czwartek, 5 lutego 2015

Piekło Houellebecqa

„Je suis Charlie”? Jeśli miałbym wejść w paryski tłum, to tylko z imieniem „Jésus-Christ” w sercu i na ustach. Bo jedynie Odkupiciel wszystkich ludzi jest w stanie rozwiązać problemy dzisiejszej, pogrążonej w upadku cywilizacji zachodniej.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 6/2015

Kilka dni temu na katolickich i konserwatywnych portalach internetowych pojawił się nagłówek: „Houellebecq: Już nie jestem ateistą”. Podejrzewam, że po przeczytaniu tak krzepiącego tytułu część internautów natychmiast pobiegła do lodówki, by otworzyć bezalkoholowego szampana. Ja jednak postanowiłem poprzedzić świętowanie lekturą umieszczonej pod nagłówkiem notki. I dowiedziałem się, że w wywiadzie dla tygodnika „La Vie” francuski pisarz stwierdził, iż „dziś nie nazwałby siebie ateistą, lecz agnostykiem”. Faktycznie, kolosalna różnica.

Michel Houellebecq, lat 59, postmodernistyczny prozaik, skandalista i celebryta, potrafiący regularnie przedłużać swoją popularność o kolejne pięć minut. Dziś na językach dziennikarzy i polityków, nie tylko nad Sekwaną, jest jego powieść „Soumission” („Uległość”), rozwijająca w konwencji political fiction wizję zwycięstwa muzułmańskiego kandydata w wyborach prezydenckich i przekształcenia Francji w państwo wyznaniowe. Houellebecq już wcześniej był oskarżany w głównych mediach o szerzenie islamofobii. Ale prawdziwa wrzawa wokół niego wybuchła po premierze książki, która zbiegła się w czasie z atakiem terrorystów islamskich na redakcję „Charlie Hebdo”. Zwłaszcza, że karykatura umieszczona na okładce ostatniego przed tragedią numeru tygodnika przedstawia Houellebecqa w roli wróżbity z dopiskiem: „W 2015 roku stracę zęby, w 2020 roku będę świętował ramadan”.

Jest oczywiste, że zamach w Paryżu był starciem dwóch zdegenerowanych ideologii, które nie mają nic wspólnego z wartościami europejskiej cywilizacji. To konfrontacja dżumy z cholerą, konflikt przemocy fizycznej z przemocą symboliczną. Naiwniacy, którzy w redaktorach „Charlie Hebdo” widzą męczenników wolności słowa, lubią powtarzać, że dostawało się od nich po równo „wszystkim: muzułmanom, katolikom, żydom”. Jakaś krótka ta lista w kontekście słowa „wszystkim”. Brakuje na niej lewackich bojowników, aborterów (pigułka dzień po) i propagatorów eutanazji (pigułka 70 lat po), libertynów, skrajnych materialistów, politycznie poprawnych siewców nienawiści i innych urbaniątek. Czyli akurat tych, z których składa się środowisko „Charlie Hebdo”.

Zresztą nawet gdyby dla tygodnika rzeczywiście „nie było żadnego tematu tabu”, to czy stanowiłoby to dla nas jakąkolwiek wartość? Przeciwnie: niszczenie „wszelkich tabu” jest ciosem w podstawy europejskiej cywilizacji, która przez setki lat, w jedności z ludzkim sumieniem i prawem naturalnym, obejmowała tajemnicą pewne sfery życia. Dlatego, choć jako chrześcijanin potępiam zbrodnię, nie mogę stanąć w jednym z szeregu z tymi, którzy dzierżą tabliczki z napisem: „Je suis Charlie”. Jeśli miałbym wejść w paryski tłum, to tylko z imieniem „Jésus-Christ” w sercu i na ustach. Bo jedynie Odkupiciel wszystkich ludzi jest w stanie rozwiązać problemy dzisiejszej, pogrążonej w upadku cywilizacji zachodniej.

