokładnie/ zawołać po imieniu/ opatrzyć na drogę”.

W ostatnich latach odnaleziono szczątki wielu ofiar komunistycznego terroru, w tym Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Mimo to mam wrażenie, że bohaterowie antykomunistycznej partyzantki opornie wychodzą z podziemia. Może czekają, aż III RP stanie się takim państwem, o jakie walczyli? Może pamiętają, czym kończyły się komunistyczne amnestie, i nie chcą przedwcześnie się ujawniać? Może w swoich gliniastych kryjówkach powtarzają za emigracyjnym poetą, Stanisławem Balińskim: „Moją ojczyzną jest Polska Podziemna,/ Walcząca w mroku, samotna i ciemna”?

Oczyma wyobraźni (jak to się dawniej mówiło) widzę tych chłopców, którzy w dzieciństwie wsparli stopy na Chrystusowym czarnym kamieniu. Gdzieś głęboko, w duchowej przestrzeni maszerują przez dantejski las. Na ich piersiach kołyszą się ciężko ryngrafy z Czarną Madonną. To jest ich autentyczna czarna legenda, którą my, żywi, nosimy w sobie. Dosłownie, bo walka o niepodległość rozgrywa się w naszych sumieniach, coraz mniej odpornych na pokusy tego świata. Kto próbuje dorosnąć do wiary, codziennie staje przed wyborem: wytrwać w mniejszości, bez szans na doczesną nagrodę, albo zaakceptować „ historyczną konieczność” i pójść drogą oprawców, zdrajców, donosicieli.

Jesteśmy grzesznikami, więc w każdym z nas tkwi kawał ubeka. Ale właśnie przeciwko tej części naszej natury posłani są żołnierze wyklęci, żeby swoim świadectwem ufności wobec Boga rozsadzać nasze kajdany. To właśnie stamtąd, z głębi naszych sumień, dobiega głos siedemnastoletniej „Inki”: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się, jak trzeba”. To tam leśne oddziały przedzierają się przez bagno mojej pychy i twojego konformizmu, mojego lenistwa i twojego lęku, byśmy obaj powstali do nowego życia. Swoim zwyczajem będą bić się do końca naszych dni i nigdy nie wywieszą białej szmaty.

Dlaczego tak bardzo im na nas zależy? Czemu nie zastygną w „umarłe formuły”, by odpocząć po heroicznej walce? Odpowiedź kryje się w jednym z grypsów, które pułkownik Łukasz Ciepliński napisał w celi śmierci do żony i synka: „Pytam – czy ofiary nasze nie pójdą na marne, czy niespełnione sny powstaną z mogił, czy Andrzejek będzie kontynuował idee ojca? Wierzę – nie pójdą, sny wstaną, syn zastąpi ojca, Ojczyzna niepodległość odzyska”.

Żeby spłacić dług żołnierzom wyklętym, musimy wydobyć spod ziemi nie tylko ich kości, ale i sny o wolnej Polsce.

czwartek, 5 lutego 2015

Piekło Houellebecqa

„Je suis Charlie”? Jeśli miałbym wejść w paryski tłum, to tylko z imieniem „Jésus-Christ” w sercu i na ustach. Bo jedynie Odkupiciel wszystkich ludzi jest w stanie rozwiązać problemy dzisiejszej, pogrążonej w upadku cywilizacji zachodniej.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 6/2015

Kilka dni temu na katolickich i konserwatywnych portalach internetowych pojawił się nagłówek: „Houellebecq: Już nie jestem ateistą”. Podejrzewam, że po przeczytaniu tak krzepiącego tytułu część internautów natychmiast pobiegła do lodówki, by otworzyć bezalkoholowego szampana. Ja jednak postanowiłem poprzedzić świętowanie lekturą umieszczonej pod nagłówkiem notki. I dowiedziałem się, że w wywiadzie dla tygodnika „La Vie” francuski pisarz stwierdził, iż „dziś nie nazwałby siebie ateistą, lecz agnostykiem”. Faktycznie, kolosalna różnica.

