czwartek, 26 grudnia 2013

Recenzje „Listów z podziemia”


W świątecznym wydaniu „Tygodnika Solidarność” o mojej najnowszej książce pisze Elżbieta Morawiec. Tekst zatytułowany „Cezura i kamień węgielny” można w całości przeczytać tutaj.

Krótkie omówienie „Listów z podziemia” znalazło się również w świątecznym numerze „Gościa Niedzielnego”. Jego autorem jest Szymon Babuchowski.

piątek, 20 grudnia 2013

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Betlejem w cieniu Golgoty

W świątecznym numerze tygodnika „wSieci” znajdą państwo m.in. mój duży tekst o wybitnych polskich pisarzach z emigracyjnego obozu „niezłomnych”.




[...] Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński, Stanisław Baliński, Zygmunt Nowakowski nad Wisłę nigdy nie wrócili. Wracały przepuszczone przez cenzurę „nieszkodliwe” fragmenty ich twórczości, a nawet ich skremowane ciała, ale ich dziedzictwo rozproszyło się w zaułkach Paryża, Londynu, Nowego Jorku. PRL słusznie uznała ich za wrogów systemu, a III RP wzgardziła ich twórczym i historycznym świadectwem, stawiając na ciągłość z kulturą tworzoną przez komunistycznych propagandystów. My jednak nadal mamy szansę zaprosić „niezłomnych” do wigilijnego stołu. I czytając ich gorzkie wiersze lub felietony, wspólnie świętować narodziny trudnej wolności. W polskim Betlejem, w cieniu Golgoty.

Więcej w wydaniu papierowym.

niedziela, 15 grudnia 2013

Kultura jest kluczem

Co musi zrobić niepodległościowa opozycja, gdy odzyska władzę.

"Gazeta Polska" 11 grudnia 2013

Rosnąca przewaga PiS nad PO w sondażach wyborczych pozwala myśleć o dniu, kiedy niepodległościowa opozycja przejmie władzę w Polsce. Wprawdzie wciąż trudno sobie wyobrazić takie rozmiary zwycięstwa, by ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego mogło rządzić samodzielnie, a możliwych do zaakceptowania koalicjantów nie widać, ale do wyborów sytuacja może się zmienić.

Zresztą nawet jeśli na rząd ludzi dorosłych trzeba będzie poczekać dłużej, to jego powstanie jest nieuniknione. Gwarancją jest nie tyle siła struktur partyjnych czy wyobraźnia liderów PiS, ile żywotność i trwałość wspólnoty wolnych Polaków. W odróżnieniu od homines sovietici, którzy wciąż traktują politykę jako plac zabaw bogów olimpijskich, a sens swojego życia sprowadzają do konsumowania, dostrzegliśmy ciągłość między wolą świadomego narodu a działaniami jego politycznych reprezentantów. Dając kredyt zaufania politykom, oczekujemy, że będą realizować idee dyktowane zbiorowym instynktem niepodległości. Z tej misji będziemy ich rozliczać, biorąc oczywiście pod uwagę realia bieżącej gry politycznej i nie ulegając szkodliwym dla Polski prowokacjom.

Wspólnota wolnych Polaków to nie tylko uczestnicy smoleńskich miesięcznic. To kilka milionów ludzi spragnionych zdrowego i silnego państwa. Jest nas zbyt wielu, a nasza determinacja utrzymuje się zbyt długo, by układ III RP mógł w nieskończoność sprawować władzę. Nasza wspólna nieprzejednana postawa wobec Smoleńska, nasz „drugi obieg kultury”, nasze świadectwa w rodzinach już wpływają na młode pokolenie, które prędzej czy później sięgnie po ten moralny kompas we własnym życiu.

Potrzeba wizjonerów

Niepodległościowy rząd, kiedy powstanie, będzie musiał zbudować praktycznie nowe państwo na ruinach III RP: mozolnie wyciągać Polskę ze strefy moskiewskich wpływów i odtwarzać naszą podmiotowość w Europie, znaleźć sposoby na uzdrowienie sądownictwa i wzmocnienie armii, ułatwić inwestowanie przedsiębiorcom, a jednocześnie przywrócić rozsądną granicę wieku emerytalnego. O absurdach, które trzeba będzie prostować w edukacji i służbie zdrowia, lepiej już nie wspominać. Lata władzy PO spowodowały degradację państwa, której skalę uświadomimy sobie w pełni dopiero po wygranych wyborach. Załóżmy jednak, że niepodległościowy rząd zdoła przynajmniej w części naprawić państwo we wspomnianych dziedzinach. Dla przyszłego premiera i jego ministrów mam przykrą wiadomość: to nie wystarczy.

Nie wystarczy, bo wszystkie te wyzwania, z wyjątkiem odseparowania nas od Rosji, dotyczą spraw bieżących, najbardziej dotkliwych dla Polaków, ale też niegwarantujących trwałości rozwiązań. Co z tego, że rząd ludzi dorosłych zacznie wprowadzać korzystne zmiany, jeśli po następnych wyborach pojawi się jakaś nowa drużyna chłoptasiów, która cofnie cały ten wysiłek do punktu wyjścia? Potrzebujemy nie tylko niepodległościowych tytanów pracy, którzy szybko i sprawnie załatają największe dziury. Może nawet bardziej trzeba nam politycznych wizjonerów. Żeby dać Polsce nadzieję, muszą oni wreszcie podjąć walkę, której nikt jeszcze w III RP na serio nie podjął. Walkę o trwałość wyborczych preferencji Polaków, o społeczne zakorzenienie takich wartości jak niepodległość, wiara, rodzina, honor, zdrowy rozsądek. Można to zrobić tylko poprzez poważną inwestycję państwa w kulturę.

Długi marsz barbarzyńców

Nie trzeba być prorokiem, by zauważyć, że kultura III RP przypomina krajobraz po najeździe barbarzyńców. Są wszędzie. Od mniej więcej piętnastu lat błyszczą w mediach i prowadzą gender studies na uniwersytetach, brylują w salonach literackich, panoszą się w państwowych instytucjach kultury, wystawiają antychrześcijańskie instalacje w galeriach sztuki i antypolskie dramaty „interwencyjne” w teatrach. Ostatnio wdzierają się do szkół i przedszkoli, próbując zachwiać tożsamością płciową najmłodszych. Z roku na rok jest ich więcej, rośnie także kaliber ich żądań. To ludzie pozbawieni skrupułów, żołnierze bezgranicznie wierzący w sens demonicznej rewolucji.

Już przed II wojną światową Antonio Gramsci, jeden z przywódców włoskiej partii komunistycznej i fanatyczny marksista, twierdził, że w państwach Zachodu strategia rewolucjonistów powinna być inna niż w Rosji sowieckiej. Zadaniem lewicy nie miało być natychmiastowe zdobycie władzy, której i tak nie dałoby się długo utrzymać ze względu na konserwatywną mentalność większości obywateli. Gramsci zachęcał raczej do „długiego marszu przez instytucje”: szkoły, uczelnie, czasopisma, teatr, kino, sztukę. I dowodził, że propaganda prowadzona z wielu przyczółków pozwoli uformować nowego człowieka, który dobrowolnie przyjmie komunistyczną wizję świata.

Po wojnie ten scenariusz do pewnego stopnia sprawdził się we Francji, gdzie rozrosła się kasta lewicowych „intelektualistów”. Wielu francuskich filozofów w latach 60. i 70. XX w. zaangażowało się w krzewienie ideologii postmodernizmu, który wkrótce stał się bardzo modny na świecie. Postmoderniści głosili kres tradycyjnej „metafizyki obecności”, a pojęcie prawdy uznawali jedynie za narzędzie dominacji nad innymi: homoseksualistami, relatywistami, ateistami, nihilistami. „Prawda was zniewoli!” – wołał Michel Foucault, były członek Francuskiej Partii Komunistycznej.

Ktoś powie, że nie warto zawracać sobie głowy głupotami opowiadanymi w uczelnianych enklawach. Niestety, jak dowodzi historia idei, język, który jest modny na uniwersytetach, po kilku latach przenika do kultury popularnej i kształtuje zbiorową mentalność. Tak było z językiem „mistrzów podejrzeń”: Nietzschego, Freuda i Marksa, czy z postmodernizmem. I podobnie jest dzisiaj z gender – wyrosłą z postmodernizmu ideologią, która jeszcze 10 lat temu wydawała się nieszkodliwym, uczelnianym absurdem.

Państwo w obronie kultury

Czy państwo polskie, gdy stanie wreszcie na nogi, będzie w stanie chronić swoich obywateli przed genderową rewolucją? A może nie powinno ingerować w delikatną materię kultury? Może lepiej zostawić ją twórcom i liczyć na to, że niewidzialna ręka natchnienia jakoś wyrówna siły? W pewnym sensie owszem, ale przecież nikt o zdrowych zmysłach nie domaga się od państwa ścigania autorów za niepoprawną poetykę czy system wartości. Chodzi tylko o to, by państwowe instytucje kultury przestały promować totalistyczną ideologię gender, ten bolszewizm XXI wieku, i wzięły odpowiedzialność za to, do czego są powołane.

Politykom wszystkich opcji często wydaje się, że kultura to zabawa starzejących się dzieci, które bujają w obłokach. Trzeba dać im stypendium, jasny pokój i kredki do rysowania. Tyle wystarczy, by przed kolejnymi wyborami dopisać sobie na plakacie słowa: „W rządzie XY wspierał kulturę”. Większość polityków nie dostrzega związku między działaniami potężnego lobby, które robi Polakom pranie mózgów, a życiem kulturalnym. Efektem jest postępujący rozkład społeczeństwa i brak szacunku dla wspólnych wartości, nawet tak oczywistych jak niepodległość.