Houellebecq wielokrotnie ukazywał w swoich książkach piekielne kręgi tej cywilizacji. W „Cząstkach elementarnych” seksoholik Bruno wizytuje posiadłość anarchistycznego guru, wioskę naturystów, wreszcie ośrodki seksu grupowego dla par. Cała ideologiczna otoczka, stworzona przez „pokolenie ’68”: buddyzm, ekologia, hasła rozwoju osobowości, okazuje się przynętą dla młodych dziewcząt, „poszukujących nowych wartości duchowych”, w które nie wierzą nawet przywódcy ruchu. Naprawdę chodzi o to, by „nieźle sobie popieprzyć” przy mandali i w dymie wonnych kadzidełek. Pod przybitymi do drzew tabliczkami z napisem „wzajemny szacunek” stoją automaty z prezerwatywami. Nie inaczej jest w „Platformie”, gdzie zgorzkniały urzędnik Michel odbywa seksualne tournée po Tajlandii.

Bohaterowie Houellebecqa to prawie zawsze wypaleni erotomani, którzy poruszają się jak kukiełki w teatrze, kierowani liberalnymi dogmatami i prostymi impulsami biologicznymi: głodem, popędem płciowym czy strachem przed śmiercią. Autor szczegółowo i z wyraźną fascynacją opisuje obsesje seksualne, przeplatając te opisy pseudofilozoficznymi dygresjami. Najczęściej wraca do tezy, że współczesnym światem rządzą dwa systemy, dla których nie ma alternatywy: „męski”, oparty na władzy, pieniądzach i strachu, i „kobiecy”, oparty na uwodzeniu i seksie. W „Poszerzeniu pola walki” dodatkowo pojawia się idea maksimum wolności osiąganego poprzez maksymalizację możliwych wyborów. Wszystko to prowadzi, rzecz jasna, do redukcji relacji międzyludzkich.

Z piekła alienacji są tylko dwa wyjścia: szpital psychiatryczny albo samobójstwo. Houellebecq nie szuka pocieszenia w religii. Jeśli wspomina o zasadach, chodzi mu o obowiązki wyznaczane przez system (konieczność wypełniania zeznań podatkowych, płacenia rachunków itd.). Jego książki mówią o życiu bez Boga to, co wszyscy o nim wiemy albo przeczuwamy: że jest żałosne i smutne. Nie ukazują jednak żadnej pozytywnej drogi wyjścia z matni. W istocie Houellebecq nie jest żadnym „demaskatorem niewygodnych prawd”, lecz cynikiem realizującym swoją karierę pisarską przez kolejne skandale. Dlatego radziłbym nie czynić z niego wyroczni w sprawach starcia cywilizacji ani w żadnej innej. Ktoś, kto łażąc po moralnych kanałach przez dwadzieścia lat, „awansował” z ateisty na agnostyka, nie może być przesadnie rozgarnięty.

niedziela, 11 stycznia 2015

Rzeczpospolita zbawiona

Może gdzieś tam, wysoko, czekają na nas dusze zmartwychwstałych miast i krain: Lwów, Drohobycz, karpackie polany?



Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 2/2015

Valivade – osiedle polskich zesłańców, którzy na mocy układu Sikorski–Majski wydostali się z nieludzkiej ziemi i znaleźli schronienie w Indiach. Na fotografii z 1943 r. widać grupę kobiet i dziewcząt zgromadzonych wokół kościoła św. Andrzeja Boboli. Nad wejściem do świątyni pokaźny napis: „Boże, zbaw Polskę”. Nie „wybaw z niewoli”, nie „zwróć niepodległość”, nie „pomóż zwyciężyć”, ale właśnie „zbaw”.

Formuła pasująca do pojedynczego chrześcijanina, którego główną troską pozostaje życie wieczne, w odniesieniu do okupowanego państwa brzmi dość dziwnie. A przecież nie jest efemerydą wymyśloną przez kapłanów z Valivade. Ta sama fraza „Boże, zbaw Polskę” towarzyszyła naszym przodkom pod zaborami. Wypowiadano ją podczas patriotycznych manifestacji i wypisywano na sztandarach powstania styczniowego. Do dziś można ją znaleźć na pochodzących z XIX i początku XX w. medalach, monetach, zegarkach, obrączkach, broszkach, dewocjonaliach, pocztówkach czy ilustracjach zamieszczonych w emigracyjnych wydaniach poezji. Nie zapomnieli o tej modlitwie uczestnicy walk o niepodległość w latach 1914–1918, umieszczając ją na charakterystycznej odznace z orzełkiem. Po 1939 r. wróciła na żołnierskich ryngrafach, w mowach dowódców, kazaniach księży, listach emigrantów. Wreszcie po wprowadzeniu stanu wojennego odbiła się echem w podziemnej kulturze „Solidarności”.