Michel Houellebecq, lat 59, postmodernistyczny prozaik, skandalista i celebryta, potrafiący regularnie przedłużać swoją popularność o kolejne pięć minut. Dziś na językach dziennikarzy i polityków, nie tylko nad Sekwaną, jest jego powieść „Soumission” („Uległość”), rozwijająca w konwencji political fiction wizję zwycięstwa muzułmańskiego kandydata w wyborach prezydenckich i przekształcenia Francji w państwo wyznaniowe. Houellebecq już wcześniej był oskarżany w głównych mediach o szerzenie islamofobii. Ale prawdziwa wrzawa wokół niego wybuchła po premierze książki, która zbiegła się w czasie z atakiem terrorystów islamskich na redakcję „Charlie Hebdo”. Zwłaszcza, że karykatura umieszczona na okładce ostatniego przed tragedią numeru tygodnika przedstawia Houellebecqa w roli wróżbity z dopiskiem: „W 2015 roku stracę zęby, w 2020 roku będę świętował ramadan”.

Jest oczywiste, że zamach w Paryżu był starciem dwóch zdegenerowanych ideologii, które nie mają nic wspólnego z wartościami europejskiej cywilizacji. To konfrontacja dżumy z cholerą, konflikt przemocy fizycznej z przemocą symboliczną. Naiwniacy, którzy w redaktorach „Charlie Hebdo” widzą męczenników wolności słowa, lubią powtarzać, że dostawało się od nich po równo „wszystkim: muzułmanom, katolikom, żydom”. Jakaś krótka ta lista w kontekście słowa „wszystkim”. Brakuje na niej lewackich bojowników, aborterów (pigułka dzień po) i propagatorów eutanazji (pigułka 70 lat po), libertynów, skrajnych materialistów, politycznie poprawnych siewców nienawiści i innych urbaniątek. Czyli akurat tych, z których składa się środowisko „Charlie Hebdo”.

Zresztą nawet gdyby dla tygodnika rzeczywiście „nie było żadnego tematu tabu”, to czy stanowiłoby to dla nas jakąkolwiek wartość? Przeciwnie: niszczenie „wszelkich tabu” jest ciosem w podstawy europejskiej cywilizacji, która przez setki lat, w jedności z ludzkim sumieniem i prawem naturalnym, obejmowała tajemnicą pewne sfery życia. Dlatego, choć jako chrześcijanin potępiam zbrodnię, nie mogę stanąć w jednym z szeregu z tymi, którzy dzierżą tabliczki z napisem: „Je suis Charlie”. Jeśli miałbym wejść w paryski tłum, to tylko z imieniem „Jésus-Christ” w sercu i na ustach. Bo jedynie Odkupiciel wszystkich ludzi jest w stanie rozwiązać problemy dzisiejszej, pogrążonej w upadku cywilizacji zachodniej.

Houellebecq wielokrotnie ukazywał w swoich książkach piekielne kręgi tej cywilizacji. W „Cząstkach elementarnych” seksoholik Bruno wizytuje posiadłość anarchistycznego guru, wioskę naturystów, wreszcie ośrodki seksu grupowego dla par. Cała ideologiczna otoczka, stworzona przez „pokolenie ’68”: buddyzm, ekologia, hasła rozwoju osobowości, okazuje się przynętą dla młodych dziewcząt, „poszukujących nowych wartości duchowych”, w które nie wierzą nawet przywódcy ruchu. Naprawdę chodzi o to, by „nieźle sobie popieprzyć” przy mandali i w dymie wonnych kadzidełek. Pod przybitymi do drzew tabliczkami z napisem „wzajemny szacunek” stoją automaty z prezerwatywami. Nie inaczej jest w „Platformie”, gdzie zgorzkniały urzędnik Michel odbywa seksualne tournée po Tajlandii.