Żeby nasze marzenia o wolnej Polsce zostały spełnione, Polacy muszą się odrodzić w kulturze. Kompleksowa reforma programu i metod edukacyjnych w szkole to oczywista oczywistość. Ale i dorośli powinni przestać kojarzyć teatr z dziwacznym faszerowaniem narodowych arcydzieł lewicową ideologią, a galerie sztuki – z instalacjami i happeningami. Użytkownicy państwowych instytucji muszą na nowo odkryć dla siebie poważny teatr i tradycyjne malarstwo. Te sprawy da się rozwiązać na poziomie zarządzeń i programów ministerialnych, jednak potrzebne są także zupełnie nowe instytucje.

Idea PAL

W swoich felietonach z cyklu „Listy z podziemia” dwukrotnie już podsuwałem Jarosławowi Kaczyńskiemu pomysł reaktywacji Polskiej Akademii Literatury. Teraz wspominam o tym po raz trzeci, żeby nie zapomniał.

Powołana w 1933 r. przez Radę Ministrów instytucja była jedną z najważniejszych w II RP. Siedmiu pierwszych członków wskazał Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, ośmiu następnych wybrali świeżo mianowani akademicy. PAL przyznawała nagrody wybitnym twórcom, ale i lokalnym społecznikom promującym czytelnictwo. Walczyła z analfabetyzmem, którego dzisiejszym odpowiednikiem jest lemingizm. Współdziałając z rządem, była „najwyższym organem opiniotwórczym w sprawach języka, literatury i kultury polskiej”.

Ponieważ w II RP dobro kultury narodowej było ważne dla wszystkich, akademikami zostali nie tylko pisarze „prawicowi”, ale też np. „lewicowy” Boy-Żeleński. Dziś wybór byłby prostszy, bo literaccy celebryci zgodnie deklarują, że z kulturą „narodową” nie chcą mieć nic wspólnego. W tej sytuacji nazwiska godnych kandydatów nasuwają się same: Tomasz Burek, Andrzej Nowak, Marek Nowakowski, Jarosław Marek Rymkiewicz, Jacek Trznadel, Bohdan Urbankowski, Maciej Urbanowski. Czy to trafna selekcja? Rzecz do rozważenia przez właściwego ministra. Na wszelki wypadek w rękawie trzymam drugą talię.

Oczywiście, że taki zestaw nazwisk wywołałby burzę medialną. Podobnie było w II RP. Akademików nazywano pisarzami „rządowymi” i pokpiwano z ich namaszczonych gestów i min. „Wiadomości Literackie” skompletowały nawet alternatywną Akademię Niezależnych. Ale autorytet instytucji państwowej zrobił swoje, zwłaszcza w odbiorze społecznym. A nieznośny patos, hieratyczność PAL? Czy istnieje właściwsza broń przeciwko dzisiejszej kulturze absurdu i rechotu? Szekspir nie miał wątpliwości: „Najlepszym środkiem przeciw obłąkaniu jest uroczysta pieśń. Leczcie mózg, teraz bezużyteczny, co wam kipi w czaszkach”.

Byłoby dobrze, gdyby obok PAL powstały jeszcze dwie siostrzane instytucje: Polska Akademia Rzeźby i Malarstwa oraz Polska Akademia Teatru. Wszystkie musiałyby mieć, rzecz jasna, odpowiednie miejsce w mediach publicznych, własne wydawnictwa, fundusze na nagrody, wreszcie możność wprowadzania konkurencyjnych programów na uczelniach humanistycznych i artystycznych.

Przykład Instytutu Pamięci Narodowej dowodzi, że stworzone przez państwo ośrodki są w stanie wyprowadzać Polaków z postmodernistycznego łagru. Niepodległościowi politycy muszą tylko uwierzyć, że nasza zbiorowa przyszłość zależy od kultury, choćby realne zmiany w tej przestrzeni miały stać się widoczne dopiero w kolejnych pokoleniach. O to was proszę, panowie i panie, licząc na podjęcie dyskusji.

niedziela, 1 grudnia 2013

Ten świat

W naszych czasach codziennie trzeba dokonywać radykalnych wyborów.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 48/2013

Czytelnicy mojej ostatniej książki, zatytułowanej „Listy z podziemia”, mają świadomość, że od 2010 r. prowadzę walkę cywilną z układem politycznym i propagandą III RP. Walka ta – w dużym skrócie – polega na bojkotowaniu głównych mediów i salonów literackich. Choć niekiedy uciążliwa, nie jest ona jednak szczytem wysiłku wojennego w rodzinie Wenclów. Znacznie dalej sięgają ambicje mojego siedemnastoletniego syna, który niedawno poinformował mnie uroczyście, że prowadzi walkę cywilną z „tym światem”. Z kolei drugi syn, czternastoletni, od pierwszego września prowadzi walkę cywilną ze szkołą, próbującą wtłoczyć mu do głowy zupełnie bezużyteczną wiedzę o ułamkach, anatomii skorupiaków i budowie zdań złożonych podrzędnie. Wreszcie moja żona, a ich matka, od lat prowadzi walkę cywilną z naszym lenistwem, bałaganiarstwem i oglądaniem transmisji sportowych 12 godzin na dobę.

Podejrzewam, że podobne batalie toczą się w wielu polskich rodzinach. Nawet podjęta przez starszego syna totalna walka cywilna z „tym światem” w wymiarze domowym nie jest czymś szczególnie ekscentrycznym. Sprowadza się ona bowiem do limitowania młodszemu bratu dostępu do internetu, zdzierania znad jego łóżka wybranych plakatów, tudzież ciągłego przypominania mu, że hip-hop, którego słucha, jest – jakżeby inaczej – „muzyką tego świata”. Wprawdzie czasem, jako rodzice, sami doświadczamy bezwzględnej egzekucji zasad, np. kiedy próbujemy wymknąć się w niedzielę do parku handlowego, ale summa summarum polityka wewnętrzna starszego syna, realizowana z niezbędną dawką poczucia humoru, wychodzi rodzinie na dobre. Można wręcz powiedzieć, że jest do bólu (moje ego wie coś o tym) skuteczna.

Trudniej synowi osiągać spektakularne sukcesy poza domem. Jego polityka zewnętrzna jest zbieżna z programem milionów młodych chrześcijan i opiera się na podpisywaniu w internecie petycji, apeli i protestów przeciwko takim inicjatywom „tego świata” jak propaganda aborcyjna, promocja homoseksualizmu, publiczne epatowanie pornografią, genderowanie w szkołach i przedszkolach czy wystawianie w galeriach sztuki instalacji profanujących krzyż Chrystusa. Chwała młodzieży, że stawia opór nowemu totalitaryzmowi. Bez jej wyraźnego sprzeciwu funkcjonariusze „tego świata” mieliby ułatwione zadanie. W niektórych przypadkach internetowe akcje kończą się powodzeniem: postraszone bojkotem koncerny wstrzymują antychrześcijańskie reklamy, a Centrum Nauki Kopernik zawiesza ekspozycję „Strefy erogenne”. Obawiam się jednak, że są to sukcesy doraźne, nietrwałe, opóźniające kolejne fazy genderowej rewolucji, ale nie likwidujące jej podstaw kulturowych i politycznych.

Piętnaście i dziesięć lat temu, podobnie jak dzisiaj mój syn, prowadziłem walkę cywilną z „tym światem”. Najpierw robiłem to z kolegami we „Frondzie”, później z Robertem Tekielim w „POSTygodniku”. Wielokrotnie pisaliśmy o totalitarnych ciągotach postmodernizmu, który uchodził wówczas za nieszkodliwą uniwersytecką modę, o ideologii gender i triumfach politycznej poprawności w Szwecji. Wtedy wydawało się to bardzo odległe od polskiej rzeczywistości. Rodzimi homoseksualiści nie domagali się jeszcze praw do adopcji dzieci, a w przedszkolach nie przebierano chłopców za dziewczynki i vice versa. Dziś jesteśmy już na etapie praktyki. Z ideologii garstki francuskich filozofów, w większości działaczy komunistycznej międzynarodówki, wyrosła genderowa bestia, która sieje zamęt w polskim systemie edukacji i wychowania.

Prawda jest taka, że kultura, w której żyjemy, znajduje się na równi pochyłej i będzie się staczać coraz bardziej, niezależnie od naszych protestów. Chrześcijanie na Zachodzie już to przerabiali, teraz kolej na nas. Jedyna droga, która pozwoliłaby nam uniknąć całkowitej marginalizacji prowadzi przez politykę. Tak, przez tę straszną politykę, która nas denerwuje i do której nie chcemy się mieszać. W odróżnieniu od państw zachodnich, w Polsce przetrwała bowiem silna opozycja zdroworozsądkowa, która jest w stanie oczyścić instytucje państwowe, uniwersytety i szkoły z wpływów gender. Wybór między PO a PiS już dawno przestał być wyborem estetycznym czy partyjniackim. To wybór między demoniczną partią władzy, dla której kwestie światopoglądowe są tylko pionkami na szachownicy, a ugrupowaniem reprezentującym ludzi wolnych.