W zagranicznych katalogach numizmatów legendarna formuła tłumaczona jest jako „God save Poland”, na wzór angielskiego „God save the King/ the Queen”. Z pewnością naszym przodkom zależało na tym, by Bóg chronił albo zachował Ojczyznę, ale w języku polskim pozostawili nieco inny trop znaczeniowy. „Boże, zbaw Polskę”, a więc daj jej zbawienie, podnieś ją z martwych do życia wiecznego. Realista będzie dowodził, że modlitwy okazały się nieskuteczne, bo po krótkim okresie niepodległości nastała era dwóch okupacji, których skutki odczuwamy do dzisiaj. Obecna Rzeczpospolita nie ma trwałości ani ducha swoich dwóch poprzedniczek. Jako państwo wisi na włosku, a mozolne próby nadania jej wielkości i odbudowania idei jagiellońskiej, są brutalnie przerywane, jak 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem.

Faktycznie, nie ma już dawnej Polski, co zgodnie poświadczają ci, którzy pamiętają jej ostatnie rozbłyski. Choć wielu urodzonych na Kresach Polaków odwiedza Wilno czy Lwów, a wojenni emigranci przyjeżdżają czasem do Warszawy, ich refleksja jest zawsze ta sama: – Miasto, które znałem, umarło. Bieleją jeszcze niektóre budynki, jak wysuszone kości, ale tętniący życiem organizm zniknął z powierzchni ziemi. Nawet w przyrodzie trudno się odnaleźć, zrekonstruować kosmos młodości.

Gdzie się podziała dawna, wielokulturowa, żyjąca w zgodzie z Bogiem i naturą Rzeczpospolita? Jej szczegółowy obraz znajdziemy w literaturze. Najdalszy skrawek Polski przedrozbiorowej, z Bobrujskiem i rozsianymi po lasach polskimi chutorami, trwa w „Nadberezyńcach” Floriana Czarnyszewicza, Kraków przełomu wieków w „Przylądku dobrej nadziei” i „Rubikonie” Zygmunta Nowakowskiego, Drohobycz i Borysław w „Atlantydzie” i „Ziemi księżycowej” Andrzeja Chciuka, międzywojenny Tarnów w „Książeczce” Jana Bielatowicza. Zawsze wierne miasto przegląda się w „Moim Lwowie” Józefa Wittlina, Stryj nad rzeką Stryj we wspomnieniach Kazimierza Wierzyńskiego, Wileńszczyzna w opowiadaniach Józefa Mackiewicza, Warszawa w poezji Jana Lechonia i Stanisława Balińskiego. Wreszcie Wołyń mieni się kolorami i zapachami w „Duszohubce” współczesnego strażnika kresowej pamięci, Feliksa Trusiewicza.

Na tym świecie nie ma powrotu do polskiej Atlantydy, chyba że w marzeniach. Słusznie pisał emigrant Chciuk o swoich ukochanych Karpatach Wschodnich, w których jako chłopak najsilniej odczuwał obecność Boga i które „jak hostię” niósł ze sobą we wspomnieniu po drogach wygnania: „Wszyscy wzdychamy: ach, żeby tam jeszcze raz pójść, żeby jeszcze raz tam być! Po co? Gdybym mógł jeszcze raz mieć dwadzieścia lat, gdyby tamte czasy wróciły i ożyły i wrócili wszyscy tamci ludzie w tej postaci, w jakiej ówcześnie byli – to tak! Ale że to niemożliwe, więc po co?”.