Bohaterowie Houellebecqa to prawie zawsze wypaleni erotomani, którzy poruszają się jak kukiełki w teatrze, kierowani liberalnymi dogmatami i prostymi impulsami biologicznymi: głodem, popędem płciowym czy strachem przed śmiercią. Autor szczegółowo i z wyraźną fascynacją opisuje obsesje seksualne, przeplatając te opisy pseudofilozoficznymi dygresjami. Najczęściej wraca do tezy, że współczesnym światem rządzą dwa systemy, dla których nie ma alternatywy: „męski”, oparty na władzy, pieniądzach i strachu, i „kobiecy”, oparty na uwodzeniu i seksie. W „Poszerzeniu pola walki” dodatkowo pojawia się idea maksimum wolności osiąganego poprzez maksymalizację możliwych wyborów. Wszystko to prowadzi, rzecz jasna, do redukcji relacji międzyludzkich.

Z piekła alienacji są tylko dwa wyjścia: szpital psychiatryczny albo samobójstwo. Houellebecq nie szuka pocieszenia w religii. Jeśli wspomina o zasadach, chodzi mu o obowiązki wyznaczane przez system (konieczność wypełniania zeznań podatkowych, płacenia rachunków itd.). Jego książki mówią o życiu bez Boga to, co wszyscy o nim wiemy albo przeczuwamy: że jest żałosne i smutne. Nie ukazują jednak żadnej pozytywnej drogi wyjścia z matni. W istocie Houellebecq nie jest żadnym „demaskatorem niewygodnych prawd”, lecz cynikiem realizującym swoją karierę pisarską przez kolejne skandale. Dlatego radziłbym nie czynić z niego wyroczni w sprawach starcia cywilizacji ani w żadnej innej. Ktoś, kto łażąc po moralnych kanałach przez dwadzieścia lat, „awansował” z ateisty na agnostyka, nie może być przesadnie rozgarnięty.

niedziela, 11 stycznia 2015

Rzeczpospolita zbawiona

Może gdzieś tam, wysoko, czekają na nas dusze zmartwychwstałych miast i krain: Lwów, Drohobycz, karpackie polany?



Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 2/2015

Valivade – osiedle polskich zesłańców, którzy na mocy układu Sikorski–Majski wydostali się z nieludzkiej ziemi i znaleźli schronienie w Indiach. Na fotografii z 1943 r. widać grupę kobiet i dziewcząt zgromadzonych wokół kościoła św. Andrzeja Boboli. Nad wejściem do świątyni pokaźny napis: „Boże, zbaw Polskę”. Nie „wybaw z niewoli”, nie „zwróć niepodległość”, nie „pomóż zwyciężyć”, ale właśnie „zbaw”.

Formuła pasująca do pojedynczego chrześcijanina, którego główną troską pozostaje życie wieczne, w odniesieniu do okupowanego państwa brzmi dość dziwnie. A przecież nie jest efemerydą wymyśloną przez kapłanów z Valivade. Ta sama fraza „Boże, zbaw Polskę” towarzyszyła naszym przodkom pod zaborami. Wypowiadano ją podczas patriotycznych manifestacji i wypisywano na sztandarach powstania styczniowego. Do dziś można ją znaleźć na pochodzących z XIX i początku XX w. medalach, monetach, zegarkach, obrączkach, broszkach, dewocjonaliach, pocztówkach czy ilustracjach zamieszczonych w emigracyjnych wydaniach poezji. Nie zapomnieli o tej modlitwie uczestnicy walk o niepodległość w latach 1914–1918, umieszczając ją na charakterystycznej odznace z orzełkiem. Po 1939 r. wróciła na żołnierskich ryngrafach, w mowach dowódców, kazaniach księży, listach emigrantów. Wreszcie po wprowadzeniu stanu wojennego odbiła się echem w podziemnej kulturze „Solidarności”.

W zagranicznych katalogach numizmatów legendarna formuła tłumaczona jest jako „God save Poland”, na wzór angielskiego „God save the King/ the Queen”. Z pewnością naszym przodkom zależało na tym, by Bóg chronił albo zachował Ojczyznę, ale w języku polskim pozostawili nieco inny trop znaczeniowy. „Boże, zbaw Polskę”, a więc daj jej zbawienie, podnieś ją z martwych do życia wiecznego. Realista będzie dowodził, że modlitwy okazały się nieskuteczne, bo po krótkim okresie niepodległości nastała era dwóch okupacji, których skutki odczuwamy do dzisiaj. Obecna Rzeczpospolita nie ma trwałości ani ducha swoich dwóch poprzedniczek. Jako państwo wisi na włosku, a mozolne próby nadania jej wielkości i odbudowania idei jagiellońskiej, są brutalnie przerywane, jak 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem.