Kluczowa rola polityki nie oznacza oczywiście, że protesty chrześcijańskiej młodzieży są mało ważne. Przeciwnie: są niezbędne, bo w epoce pomieszania wartości wyznaczają w sferze publicznej granicę między dobrem a złem. W przypadku sprawy dotowanego z funduszy Unii Europejskiej programu „Równościowe przedszkole” może nawet trzeba zrobić więcej: nawiązać bezpośredni kontakt z rodzicami zagrożonych dzieci i poinformować ich o realiach gender. Lepiej żeby mama z tatą znaleźli normalne przedszkole na drugim końcu miasta lub w sąsiedniej wiosce niż żeby pozwolili zachwiać tożsamością płciową własnych dzieci. Na pewno będzie to dla nich kosztowne i niewygodne, ale w naszych czasach codziennie trzeba dokonywać radykalnych wyborów. Albo miłość rodzicielska, albo „przedszkole jest przedszkole, nie mogę sobie pozwolić na przeniesienie dziecka”. Najważniejsza jest przecież walka cywilna z „tym światem”, jaką toczymy w sobie. Mój siedemnastoletni syn chyba o tym wie, bo każdą swoją wyprawę krzyżową zaczyna od modlitwy. Dlatego jestem o niego spokojny.

wtorek, 19 listopada 2013

Duch niepodległości

Dobre sąsiedztwo Polski i Rosji jest możliwe tylko przez separację.

"Gazeta Polska" 13 listopada 2013

W 1936 r., kilka miesięcy po pogrzebie Józefa Piłsudskiego, ukazały się w Warszawie dwie niezwykłe książki. W tomie wierszy „Wolność tragiczna” Kazimierz Wierzyński formułował duchowy testament Marszałka: „Skazuję was na wielkość. Bez niej zewsząd zguba”. Słowa te brzmiały tak wiarygodnie, że później wielokrotnie brano je za dosłowny cytat z Piłsudskiego. Z kolei w zbiorze manifestów „Imperializm idei” Stanisław Piasecki pisał: „W tym miejscu jesteśmy dziś – [...] na przeciągu wichrów ze wschodu i zachodu. Tu można być tylko albo czymś wielkim i potężnym, albo nie być”.

Podobną diagnozę geopolityczną stawiali dwaj – wydawałoby się – zupełnie różni ludzie. Pierwszy – piłsudczyk, ulubieniec „Wiadomości Literackich” i lew salonowy II RP – nawiązywał do mitu Polski jagiellońskiej i wciąż żywej tradycji Legionów. Za Piłsudskim wzywał Polaków do realizowania „ziszczalnych marzeń” na drodze rozumu i męstwa. Drugi – narodowiec, redaktor „Prosto z Mostu”, przenikliwy krytyk liberalnych elit – odrzucając dziewiętnastowieczną koncepcję egoizmu narodowościowego, kreślił wizję naszej chrześcijańskiej misji w Europie. Obaj byli maksymalistami gardzącymi krótkowzrocznym „pragmatyzmem” politycznym. „Problem naszego istnienia – pisał Piasecki – nie wygląda: z Niemcami przeciw Rosji ani z Rosją przeciw Niemcom, bo obie te koncepcyjki szachowe oznaczają likwidację Polski jako narodu, jako odrębności duchowej i cywilizacyjnej”.

Było za co umierać

Ten polityczny maksymalizm sprawdził się po wybuchu wojny. „Przy wszystkim – zaświadczał w 1943 r. Wierzyński – co krytycznego można powiedzieć o walkach wrześniowych w Polsce, istotą ich nie przestanie być bitność żołnierza i poświęcenie ludności. Był to poryw powszechny i świadomy – [...] równy całopaleniu”. Podobnie było później – w krajowym podziemiu i na wielkich frontach. Po raz kolejny w dziejach Rzeczpospolita przystąpiła do wojny jako straż przednia Zachodu, najdalej wysunięta na wschód awangarda cywilizacji europejskiej. W pięknym wierszu „Via Appia” Wierzyński pisał: „Biją się polskie pułki/ O Nike Samotracką,/ O stare ateńskie zaułki,/ O tysiące minionych lat./ O Akropol i Kapitol,/ O Grecję i Rzym/ Uderza ułańskie kopyto,/ Artyleryjski dym”.

Walcząc o niepodległość własnego państwa i duchową ciągłość Europy, Polacy bili się o swoją wielkość. Pełni grzechów i cnót jak wszyscy, urodzeni w kraju podobnym do innych, naprawdę wierzyli, że „tylko wtedy warto żyć, gdy jest coś, za co warto umierać”. Stanęli do walki nie dlatego, że – jak sugerują głupcy – ekstaza umierania jest polskim ideałem, ale dlatego, że Polska słaba i tchórzliwa nie odrodziłaby się już nigdy. W dobrych zawodach wzięli udział, bieg ukończyli, umów sojuszniczych dochowali. Fakt, że zostali zdradzeni przez aliantów, nie może być argumentem przeciwko nim. Kwestionować sens krwi przelanej pod Monte Cassino i w powstaniu warszawskim, naśmiewać się z wiary w fundamenty cywilizacji europejskiej i apeli do „sumienia świata”, to tak jakby kpić z bohaterów greckiej tragedii albo chrześcijańskich męczenników. To podważać nasze prawo do wielkości, sens istnienia i – na dłuższą metę – gwarancję niepodległości.

Szaleńcy wolności

Najwybitniejszy publicysta polityczny w historii Polski, piłsudczyk Ignacy Matuszewski, pisał w 1942 r. w nowojorskim „Nowym Świecie”: „Jeśli potrzeba wolności jest szaleństwem, w takim razie naród polski jest szalony. Naród polski niekiedy sam tak sądził i próbował się z szaleństwa uleczyć. Po katastrofach legionowych czy powstań przychodziły okresy, kiedy szukano jakiegoś sposobu, aby ułożyć się z musem życia; po Dąbrowskim przychodził Lubecki, po romantyzmie – pozytywizm. Daremnie. W ciągu jednej nocy Mochnacki obalał dzieło Lubeckiego – i Polska szła za nim. Jedynym realistą w pokoleniu pozytywizmu okazał się »romantyk« Piłsudski, odrzucający kompromis. Bo naród polski nie umie współżyć z niewolą, nie  umie oddychać półwolnością, odrzuca wszelką zależność. I wszystko jedno, czy jest to dobrze czy źle, rozumnie czy szaleńczo. To jest fakt”.

Podobno z faktami się nie dyskutuje, a jednak wciąż pojawiają się w Polsce ludzie, którzy każą nam wybierać między niemiecką a rosyjską strefą wpływów albo rzucają hasło „Przede wszystkim Europa!”. To się teraz nazywa „nowoczesny patriotyzm”. Jaki on nowoczesny? I jaki patriotyzm? Już w 1952 r. na łamach londyńskich „Wiadomości” niepodległościowy socjalista Adam Pragier twierdził, że zwolennicy „przemian charakteru narodowego”, pracy organicznej i pragmatyzmu, „przesłaniają tymi hasłami własną dążność do jako tako normalnego życia, bez »przekleństwa polskości«. [...] jak długo można, korzystają z prawa mimikry, przyparci do muru, pytają: cóż to jest właściwie niepodległość?”.

Przemoc i gwałt

Jeśli mamy dziś prawo krytykować polskich polityków i oficerów za ich wojenne decyzje, to za samobójczy „pragmatyzm” w stosunkach z Sowietami. Nie chodzi już o nieszczęśliwie sformułowany rozkaz Edwarda Śmigłego-Rydza „Z bolszewikami nie walczyć...” z września 1939 r., kiedy trzeba było możliwie szybko przerzucić armię na Zachód. Chodzi o katastrofalną politykę „respektowania realnego układu sił na świecie” w wykonaniu gen. Władysława Sikorskiego i o żałosną próbę ugody z komunistami, podjętą przez Stanisława Mikołajczyka. „Osobliwy pozytywizm okazał się całkiem oderwany od rzeczywistości” – podsumowywał Pragier. Jeszcze trudniejsza do wytłumaczenia jest łatwość, z jaką oficerowie AK kierujący Akcją „Burza” na Kresach, a później przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego przyjmowali zaproszenia do rozmów, tradycyjnie kończących się egzekucjami, wywózką do łagru bądź procesem w Moskwie.

Powstrzymywanie niechęci do Rosji w imię politycznego realizmu nie jest żadną cnotą. Przeciwnie: realizm polityczny wymaga od Polski wyciągnięcia konsekwencji z wiecznej prawdy wyrażonej w wierszu Wierzyńskiego: „Bo cokolwiek się stanie, jak świat się pozmienia,/ Niezmienna wasza przemoc i gwałt i nienawiść”. Niestety, gdy stało się to jasne dla całego obozu niepodległościowego, było już za późno na zdecydowane działania polityczne. Heroiczny wysiłek Żołnierzy Wyklętych z AK i NSZ w okupowanym kraju nie mógł odwrócić zbiorowego losu.

Separacja lub wojna

Wbrew opiniom naiwnych, Rosja się nie zmienia. Demoniczną naturę miało imperium Iwana Groźnego, Piotra I, Mikołaja II, Stalina. Posiada ją również państwo Putina, które realizuje antypolską politykę głównie środkami gospodarczymi. „Jak znaleźć łączność duchową – pytał retorycznie Matuszewski – między Polską i krajem, którego średniowiecze jest tatarskie, który nie zna odrodzenia, w którym »oświecenie« promieniuje z Piotrowej olbrzymiej pięści, szarpiącej brody bojarskie? Jakież może być współżycie polityczne ludów, które znały nadmiar swobód i zbytek wolności – z krajem, gdzie od zarania dziejów, bez przerwy, bez zmiany, aż po dziś dzień trwa ustrój nieoświeconego absolutyzmu?”. I dodawał, że dobre sąsiedztwo Polski i Rosji jest możliwe tylko przez separację. Wszelkie zatarcie granicy dzielącej nas od bizantyjsko-mongolskiej kultury i mentalności oznacza konflikt cywilizacyjny, a w konsekwencji wojnę.