Czytam te książki, zachwycające gawędy o spełnionej polskiej misji, o współistnieniu Polaków, Żydów, Ukraińców, Litwinów. O świętach, szkołach, kamienicach, rzekach, sadach, targowiskach, potrawach, podróżach koleją, nawet o meczach piłkarskich. O życzliwości i uprzedzeniach, śmiechu i łzach, miłościach i zdradach. A w głowie kołacze mi się znajome skądinąd „Boże, zbaw Polskę”. Może Bóg wysłuchał tej modlitwy? Może gdzieś tam, wysoko, ponad kośćmi budynków i literaturą, czekają na nas dusze zmartwychwstałych miast i krain: Lwów, Drohobycz, karpackie polany? I nasze własne ukochane krajobrazy, w których przez chwilę, miesiąc, rok, udało nam się doświadczyć istoty polskiego życia, a więc funkcjonować bezinteresownie, w głębokiej jedności z Bogiem, historią i ludźmi, z porządkiem natury i losem Ojczyzny? Kto wie? Może ma rację współczesny poeta Aleksander Rybczyński, który swój wiersz o 96 poległych pielgrzymach do Katynia kończy przedziwnymi słowami: „wkraczają do nieba/ i wita ich Chrystus/ przejmuje stery i/ ofiarowuje im/ Polskę”?

czwartek, 4 grudnia 2014

Nieskończona wolność

Ani słowa o sfałszowanych wyborach.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 49/2014

Od rana rozpalam w piecu wycinkami gazet z recenzjami moich pierwszych książek. Żadna metafora. Po prostu kilka lat temu zniosłem do kotłowni archiwum, żeby ocalić je dla potomności, i dzisiaj nie mam problemu z papierem na podpałkę. Z czasem kurczy się miłość własna, a w domu musi być ciepło.

Gdzieś nad moją głową żona krząta się po kuchni, żeby zdążyć z obiadem, zanim dzieci wrócą ze szkoły. „Dzieci” to termin umowny, bo z naszych chłopców – nie wiadomo kiedy – wyrośli dwaj młodzi mężczyźni. Niedawno (wczoraj? przedwczoraj?) pisałem w wierszu, że „spacerowy wózek dźwiga słodki ciężar”, a dziś ten „słodki ciężar” jest studentem historii. Drugi syn zapisał się w poezji ojczystej, czy raczej ojcowskiej, jako berbeć zawsze znajdujący „czas na bieganie i czas na dreptanie/ na przewracanie się co pięć sekund/ przez kocie łby albo w mokrą trawę”. A teraz kończy gimnazjum i słucha polskiego hip hopu. Zamiłowanie do hopsania nie zmieniło się, poziom hałasu w mieszkaniu – owszem.

Gdy w kotłowni rozgrzewa się piec, w kuchni brzękają talerze. „Próżna młodość, kochana – powtarzam w myślach słowa ulubionej bałkańskiej pieśni – próżna młodość. Starość idzie za nią jak cień”. Kim byliśmy dawniej – pięć, dziewięć, szesnaście lat temu, dwa tygodnie po ślubie? Chciałbym to sobie przypomnieć, ale gdy sięgam pamięcią, widzę tylko Ciebie. Zmęczoną sprawdzaniem klasówek, śpiącą z odkrytym ramieniem, wieszającą pranie... Nasza miłość jest codziennym umieraniem, słodkim jarzmem i lekkim brzemieniem. Miał rację Kazimierz Wierzyński, gdy pisał, że „tym się tylko żyje, za co się umiera”.

Pamiętam reakcje mojego środowiska na zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku. Najdosadniejszy był chyba komentarz Jarosława Marka Rymkiewicza: „Wielu Polaków opowiedziało się za komunizmem. (...) Tym Polakom ja odpowiadam, parafrazując trochę słowa »Pierwszej Brygady«: j...ł was pies. (...) Polska was nie potrzebuje. My będziemy umierać z tą Polską, powoli i z godnością”. Podobnie musieli czuć się kochający ojczyznę Polacy po 1945 roku. Ci żyjący w kraju, gdy zrozumieli, że system komunistyczny jest nie do ruszenia. I ci z niepodległościowej emigracji, gdy okazało się, że naciski na byłych sojuszników zachodnich nie odwrócą jałtańskiego porządku.

Wtedy, w listopadzie 1995 roku, powstał jednak również przedziwny wiersz Krzysztofa Koehlera, w którym zamiast przekleństwa pojawiło się błogosławieństwo niepomyślnego losu: „W więzieniu rozbrzmiewającym/ głosem. Pieśnią dziękczynną./ W domostwie nieskończonej wolności.// W Polsce. Teraz i tu”. Potrzebowałem wielu lat, by zrozumieć sens tego wiersza i doświadczyć „nieskończonej wolności”, której nie może dać żaden ustrój ani żaden polityk, bo jej jedynym źródłem jest żywy Bóg. Gdybym nie miał miłości, już dawno zwariowałbym od kolejnych zawiedzionych nadziei, niezrealizowanych planów, zdruzgotanych marzeń o prawdziwie niepodległym państwie.