Faktycznie, nie ma już dawnej Polski, co zgodnie poświadczają ci, którzy pamiętają jej ostatnie rozbłyski. Choć wielu urodzonych na Kresach Polaków odwiedza Wilno czy Lwów, a wojenni emigranci przyjeżdżają czasem do Warszawy, ich refleksja jest zawsze ta sama: – Miasto, które znałem, umarło. Bieleją jeszcze niektóre budynki, jak wysuszone kości, ale tętniący życiem organizm zniknął z powierzchni ziemi. Nawet w przyrodzie trudno się odnaleźć, zrekonstruować kosmos młodości.

Gdzie się podziała dawna, wielokulturowa, żyjąca w zgodzie z Bogiem i naturą Rzeczpospolita? Jej szczegółowy obraz znajdziemy w literaturze. Najdalszy skrawek Polski przedrozbiorowej, z Bobrujskiem i rozsianymi po lasach polskimi chutorami, trwa w „Nadberezyńcach” Floriana Czarnyszewicza, Kraków przełomu wieków w „Przylądku dobrej nadziei” i „Rubikonie” Zygmunta Nowakowskiego, Drohobycz i Borysław w „Atlantydzie” i „Ziemi księżycowej” Andrzeja Chciuka, międzywojenny Tarnów w „Książeczce” Jana Bielatowicza. Zawsze wierne miasto przegląda się w „Moim Lwowie” Józefa Wittlina, Stryj nad rzeką Stryj we wspomnieniach Kazimierza Wierzyńskiego, Wileńszczyzna w opowiadaniach Józefa Mackiewicza, Warszawa w poezji Jana Lechonia i Stanisława Balińskiego. Wreszcie Wołyń mieni się kolorami i zapachami w „Duszohubce” współczesnego strażnika kresowej pamięci, Feliksa Trusiewicza.

Na tym świecie nie ma powrotu do polskiej Atlantydy, chyba że w marzeniach. Słusznie pisał emigrant Chciuk o swoich ukochanych Karpatach Wschodnich, w których jako chłopak najsilniej odczuwał obecność Boga i które „jak hostię” niósł ze sobą we wspomnieniu po drogach wygnania: „Wszyscy wzdychamy: ach, żeby tam jeszcze raz pójść, żeby jeszcze raz tam być! Po co? Gdybym mógł jeszcze raz mieć dwadzieścia lat, gdyby tamte czasy wróciły i ożyły i wrócili wszyscy tamci ludzie w tej postaci, w jakiej ówcześnie byli – to tak! Ale że to niemożliwe, więc po co?”.

Czytam te książki, zachwycające gawędy o spełnionej polskiej misji, o współistnieniu Polaków, Żydów, Ukraińców, Litwinów. O świętach, szkołach, kamienicach, rzekach, sadach, targowiskach, potrawach, podróżach koleją, nawet o meczach piłkarskich. O życzliwości i uprzedzeniach, śmiechu i łzach, miłościach i zdradach. A w głowie kołacze mi się znajome skądinąd „Boże, zbaw Polskę”. Może Bóg wysłuchał tej modlitwy? Może gdzieś tam, wysoko, ponad kośćmi budynków i literaturą, czekają na nas dusze zmartwychwstałych miast i krain: Lwów, Drohobycz, karpackie polany? I nasze własne ukochane krajobrazy, w których przez chwilę, miesiąc, rok, udało nam się doświadczyć istoty polskiego życia, a więc funkcjonować bezinteresownie, w głębokiej jedności z Bogiem, historią i ludźmi, z porządkiem natury i losem Ojczyzny? Kto wie? Może ma rację współczesny poeta Aleksander Rybczyński, który swój wiersz o 96 poległych pielgrzymach do Katynia kończy przedziwnymi słowami: „wkraczają do nieba/ i wita ich Chrystus/ przejmuje stery i/ ofiarowuje im/ Polskę”?