Po 10 kwietnia 2010 r. Donald Tusk straszył Polaków taką perspektywą w kontekście upartego upominania się o prawdę o Smoleńsku. Mylił się. Jeśli mamy dziś powody do niepokoju, to przez politykę polsko-rosyjskiego „zbliżenia”, która uaktywniła obcą agenturę i poszerzyła możliwości ingerencji w nasze życie polityczne, kulturalne, gospodarcze. Każdy Polak, wyposażony w naturalny instynkt niepodległości, wyczuwa to zagrożenie. Kto je bagatelizuje czy stawia na entym miejscu w hierarchii polskich wyzwań, albo ma nieczyste intencje, albo – jak dziecko – buja w obłokach.

Idealizm, czyli realizm

Do zabezpieczenia polskiej niepodległości nie wystarczą hasła słowiańskiej dumy i siły, szczery wstręt do zgnilizny moralnej Zachodu i chęć obalenia republiki Okrągłego Stołu. Potrzebny jest realizm. Nie taki, który prowadzi do kompromisu ze złem, lecz taki, który pozwala odróżniać Moskwę od Brukseli czy Tel Avivu i dostrzegać sowieckie korzenie panującego w III RP systemu kłamstwa. Stanisław Piasecki zdawał sobie sprawę z miejsca Polski na mapie. Potęgę chrześcijańskiego idealizmu traktował jako oręż w walce z sąsiednimi materializmami: sowieckim bolszewizmem i rasizmem niemieckim.

Po Smoleńsku rozwinął się ruch niepodległościowy, który posiada wystarczające środki intelektualne i polityczne, by w dłuższej perspektywie zmienić Polskę. Nie chciałbym, aby młodzi patrioci, którzy mimo to wybrali Ruch Narodowy, obudzili się za rok lub dwa na wyspie Utopia, ze świadomością, że ich idealizm poszedł na marne.

czwartek, 14 listopada 2013

Artur Fryz nie żyje

Wczoraj w tragicznych okolicznościach zmarł kutnowski poeta, autor tekstów piosenek, animator kultury, pomysłodawca i organizator cyklicznego Festiwalu „Złoty Środek Poezji”.

Artura Fryza poznałem w 2000 roku w Warszawie. Rok później napisałem posłowie do jego książki „Miasto nad bitwą. 24 sonety municypalne”. W latach 2005-2008 wspólnie zasiadaliśmy w jury Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Złoty Środek Poezji” na najlepszy poetycki debiut książkowy roku. Po powrocie z finału konkursu w 2006 roku notowałem w felietonie: „Znajomi twierdzą, że podczas studiów [na KUL-u] Fryz był typowany na następcę Zbigniewa Herberta, a później słuch o nim zaginął. Jeśli zaginął, to chyba w Lubelskiem, bo Kutno jest tak fantazyjnie ufryzowane, że trudno je sobie bez Artura wyobrazić”.






Wiele było w tamtych latach szczerych rozmów i wspólnych doświadczeń, dobrych i złych. I choć w kolejnych latach nasze drogi się rozeszły, ciągle posępnie dźwięczała mi w uszach piosenka z tekstem Artura „Huśtaweczka”:

(...) nogi w górę głowa w dół
w górze anioł w dole trup
choć już niemal do stu liczysz
milczy ogród tajemniczy
spadasz w tył i lecisz w przód
z kilku prętów życia wzór
gdy kurczy się zabaw plac
rosnąc myślisz to nie tak
rzucę ten wahadła świat...

Artur Fryz spędził na huśtawce życia zaledwie 50 lat. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci.

*  *  *

SŁAWOMIR MATUSZ

Nazajutrz

Coś we mnie pękło. Straciłem kierunek.
Nie wiem jak pokonać listopad, przebrnąć
przez grudzień. Opadające liście przynoszą
złe wieści. Zimno w domu. Kaleczą mnie
języki ludzi którzy mieli mnie kochać.
Nie wiem gdzie jest Polska. Przyszłość
myli mi się z przeszłością. Patrzę w
przyszłość i widzę przeszłość. Patrzę
w przeszłość i widzę przyszłość.
Przyjaciele odchodzą, zamiast przychodzić.
Patrzę jak ludzie tańczą w Kutnie
wokół tego miejsca, gdzie upadł człowiek.
Powietrze jest jak narkotyk. Ktoś
wyciągnął karton z napisem: uczcie się
tańczyć, uczcie się tańczyć. Nie wiem,
gdzie jest Polska. Nie wiem z kim tańczyć,
komu tańczyć, co tańczyć. Kto ma mnie
uczyć tańczyć. I dlaczego mam tańczyć.
Polska w szybkim locie z czwartego piętra.
Wszystko tańczy. Wszyscy tańczą. Miasto
płaskie jak zegarek. Tańczą wskazówki.
Tańczą wytyczne i dyrektywy. Nic nie idzie
do pionu. Miasto rozlewa się jak zegarek
i powoli ścieka. Tańczą płomienie i ratownicy
w czerwonych uniformach. Tańczą niebiescy
aniołowie z wielkimi rewolwerami w kaburach.
Liżą mnie ich języki, liżą tak, jak zlizuje się krew,
jak zlizuje się kokainę, jak zlizuje się wódkę
z blatu stołu. Liżą to, co we mnie pękło,
moje chore ciało. A oni liżą. Liżą i tańczą.

pamięci Artura Fryza
15 listopada 2013

SŁAWOMIR MATUSZ

środa, 13 listopada 2013

Bohaterstwo i zdrada - słowa, które wyszły z użycia

W ankiecie miesięcznika Nowe Państwo wzięli udział m.in. Zbigniew Romaszewski, Andrzej Gwiazda, Antoni Macierewicz, Jan Pietrzak, Jerzy Zelnik oraz niżej podpisany.

Zachęcając do lektury całości (nr 10/2013), przytaczam moje odpowiedzi na cztery pytania zadane przez Magdalenę Michalską.

–  Czym jest bohaterstwo? Kim jest bohater?

–  Bohaterstwo jest, w moim odczuciu, urzeczywistnieniem cnoty męstwa. Bohater to człowiek odważny, który dobrowolnie i bez cierpiętniczej pozy poświęca się dla swojej wspólnoty. Kieruje nim raczej instynkt niż kalkulacja – w przypadku patriotów miłość ojczyzny i pragnienie „przełamania losu”, a nie polityczny pragmatyzm. Broni zagrożonych wspólnych wartości, bo „tak trzeba”. I idzie tą drogą do końca, nie bacząc na konsekwencje, stawiając na szali relacje rodzinne, karierę, nawet własne życie. Swoją postawę początkowo traktuje jako oczywistą i powszechną. Wydaje mu się, że kiedy wyjdzie na pole walki, zgubi się w milionowym tłumie rodaków. Fakt, że na miejscu spotyka garstkę osób, bywa dla niego zaskoczeniem, ale rzadko go to załamuje. Stara się błyskawicznie dostosować do nieoczekiwanej sytuacji i robić swoje. Najczęściej angażuje się w sprawy uznawane przez świat za przegrane. Stąd ma zazwyczaj wielu wrogów, jest wyszydzany, przedstawiany jako szaleniec lub niebezpieczny radykał. Czasem współpracuje z ludźmi podobnymi do siebie, częściej działa równolegle do nich. Wspólnota, której broni, ceni jego wysiłki, ale większość jej członków pozostaje bierna. Mają nadzieję, że wola i konsekwencja w działaniu bohaterskiej mniejszości wystarczą do rozwiązania wspólnego problemu. Z reguły nie wystarczają, choć zdarzają się cuda.

–  Czy w czasach współczesnych istnieje dla Pana ktoś, o kim z całym przekonaniem można powiedzieć „bohater”?

–  Na pewno wielu spośród poległych w Smoleńsku. Znamiona bohaterstwa miało osobiste zaangażowanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego w sprawę niepodległości Gruzji i Janusza Kurtyki w przywracanie godności Żołnierzom Wyklętym. Wielką polską bohaterką z pewnością jest Anna Walentynowicz – świadczy o tym cały jej życiorys. Bohaterska jest też postawa kobiet, które po 10 kwietnia 2010 r. mężnie podjęły walkę o prawdę i honor swoich najbliższych, m.in. Ewy Błasik, Zuzanny Kurtyki, Magdaleny Merty, Małgorzaty Wassermann. Ten sam bohaterski duch był zresztą wyczuwalny pod wyszydzanym krzyżem pamięci na Krakowskim Przedmieściu, a do dzisiaj uobecnia się w warszawskiej archikatedrze podczas smoleńskich miesięcznic. Polacy, którzy się tam gromadzą, nie są w większości „osobami publicznymi”, nie mają głośnych nazwisk, a jednak stojąc w Dzień Zaduszny nad grobami swoich rodziców, będą mogli wyszeptać, że w chwili dziejowej próby „zachowali się, jak trzeba”. Na koniec jeszcze jedno nazwisko, o którym nie mogę zapomnieć. Dawno temu, gdy pracowałem jeszcze w redakcji „Nowego Państwa”, przynosił tam swoje maszynopisy człowiek, o którym pomyślałem bez ironii: bohater romantyczny. To był Piotr Skórzyński. Jego tragiczna śmierć w 2008 r. mocno wpłynęła na mój odbiór III RP. Uświadomiła mi, że opresyjne państwo niekoniecznie musi nasyłać na nas swoje psy. Wystarczy standaryzacja nikczemności, masowe kolportowanie kłamstw, dyktatura błaznów. Dla wrażliwego moralnie człowieka ten wszechobecny fałsz okazał się nie do zniesienia.

–  Czym jest zdrada? Kim jest zdrajca?