Chciałbym umieć codziennie dziękować za cuda, które Jezus Chrystus uczynił w moim życiu: za rodzinę, za poezję i jej czytelników, za pięcioletnią abstynencję, za przebudzenie po Smoleńsku, za znicze na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, za ludzi, których tam spotykam, za książki Kazimierza Wierzyńskiego i Jana Lechonia, Floriana Czarnyszewicza i Zygmunta Nowakowskiego. Wreszcie za Polskę wyobrażoną, wieczną, żyjącą w moim sercu. Tę, w której żadna sprawiedliwa ofiara nie idzie na marne, a dawni i nowi bohaterowie trwają w blasku chwały Bożej, silniejsi od wszystkich armii tego świata. Ale chciałbym też nauczyć się dziękować za zdarzenia trudne, niezrozumiałe, obracające w proch moje ludzkie plany. Najgorsze, co mógłbym zrobić, to zapomnieć, że Bóg jest Panem historii, przez którą prowadzi nas – ludzi i narody – do zbawienia. Zadziwiająca jest ta Jego wierność wobec grzesznika, który raz po raz łamie święte przymierze, tracąc z oczu dary miłości i próbując układać świat po swojemu.

Lubię siadać z żoną przy oknie, żeby wspólnie popatrzeć na starą lipę. Każdej zimy przylatują tu dwie sójki, które nie potrafią lub nie chcą odlecieć za morze. Czasem myślę, że jesteśmy jak one. Szarzy do (i od) bólu, z błękitnym stygmatem nieba na skrzydłach. „Spójrz: umieramy i już nas nie będzie/ za lat czterdzieści albo za dwa lata/ lecz przyda nam się co było w nas święte:/ miłość – przepustka do lepszego świata”. Wiersz napisany 14 lat temu, a miłość wciąż trwa, owocując poczuciem „nieskończonej wolności”. Wierzę, że gdy wreszcie skrzydła poniosą nas do lepszego świata, nasi synowie przekażą tę miłość swoim dzieciom i wnukom. Nie wiem, ile pokoleń wolnych Polaków trzeba, by ta misja się wypełniła, ale jestem pewien, że dzięki niej powstanie kiedyś wieczna Polska. Całkiem realna, wskrzeszona mocą swojego Boga. Niezwyciężona.

piątek, 24 października 2014

Nic nie mają, a posiadają wszystko

Czy jako Polacy chcemy nadal łączyć swoją historię z Chrystusem? A może wolimy „wprzęgnąć się z niewierzącymi w jedno jarzmo”?

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 43/2014

Włocławek, sobota 18 października 2014 roku, dziedziniec sanktuarium Męczeństwa bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Podczas Eucharystii młoda kobieta czyta fragment 2 Listu do Koryntian: „Bracia! Okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką cierpliwość, wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w chłostach, więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, w nocnych czuwaniach i w postach, przez czystość i umiejętność, przez wielkoduszność i łagodność, przez objawy Ducha Świętego i miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą, przez oręż sprawiedliwości zaczepny i obronny, wśród czci i pohańbienia, przez dobrą sławę i zniesławienie...”.

Do kogo właściwie zwraca się w swoim liście św. Paweł? Czy tylko do historycznej wspólnoty chrześcijan w Koryncie? Oczywiście, że nie. Tu i teraz, nieopodal tamy na Wiśle, w miejscu złożenia relikwii wskrzesiciela polskiej duszy, w wigilię 30. rocznicy jego męczeńskiej śmierci, św. Paweł mówi do nas, Polaków, osadzonych w konkretnej historii i nauczonych przez pokolenia, „aby nie ufać sobie samemu, lecz Bogu, który wskrzesza umarłych”. Żaden podręcznik historii nie opisuje precyzyjniej apostolskiego wymiaru polskich dziejów.