–  Choć przykro to pisać, idealną formacją potencjalnych zdrajców jest współczesna kultura masowa, przekaz głównych mediów, kult celebrytów, konsumpcjonizm, postmodernistyczna literatura, film, antychrześcijańska propaganda. Zdrada to radykalne postawienie własnego, egoistycznego interesu ponad dobrem wspólnoty. Zdrajca rzadko widzi w sobie czarny charakter. Uważa się raczej za cwaniaka, człowieka bardziej przebiegłego, pozbawionego złudzeń lub inteligentnego od innych. Wydaje mu się, że największą wartością w sytuacji zagrożenia jest zachowanie własnego życia, zdrowia, pieniędzy, domu, rodziny, wybrnięcie z opresji za wszelką cenę. Z tajemniczych względów uznaje to za zasadę obowiązującą wszystkich ludzi i w tej projekcji szuka usprawiedliwienia dla swoich czynów. Jego motto brzmi: „Świat jest brutalny i trzeba sobie jakoś radzić”. W rodakach poświęcających się dla wspólnoty dostrzega nieudaczników, naiwniaków lub hipokrytów, którzy dla przyszłych korzyści wkładają maskę świętoszka. Jest więc głęboko zdemoralizowanym cynkiem i materialistą. W warunkach wojny aktywność zdrajcy, prowadząca do eksterminacji patriotów lub okupacji kraju, powinna być karana śmiercią. W czasie pokoju za zdradę polityczną, ułatwiającą objęcie państwa strefą obcych wpływów, należy się długoletnie więzienie i odsunięcie od funkcji publicznych. Działalność agenturalna w polityce, mediach i kulturze musi skutkować co najmniej wydaleniem z kraju. Takie sankcje są niezbędne dla zabezpieczenia niepodległości państwa. Nie mam wątpliwości, że w dzisiejszej Polsce na stanowiskach publicznych działają setki zdrajców. Przede wszystkim chodzi o agentów wpływu.

– „[…] i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy/ przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie” – pisał Zbigniew Herbert w „Przesłaniu Pana Cogito”. Co oznaczają te słowa? Czy stosuje się Pan do tej herbertowskiej zasady?

–  Polska jest wspólnotą żywych i umarłych. Od naszych poległych bohaterów czerpiemy natchnienie, siłę do działania, wzór miłości ojczyzny. Nie jesteśmy jednak ich impresariami, z którymi dawni kaci będą mogli ubić jakiś interes. Byłoby groteską, gdybym np. wybaczał Czesławowi Kiszczakowi w imieniu górników z kopalni „Wujek”. Nie tylko dlatego, że w 1981 r. bawiłem się klockami, lecz przede wszystkim dlatego, że nie mam prawa wcinać się z tanimi moralizmami w tajemnicę czyjejś śmierci i tragedię nieznanych mi rodzin. Jeśli komuniści, ich dzieci czy ideowi spadkobiercy czują potrzebę oczyszczenia, niech modlą się za dusze ofiar i proszą Boga o miłosierdzie. Nie zdejmie to jednak ze sprawców zbrodni odpowiedzialności przed narodem i historią. W cywilizacji europejskiej czyny mają, a przynajmniej powinny mieć konsekwencje. Szerzona w głównych mediach propaganda „dobrego serca” jest radykalnie sprzeczna z chrześcijaństwem. To diabelska sztuczka, podobne do ideologii gender barbarzyństwo, które ma wprowadzić miliony bezwolnych, głupawo uśmiechniętych Polaków do postmodernistycznego łagru. A naszych bohaterów zamienić w nawóz historii.

czwartek, 24 października 2013

Raniona miłość

Obrońmy polską poezję przed barbarzyńcami!

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 43/2013

Czy Polacy mogą istnieć jako naród bez „Pana Tadeusza”? Obecna władza, która konsekwentnie usuwa ze szkół arcydzieła polskiej literatury, nie zaprząta sobie tym problemem głowy. Uważa, że uczniowie gimnazjum przeżyją bez obowiązkowego kontaktu z romantyczną poezją. I w pewnym sensie ma rację. Młodzi ludzie nadal będą oddychać, konsumować, siedzieć w internecie, słuchać krzykliwej muzyki, esemesować, chodzić na lekcje języka angielskiego, matematyki i podstaw marketingu. W przyszłości niektórzy z nich być może zrobią karierę w międzynarodowych korporacjach. Tyle że nie będą już Polakami.

W czwartek 17 października pod pomnikiem Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbył się „Wiec w obronie poezji przed barbarzyńcami”. Zorganizowało go założone przez Jana Pietrzaka Towarzystwo Patriotyczne. Utwory klasyczne recytowali aktorzy, m.in. Anna Chodakowska, Halina Łabonarska, Jerzy Zelnik; własne wiersze czytali współcześni poeci, m.in. Leszek Długosz i Przemysław Dakowicz. I ja tam byłem, swoją cegiełkę dołożyłem. Dlaczego obrona romantycznego kodu jest dla nas tak ważna? Czemu zamiast starać się dołączyć do medialnych celebrytów zaangażowaliśmy się w sprawę – sądząc po „logice przemian cywilizacyjnych” – przegraną?

Polski romantyzm określił wspólnotę narodową jako wspólnotę losu, a w jej centrum postawił poezję. Po klęsce pod Maciejowicami, rzezi Pragi i traktacie zatwierdzającym III rozbiór Polski, po kilku falach wywózek na Sybir i emigracji poezja stała się żywiołem zastępującym realną politykę. Dla kilku pokoleń Polaków „Pan Tadeusz” stanowił prawdziwą ojczyznę. „Nie ulega wątpliwości – pisał w 1955 r. emigracyjny publicysta Juliusz Mieroszewski – że jeżeli trwamy do dziś dnia jako naród, wbrew faktom geopolityki, które sprzysięgły się przeciwko nam – to istniejemy przede wszystkim dzięki arcydziełom naszej literatury”.

Ale poezja romantyczna nie była jedynie depozytem przedrozbiorowych wartości i obyczajów, który umożliwił Polakom przetrwanie. Ucząc empatii dla prześladowanych oraz próbując odczytać sens zbiorowego cierpienia i istotę narodowego posłannictwa, zbudowała duchową więź, która na wieki połączyła „braci Polaków”. Jeśli w XIX w. staliśmy się nowoczesną wspólnotą narodową, to nie dzięki rewolucji, prawodawstwu czy Kościołowi, lecz poprzez poezję. Dlatego autentyczna polska polityka zawsze będzie przeciwieństwem czystego materializmu, a dojrzała polska poezja oprócz czułości i piękna zachowa również wymiar polityczny.

„Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie” – pisał Adam Mickiewicz w III części „Dziadów”. Znane nam sceny podróży zesłańców kibitkami w głąb Rosji wieszcz uznawał jedynie za wstęp do opisów więzień i „katorżnej roboty”. Swoim poematem miał zamiar objąć „całą historię prześladowań i męczeństwa naszej Ojczyzny”. Bóg nie pozwolił mu zrealizować projektu, ale tylko dlatego, że postawił na polifonię. Arcydzielny, apokaliptyczny obraz Sybiru dał Juliusz Słowacki w „Anhellim”. A kultura II RP przekształciła tę wizję w mit czytelny dla każdego – od profesora po rzemieślnika.

Słowacki przepowiedział nam „słowiańskiego papieża”. Niestety, pozostałe proroctwa wieszczów – również trafne – okazały się mniej pomyślne. W XX w. romantyczne arcydzieła służyły jako pochodnie rozświetlające mrok aktualnych wydarzeń. Skrajnie bolesnych doświadczeń było tyle, że zanim jedno przeszło do historii, już pojawiało się kolejne. Niemiecko-sowiecka inwazja, wojenna fala zsyłek, Katyń, Wołyń, spalona Warszawa, zdrada aliantów, następna emigracja, eksterminacja żołnierzy wyklętych, sowiecka okupacja... Bez chrześcijańskiej poezji ciężar naszych dziejów byłby nie do udźwignięcia.

Wierności wspólnocie polskiego losu dochowali twórcy pokolenia wojennego z Tadeuszem Gajcym na czele, Zbigniew Herbert w kraju, a także poeci emigracyjni: Jan Lechoń, Beata Obertyńska, Józef Łobodowski... „To jest ta miłość,/ Miłość raniona/ Co przeliczyła/ Całe bogactwo/ Odbudowane/ Rana po ranie:/ Wierność sumieniu,/ Sens ponad klęską,/ Tego nie wezmą,/ To było nasze/ Jest i zostanie” – pisał w 1968 r. Kazimierz Wierzyński, wielki narodowy poeta, którego wyrzekła się III RP. Czy jest sens kontynuować dzieło „ranionej miłości”, skoro świat już dawno uznał, że poezja się skończyła?

Świat ogłosił również śmierć Boga. Czy to oznacza, że Boga nie ma? Zadekretować można wszystko, także „zmierzch paradygmatu romantycznego”. Ale jak uciec od losu? Polskiego losu, który wciąż prowadzi nas przez wnętrze ognistego pieca. To, co zdarzyło się 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku, nie pozwala wyrzec się romantycznego kodu, w którym zapisane jest doświadczenie wspólnotowej zagłady, duchowego trwania i ciągłego odradzania się w wolności. Narody, które zbudowały materialistyczną potęgę, mogą sobie pozwolić na rezygnację z wielkiej poezji. Polacy, żeby nadal istnieć, muszą świadczyć o swoim zbiorowym losie, dając świadectwo zwycięstwa miłości nad śmiercią.

Poezja cierpliwa jest, łaskawa jest. Poezja nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Poezja jest miłością.

poniedziałek, 14 października 2013

Nie ma polskości bez „Pana Tadeusza”!

Towarzystwo Patriotyczne - Fundacja Jana Pietrzaka - wzywa na wiec w obronie poezji przed barbarzyńcami.

Wiec odbędzie się w czwartek 17 października przy pomniku Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Początek o godz. 15.00.

Udział zapowiedzieli poeci, m.in. Leszek Długosz, Jarosław Marek Rymkiewicz, Wojciech Wencel, oraz aktorzy, m.in. Anna Chodakowska, Halina Łabonarska, Jerzy Zelnik.

sobota, 12 października 2013

Homilia o. Gabriela Bartoszewskiego OFMCap

Wygłoszona 10. października w Bazylice Archikatedralnej p.w. Męczeństwa św. Jana Chrzciciela w Warszawie podczas Mszy św. w intencji wszystkich Ofiar katastrofy pod Smoleńskiem 42 miesiące po tragedii.

piątek, 4 października 2013

czwartek, 3 października 2013

Polska jak łyk tęgiego wina

Czas zburzyć mur zbudowany wokół niepodległościowej emigracji przez komunistyczną cenzurę.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 40/2013
  
Komunistyczni zwyrodnialcy, którzy metodą katyńską mordowali żołnierzy podziemia niepodległościowego w pierwszej dekadzie PRL, zrobili wszystko, byśmy nigdy nie odnaleźli szczątków naszych bohaterów. Odbierając ciałom podmiotowość i wrzucając je do dołów śmierci, wierzyli, że na zawsze zacierają ślad po tych, którzy z bronią w ręku przeciwstawili się sowieckiej okupacji. Ekshumacje na powązkowskiej „Łączce” odsłaniają naiwność tej wiary. „Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć” (Mt 10,26). Dzięki długoletnim wysiłkom Instytutu Pamięci Narodowej żołnierze wyklęci wracają w blasku chwały do naszej zbiorowej świadomości.

A co z pokoleniem emigracji niepodległościowej, tej niezłomnej, londyńskiej i nowojorskiej, która również stanęła do walki o wolną Polskę, precyzyjnie opisując czerwony terror w kraju, nazywając po imieniu sprawców zbrodni katyńskiej, piętnując zdradę aliantów w Teheranie i Jałcie, pamiętając o Monte Cassino, naświetlając wysiłek polskiego żołnierza, który – jak pisał Jan Lechoń – „Zdobywszy wolność innym dłońmi skrwawionemi,/ Dowiedział się nareszcie, że sam nie ma ziemi”? Co z generacją dipisów (od ang. displaced persons), obywateli unicestwionego państwa, weteranów zdemobilizowanej armii, działaczy politycznych, społeczników, publicystów i poetów, przechowujących dla nas insygnia władzy II RP i depozyt niepodległej kultury?

Mam wrażenie, że mur zbudowany wokół tych wspaniałych Polaków przez komunistyczną cenzurę wciąż istnieje. I jest o wiele trudniejszy do pokonania niż ziemia kryjąca szczątki żołnierzy wyklętych. Biografia Zygmunta Nowakowskiego, pierwszego szermierza niepodległościowej emigracji, którą w wielkim skrócie przybliżyłem przed miesiącem (GN nr 36), to nie materiał na okazjonalne wspomnienie o „ciekawym człowieku”, zapomnianym idealiście, jakich wielu w naszej historii. To jeden z fundamentów, na których powinna się wznosić kultura III RP. Jeśli nasza narodowa wspólnota ma się naprawdę wyzwolić z niewoli postkomunizmu, musimy nauczyć się języka Nowakowskiego, zrozumieć głoszone przez niego idee, dzielić z nim miłość tyleż tragiczną, co podnoszącą ducha: „Samo słowo »Polska« jest jak łyk tęgiego wina, które wzmacnia i jednocześnie zamracza, powiedzmy – upija. Lecz zarazem jest to jakby lucidum intervallum [stan chwilowej jasności umysłu po urazie mózgu – przyp. W.W.], które pozwala nam widzieć Polskę z ogromnej perspektywy na dystans wielu tysięcy mil i tysiąca lat”.

Gdy słyszymy „emigracja”, myślimy „Jerzy Giedroyc”. Ale pragmatyzm paryskiej „Kultury”, respektujący pojałtański porządek, sprawdzał się wyłącznie jako wsparcie dla peerelowskiej opozycji. Nie da się go uczynić wielkim mitem wolnej Polski. Żeby odzyskać tożsamość, trzeba nawiązać do tradycji londyńskich „Wiadomości” czy Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Należy wrócić do momentu, gdy żywe były jeszcze związki z kulturą II RP, pojęcia honoru i niepodległości, marzenia o polskim Wilnie i Lwowie, wiedza o kluczowym miejscu Polski w światowej geopolityce, świadectwa drogi krzyżowej sybiraków, gorzka świadomość walki w obronie europejskiej cywilizacji i nikczemnej zdrady sojuszników. Żaden z tych tematów nie został poważnie podjęty w polityce III RP, nie mówiąc już o uczynieniu go filarem narodowej kultury.

Czyżbym domagał się powrotu do Polski pisarzy „miernych, ale wiernych”? Nic z tych rzeczy. Kazimierz Wierzyński i Jan Lechoń już przed wojną wyrobili sobie markę wybitnych poetów. Wstyd, że ich najlepsze wiersze, napisane na wychodźstwie, wciąż są Polakom praktycznie nieznane. Podobnie jak emigracyjne felietony Zygmunta Nowakowskiego. Felietonista, który talentem i skalą wyobraźni dorównywał Gilbertowi Keithowi Chestertonowi, ciągle jest traktowany po macoszemu, nawet przez swoje ukochane miasto.

Gdy 50 lat temu w Londynie umierał Nowakowski, wśród emigracji niepodległościowej powszechna była opinia, że naturalnym miejscem jego pochówku byłaby Krypta Zasłużonych na Skałce. Niestety, w Polsce wciąż rządzili komuniści. W 1968 r. prochy pisarza zostały bez rozgłosu sprowadzone do Krakowa i pochowane na cmentarzu Rakowickim. Już w naszych czasach – z inicjatywy historyka Pawła Chojnackiego – Pracownia „Małe Dzieje” rozpoczęła starania o ustanowienie roku 2013 pod Wawelem Rokiem Zygmunta Nowakowskiego. Wysiłek grupy społeczników był olbrzymi (przez pewien czas wydawano nawet gazetę „Przylądek Dobrej Nadziei”, poświęconą wyłącznie Nowakowskiemu), opór urzędników – jeszcze większy. Choć trudno w to uwierzyć, nadal nie ma w Krakowie ulicy czy pomnika Zygmunta Nowakowskiego.

Ostatecznie udało się zorganizować w Domu Zwierzynieckim skromną ekspozycję „Emigrejtan. Krakowianin na wygnaniu” (będzie otwarta do 20 października). W roku 1912 w tym samym budynku mieszkał Włodzimierz Iljicz Lenin, a w latach 1970–1990 mieściła się tu filia muzeum wodza rewolucji. Pół wieku po swojej śmierci Nowakowski, osobisty wróg Hitlera, Stalina i Churchilla, zanotował więc mały sukces: wyparł z ukochanego miasta bolszewickie widmo. Nie zmienia to faktu, że polska kultura potrzebuje obecności Emigrejtana w znacznie głębszym wymiarze. Nie tylko w Krakowie i nie tylko od wielkiego dzwonu.

niedziela, 22 września 2013

Spotkania autorskie w Gdańsku i Gdyni

W czwartek i w sobotę będę odpowiadał na pytania Czytelników i podpisywał swoją najnowszą książkę Listy z podziemia.

GDAŃSK 
26 września (czwartek), godz. 18.00
Sala Akwen w budynku NSZZ Solidarność
ul. Wały Piastowskie 24
Spotkanie organizuje Klub Gazety Polskiej Gdańsk II
 
GDYNIA
28 września (sobota), godz. 12.00
Miejska Biblioteka Publiczna, filia nr 15
al. Marszałka Piłsudskiego 18
Spotkanie organizuje Klub Gazety Polskiej” Gdynia

Zapraszam serdecznie!
Książka do kupienia na miejscu.

wtorek, 17 września 2013

czwartek, 12 września 2013

Premiera „Listów z podziemia”

Mój nowy wybór felietonów właśnie trafił do księgarń.

We wstępie do „Lajkonika na wygnaniu” (Londyn 1963) Zygmunt Nowakowski pisał z właściwym sobie poczuciem humoru: „Normalnie czytelnicy wycinają skrzętnie moje felietony czwartkowe z Dziennika Polskiego, by je wlepić do albumu, zdarza się jednak, że ktoś przez zapomnienie czy przez zwykłe lenistwo nie wytnie któregoś kawałka, skutkiem czego powstaje bolesna luka i zdekompletowany zbiór nie ma już tej wysokiej ceny, jaką posiadałaby całość. Wypadki tego rodzaju niedbalstwa są raczej rzadkie, jednak trafiają się od czasu do czasu, dlatego też niniejszy a przeznaczony dla potomności wybór ocala dla potomności pewne celniejsze felietony”.

Wprawdzie moje felietony środowe, drukowane w Gazecie Polskiej od kwietnia 2011 r. do lipca 2013 r., pod żadnym względem nie dorównują majstersztykom Nowakowskiego, ale i one miały wiernych czytelników, którzy dawali wyraz swoim odczuciom w internecie, korespondencji i bezpośrednich rozmowach. Gdy zastanawiałem się nad liczebnością tej grupy, zawsze przychodził mi do głowy biblijny cytat: „Na to Abraham: O, racz się nie gniewać, Panie, jeśli raz jeszcze zapytam: gdyby znalazło się tam dziesięciu? Odpowiedział Pan: Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu”. I rzeczywiście: felietony zostały ocalone. Dzięki życzliwości Marii i Marka Jastrzębskich z Wydawnictwa LTW ukazują się właśnie w edycji książkowej.