Ta nasza bezprzykładna cierpliwość w oczekiwaniu na owoce przymierza z Bogiem. Modlitwy, które nie odsunęły kielicha goryczy. Powstania, które nie przyniosły politycznej wolności. Obrona europejskiej cywilizacji najpierw przed bolszewickim, potem przed niemieckim barbarzyństwem, „nagrodzona” zdradą aliantów w Teheranie i Jałcie. Honor przestrzelony sowiecką kulą. Idea jagiellońska przebita ukraińskimi widłami. Dwie wielkie emigracje. Pół wieku komunistycznej niewoli. Strażnicy pamięci i wolności strąceni w smoleńskie błoto. I po każdej traumie ta sama wierna śpiewka: „Ileż to razy Tyś nas nie smagał,/ A my nie zmyci ze świeżych ran,/ Znowu wołamy: On się przebłagał,/ Bo On nasz Ojciec, bo On nasz Pan!” (Kornel Ujejski, „Z dymem pożarów”).

Ile było przez wieki tych „utrapień, przeciwności i ucisków”? Ilu Polaków wleczonych na Sybir, rozstrzeliwanych w ulicznych egzekucjach, chłostanych w Cytadeli, spalanych na popiół w niemieckich obozach śmierci? Żołnierze wyklęci, chrzczeni brudną wodą w karcerze mokotowskiej katowni, ze stopami wspartymi na czarnym kamieniu. Matki, żony, siostry „w trudach, w nocnych czuwaniach i w postach”. Ich czarne sukienki na Krakowskim Przedmieściu, ich białe dłonie przygotowujące posiłki dla więźniów, opatrujące rannych, zamykające powieki poległym. Księża w bagażnikach wiezieni na swoją Golgotę, studenci mordowani na klatkach schodowych. Uczniowie, stoczniowcy, górnicy chowani w ziemi nocą, pod ścisłą kontrolą SB. Smoleńskie wdowy z twarzami wykrzywionymi z bólu.

Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko nauczał: „Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzić do zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem”. Czy jako Polacy chcemy nadal łączyć swoją historię z Chrystusem? A może wolimy „wprzęgnąć się z niewierzącymi w jedno jarzmo”, pomieszać sprawiedliwość z niesprawiedliwością, światło z ciemnością, a Boga ustawić w galerii współczesnych bożków? Pytam tych, którzy dziś głoszą, że lepiej było dla Polski sprzymierzyć się w 1939 r. z Adolfem Hitlerem, a „prawdę i honor” traktują jako „pojęcia emocjonalne”, wykorzystywane przez dowódców powstania warszawskiego do podejmowania „nieodpowiedzialnych” decyzji. Tylko proszę nie odpowiadać „tak” i „nie” jednocześnie, bo nie da się pogodzić żywego chrześcijaństwa z materialistyczną polityką.

Albo jako naród wybieramy Boga i dostajemy krzyż, który oprócz cierpień rodzi czystość, wielkoduszność i łagodność, wierność Duchowi Świętemu i miłość nieobłudną, uzdalnia do głoszenia prawdy i pokładania ufności w mocy Bożej. Albo wybieramy Beliara i otrzymujemy iluzję dozgonnych korzyści w grze zdegenerowanych państw o wieniec niesprawiedliwości.

W tej pierwszej perspektywie widzę wspaniałość polskiej historii. To nic, że dziś większość Polaków boi się wielkości, którą przewidział dla nas wszystkich Bóg. Ważne, że pod skorupą lawy, co „zimna i twarda, sucha i plugawa”, wciąż płonie wewnętrzny ogień. Ciągle trwa sztafeta pokoleń, dla których polskość znaczy tyle, co „w dobrych zawodach wystąpić, bieg ukończyć, wiary ustrzec”. I ewangelizować ten świat mocą Chrystusa, „który nas pociesza w każdym naszym ucisku, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek ucisku, tą pociechą, której doznajemy od Boga”.

Natomiast drugi pomysł na Polskę budzi we mnie fizyczne obrzydzenie. Wolałbym być banitą na łasce i niełasce obcych niż członkiem pogańskiego plemienia, którego jedyną misją jest gra w kości z diabłem o zachowanie „narodowej substancji”. Polskość jest wieczna jak miłość, i jak ona cierpliwa. To o nas, wolnych Polakach wszystkich epok, mówi św. Paweł: „Uchodzący za oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież dobrze znani, niby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz nie uśmiercani, jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko”.