Fakt, że „Listy z podziemia” powstawały w czasach szczególnie trudnych dla Polski, miał ogromny wpływ na ich styl i tematykę. To zupełnie inna, poważniejsza, bardziej „wspólnotowa” książka niż „Niebo w gębie” czy „Wencel gordyjski”. Starając się wyrazić zbiorową gorycz i poszukując nadziei po Smoleńsku, odnalazłem punkty oparcia m.in. w romantyzmie, kulturze emigracji niepodległościowej po II wojnie światowej, tradycji „Solidarności” reprezentowanej przez Annę Walentynowicz, a przede wszystkim w żywym chrześcijaństwie.

W ostatnich latach sporo pisałem o idei niepodległościowego „drugiego obiegu”. „Listy z podziemia” to jedna z prób przekucia tej idei w gotową formę. Dlatego gorąco zachęcam do nabycia książki. Mam nadzieję, że jej lektura choć w niewielkim stopniu podniesie Państwa na duchu. A tym, którzy pozostając patriotami w sercu, czytają rzadko i niechętnie, poddaję pod rozwagę slogan reklamowy zaproponowany przez Kazimierza Wierzyńskiego jego londyńskiemu wydawcy: „Czytać nie trzeba. To przesąd. Trzeba kupić”.

„Listy z podziemia” można już dziś zamówić w księgarniach internetowych, m.in. bonito.pl, aros.pl, poczytaj.pl.

poniedziałek, 9 września 2013

Epitafium dla Zygmunta Nowakowskiego

Osobisty wróg Hitlera, Stalina i Churchilla.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 36/2013

Dokładnie 50 lat temu zmarł w Londynie Zygmunt Nowakowski (właściwe nazwisko Tempka), jeden z najwybitniejszych twórców polskiej kultury XX wieku. Trudno w kilku zdaniach wymienić wszystkie jego osiągnięcia. Przed wybuchem I wojny światowej studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim i stawiał pierwsze kroki na deskach krakowskich teatrów. W 1914 r. wstąpił do Związku Strzeleckiego, a następnie służył w Legionach Polskich. Cztery lata później został internowany przez władze austriackie i osadzony w obozie jenieckim pod Krakowem. Czas ten wykorzystał na... napisanie rozprawy doktorskiej. W II RP rozpędu nabrała jego kariera aktorska. Grał m.in. Poetę w „Weselu”, Konrada w „Wyzwoleniu” i Molierowskiego Świętoszka. W 1926 r. został dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego, a na początku lat 30. – stałym felietonistą „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”.

Pisał ostro, ironicznie, bez taryfy ulgowej dla „świętych krów” ówczesnej kultury i polityki. Obdarzony autentyczną wrażliwością społeczną, zawsze stawał po stronie „zwykłych ludzi” w starciu z sanacyjną biurokracją. Nic dziwnego, że jego cotygodniowa „Kolumna Zygmunta” cieszyła się ogromną popularnością. Bestsellerem stał się też „Przylądek dobrej nadziei” – autobiograficzna powieść o buntowniczym dzieciństwie, w której autor połączył melancholię z rewolwerowym poczuciem humoru. Wreszcie, w ostatnich latach II RP, z teatralnych afiszy nie schodził legionowy romans „Gałązka rozmarynu”.

Wszechstronnie utalentowany, a przy tym bezkompromisowy Nowakowski był też barwną postacią jako człowiek. Bywalec krakowskich knajp, wiceprezes i zagorzały kibic Cracovii, działacz na rzecz ochrony zwierząt, założyciel organizacji niosącej pomoc opuszczonym dzieciom, mnóstwo czasu spędzał w Trzęsówce, gdzie w pięknym dworze mieszkała jego wielka i – jak się później okazało – jedyna miłość, Róża Celina Otowska. Aby sprawnie dotrzeć na miejsce, Nowakowski podróżował... balonem. Funkcję pracowników lotniska pełnili chłopi z majątku, którym pomysłowy lotnik zrzucał liny holownicze. Aż nadszedł wrzesień 1939 r. i ten prowincjonalny raj przestał istnieć. Dosłownie, bo dwór w Trzęsówce, wraz z biblioteką pisarza, został zburzony przez Niemców, którzy nie zapomnieli Nowakowskiemu przestrzegającego przed nazistowskim obłędem reportażu „Niemcy á la minute” (1933). Rozkaz został podobno wydany przez samego Hitlera. Nie mniejszą nienawiścią musiał zresztą ziać do polskiego pisarza Stalin, bo Nowakowski obnażył absurdy sowieckiego ustroju w reportażu „W pogoni za formą. Wrażenia z pobytu w Moskwie” (1934).

Po wybuchu II wojny światowej osobisty wróg Hitlera i Stalina mógł zrobić tylko jedno. Przez Lwów dostał się na Węgry, a później do Francji, by ostatecznie osiąść w Anglii. W latach 1940–1944 współredagował z Mieczysławem Grydzewskim „Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie”, główny tygodnik niepodległościowej emigracji. Jako felietonista był otwarcie antysowiecki, co uzasadniał nie tylko polską racją stanu, ale i erudycyjną analizą historii i kultury. Przejmująco pisał o ekshumacjach w Katyniu, z pasją bronił polskich granic na wschodzie sprzed 1939 r. i krytykował ugodową politykę wobec Stalina, zarówno w wydaniu aliantów, jak i rządu gen. Władysława Sikorskiego. Odwoływał się do wspólnych europejskich wartości: Boga, honoru, wierności międzysojuszniczym przyrzeczeniom. Niestety, jego teksty wielokrotnie ukazywały się z białymi plamami, wymuszonymi przez brytyjską bądź polską cenzurę. Po felietonie „O drugie Nie!” z 6 lutego 1944 r. władze brytyjskie wstrzymały „Wiadomościom” przydział papieru, co było równoznaczne z likwidacją pisma. Do Hitlera i Stalina, którym Nowakowski spędzał sen z powiek, dołączył jeszcze jeden cyniczny gracz polityczny, Winston Churchill.

W 1946 r. tygodnik został reaktywowany, ale wtedy było już za późno na publicystyczne interwencje. Polska była sprzedana Sowietom, honor aliantów doszczętnie zbrukany. Czas idealistycznych apeli do sumienia świata minął. Została gorycz klęski i misja nazywania zdrady po imieniu. „Fala ciemności – pisał Nowakowski – bije od tej wielkiej nocy, jaka osłania np. proces norymberski, gdzie Rosjanie, którzy wespół z Niemcami, dokonali rozbioru Polski, są oskarżycielami... w sprawie rozbioru Polski. Jest to obraza prawa, jest to nowy policzek, zadany ludzkości, jest to rezurekcja fałszu tym gorszego, że widzą go wszyscy i wszyscy udają, jakoby go nie dostrzegali”.

Nowakowski do końca życia pozostał na emigracji. „Nie wracamy do Polski – wyjaśniał – gdyż nie jest ona ani wolna, ani cała, ani niepodległa. [...] Odmowa jest aktem miłości, obroną Polski prawdziwej przed wykolejeniem z drogi obranej przed dziesięciu wiekami”. Nazywany „Emigrejtanem”, sporo publikował, wygłaszał odczyty, od 1952 r. współpracował z Radiem Wolna Europa. Jednak sława niezłomnego rycerza polskiej sprawy stopniowo ulatywała. Młodszym pokoleniom emigrantów idealizm pisarza wydał się anachroniczny. Zwyciężył realizm redaktorów paryskiej „Kultury”, którzy pogodzili się z pojałtańskim porządkiem Europy, a nadzieje na zmianę wiązali z działalnością krajowej „opozycji”. Kto miał rację? Dziś, gdy gołym okiem widać efekty „transformacji ustrojowej” dokonanej przy współudziale komunistów, odpowiedź wcale nie jest oczywista. Ale o tym w następnym felietonie.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Facet albo powabny mąż

Wytatuowane łydki, obcisłe T-shirty i wyrzeźbione sterydami ramiona...

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 32/2013

Ciężkie jest życie grubego literata bez prawa jazdy. Przeciętny osobnik płci męskiej ugania się za ukochaną do ślubu, a później pakuje ją do samochodu i oboje odpoczywają za kierownicą. Ja muszę uganiać się za żoną niemal codziennie, podczas każdego spaceru, w drodze do kościoła czy do sklepu. Tuż po wspólnym wyjściu z domu zaczyna się pieszy wyścig Giro d’Matarnia. Żona organizuje samotne ucieczki, ja jestem peletonem. Gonię, podkręcam przerzutki w stawach, ale gdy tylko udaje mi się zlikwidować jedną ucieczkę, natychmiast następuje kolejna. Wszystkie etapy wygrywa żona, nie mówiąc już o górskiej premii na wiadukcie.

Cóż, takie realia. W sportach szybkościowych atutem jest raczej waga piórkowa niż superciężka. A poza tym żona przez lata wypracowała sobie rekordowe tempo marszu, spiesząc się do pracy. Wiecznie drugi w małżeńskiej rywalizacji, wynajduję sobie na wiadukcie przeciwników w moim zasięgu. I tu ciekawostka obserwacyjna. Im starszy przechodzień, tym trudniej go wyprzedzić. Kobiety i mężczyźni po sześćdziesiątce maszerują zwykle żwawo, energicznie i zdecydowanie. Niektórzy pogwizdują przy tym wesoło, inni nucą pod nosem – jak się zdaje – „Hymn sokoli”. Co do pokolenia ludzi po czterdziestce, czyli moich rówieśników, sytuacja wygląda podobnie jak w moim małżeństwie: kobiety z reguły przemieszczają się pędzikiem, a ich mężowie truchcikiem. Ogólnie jednak tempo jest całkiem przyzwoite. Wreszcie trzeci przedział wiekowy: 16–40 lat. Niestety, nie jest to generacja sprinterów. Ilekroć pojawiają się przede mną wytatuowane łydki, obcisłe T-shirty i wyrzeźbione sterydami ramiona, przygotowuję się do manewru wyprzedzania. Tak zwani faceci bowiem nie maszerują. Oni się snują, powłóczą nogami, robiąc przy tym bardzo zmęczone miny. Nie po to przecież chodzą na siłownię, żeby „ruchu zapragnąć, powstać i żyć”. Chodzą tam, żeby „dobrze wyglądać”, wbić się w koszulkę slim line i zrobić wrażenie na koleżankach. Koleżanki zresztą też się snują, ale akurat to można zrozumieć, bo w omawianym przedziale wiekowym zazwyczaj mają doła i są niedożywione. Płeć męska, przynajmniej w teorii, jest wolna od tak wielkiej traumy.

Mijając kolejnego łajzę na wiadukcie, przyglądam mu się uważnie. Nosi markowe „ciuchy” i trzydniowy zarost, z uszu zwisają mu bez sensu jakieś kabelki. Poza tym – jak w piosence kabaretowej – „okulary wyczesane Chucka Norrisa, groźne spojrzenie Borysa Szyca”. Skąd ty się w ogóle wziąłeś, facet? Kto cię wymyślił, „wykreował”, ustawił na cokole współczesnej kultury obok „wyzwolonej” kobiety i rozkapryszonego dziecięcia? „Facet to świnia” – śpiewał kiedyś wokalista zespołu Big Cyc. Nie miał racji, bo dzisiejszy młody mężczyzna to bardziej ślimak. Wolny, miękki i śliski. Lubi pokazywać rogi, ale wystarczy go dotknąć, by schował się do swojej skorupy i udawał twardziela.

Procesy językowe mówią więcej o naszej rzeczywistości niż diagnozy socjologów. Do niedawna byli na świecie „mężczyźni” – od słów „mąż” i „męstwo”, a więc „cnota, odwaga, hart ducha, bohaterstwo”. Dziś mowa jest już tylko o „facetach” – od łacińskich form facetus: „powabny, delikatny, elegancki”, a także facetia: „żart, dowcip, często o frywolnej treści”. Słowo „facet”, pierwotnie używane jako pobłażliwe lub pogardliwe określenie młodzieńca, upowszechniło się w znaczeniu pozytywnym. Osobnik płci męskiej jest definiowany estetycznie, a nie moralnie.

Czytałem gdzieś teorię spiskową, że przekształcenie mężczyzny w faceta to efekt długoletniej polityki dyktatorów mody, w większości homoseksualistów, którzy krzewią „metroseksualne” wzorce, by oczyścić nowoczesne społeczeństwa z normalnych, odpowiedzialnych, silnych wewnętrznie mężów i ojców. Coś w tym jest. Tylko poddany długotrwałej indoktrynacji facet może nie zauważać, że tatuaże na łydkach, przyciasne sweterki czy inne fullcapy to gadżety utrzymane w estetyce gejowskiej. Sądzę jednak, że proces paraliżowania płci męskiej ma głębsze podstawy. Z jednej strony jest to skutek kulturowego triumfu estetyki nad etyką, z drugiej – zatarcia granicy między światem mężczyzn a światem kobiet. Uwierzywszy, że nie ma zajęć specyficznie męskich i typowo damskich, młodzi mężczyźni nie tylko gotują obiady czy przewijają niemowlęta. Mają też bzika na punkcie mody, nie wstydzą się bywać w butikach, stosują kremy do ust i pod oczy, zmieniają fryzury itd. Oczywiście nie pragną zniewieścieć. Przeciwnie: chcą być superfacetami, czyli sprostać damskim wyobrażeniom o męskości.

Tyle że są to wyobrażenia bardzo powierzchowne. Młode kobiety nie znają tajemnicy duszy mężczyzny, bo nie znają życia. Nie powiedzą swojemu faworytowi: „Żeby zostać mężczyzną, musisz wykonać pracę wewnętrzną, wykształcić w sobie odwagę, hart ducha, odporność na krytykę, umiejętność rozwiązywania wspólnych problemów”. Będą raczej oczekiwać od niego, żeby był przystojny, modnie ubrany, pachnący drogimi perfumami, prężył muskuły, miał poczucie humoru i potrafił dominować wśród kolegów (wiadomo: testosteron). Jako zakładnicy tych infantylnych projekcji młodzi mężczyźni rezygnują z pracy nad własnym charakterem, nieustannie przeglądając się w lustrze. I choć czasem wyglądają jak kulturyści, stają się przeraźliwie słabi. „Ale ciacho...” – piszczą na ich widok niedojrzałe panny. Niestety, kto na słonecznym deptaku wydaje się ciachem, przy bliższym poznaniu z reguły okazuje się obciachem. Dziewczyny znów łapią doła i tak w kółko.

niedziela, 21 lipca 2013

Felieton wakacyjny

Układając plany wakacyjnych podróży, nie zapominajmy o tych miejscach, w których romantyczna przyroda wciąż jest sprzymierzeńcem polskości.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 17 lipca 2013

W zachodniej Polsce masowo giną bociany. W niektórych gminach śmiertelność młodych sięga podobno 80 proc. Według ornitologów, zdecydowały o tym niekorzystne warunki atmosferyczne w maju i czerwcu. Niskie temperatury i ulewne deszcze zatrzymały ogólny rozwój ptaków i wychłodziły ich organizmy, a wysoki poziom wód gruntowych odciął je od podstawowego pokarmu, jakim są dżdżownice. Według mnie, wytłumaczenie jest inne: bociany wymierają z rozpaczy. Dawniej nosiły rodzicom dzieci. Teraz nie mają czego nosić, bo młode Polki wolą biegać na castingi, niż spełniać się w macierzyństwie. Zanik przyrostu naturalnego wśród ludzi zburzył równowagę w przyrodzie.

Może komuś, kto żyje w wielkim mieście, los bocianów jest obojętny. Mnie nie jest, bo od dzieciństwa obserwuję białe ptaki przez okno. Kiedyś oglądałem z żoną i dziećmi telewizję albo układałem puzzle. Od kilku lat wystarczy nam widok wieży kościoła św. Walentego, na której tkwi majestatyczne gniazdo. Niezwykła jest stałość ptasiego harmonogramu. Bociany przylatują do Matarni zawsze między 26 marca a 2 kwietnia, a odlatują dokładnie 24 sierpnia, w dzień św. Bartłomieja. Pomiędzy tymi datami rozgrywa się fascynujący napowietrzny spektakl: umacnianie gniazda, miłosne obrzędy, wyklucie się dwójki młodych, nauka latania. Aż wreszcie nad Matarnią rozpościerają się cztery pary wspaniałych skrzydeł. Mam nadzieję, że ten scenariusz również w tym roku zostanie doprowadzony do szczęśliwego finału, wbrew diagnozom ornitologów.

Ostatnimi czasy w przyrodzie dzieje się jednak coś niepokojącego. Temperatura skacze jak piłka na gumce. Powszechnym zjawiskiem jest pomór pszczół, bez których nie sposób wyobrazić sobie polskiego krajobrazu. Zimą swój dramat przeżywają sarny i jelenie. Wyganiane z lasów przez zachłanne maszyny, wycieńczone, wychodzą na ulice, pod domy, padają z głodu. Tym, które regularnie nawiedzają nasz ogród, pozwalam z żoną obgryzać tuje, bukszpany, jałowce. Są takie chude, że bez tego wsparcia nie miałyby raczej szans na przeżycie. W tym roku przymknęliśmy nawet oko na dziki, które przeorały nam pół działki, zapominając o słowie „dziękuję”. Nie czas myśleć o manierach, gdy wokół roztacza się ziemia jałowa: Polska w budowie.

Układając plany wakacyjnych podróży, nie zapominajmy o tych miejscach, w których romantyczna przyroda wciąż jest sprzymierzeńcem polskości. Anektuje ruiny śląskich zamków i małopolskie klasztory, wyznacza ścieżki w puszczach, otacza zakola podlaskich rzek, napełnia ptasim śpiewem przestrzeń skansenów w Lublinie, Wdzydzach, a choćby i w centrum Torunia. Czasami wydaje się, że tego kraju już nie ma. Że podzielili go między siebie bukiniści handlujący stalorytami z dzieła Leonarda Chodźki „La Pologne” (1836). Ale to nieprawda. Im silniej wrastamy w historyczny polski krajobraz, tym trudniej nas przerobić na mieszkańców nowego wspaniałego świata, w którym wartości duchowe i obywatelskie są przedmiotem szyderstwa. Nie wiem, czy zdołałbym obronić swoją polskość, gdybym odwrócił się od dzików, saren i bocianów.

czwartek, 11 lipca 2013

Wołyń biało-czerwony

Uświęcona krwią kraina niewinności stała się polskim sztandarem.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 10 lipca 2013

Biało kwitnące sady, cumulusy wolno płynące nad równiną, letnie sukienki kobiet, dziecięce podkolanówki. Przed dworem, kościołem, w powozie, na brzegu rzeki. Międzywojenny Wołyń z jego dziewiczą przyrodą i przyjaznym, zwłaszcza latem, klimatem był dla Polaków rajem. Odrodzone państwo polskie nagradzało urodzajną ziemią swoich bohaterów: legionistów, uczestników wojny polsko-bolszewickiej. Razem z mężczyznami w oficerkach przybywały ich młode żony i dzieci. Początki bywały bardzo trudne, ale w latach 30. wojskowe rodziny współtworzyły już polski żywioł z zakorzenionymi na Wołyniu ziemianami i chłopami. W licznych koloniach tętniło życie, młodzież z głębi kraju spędzała tam wakacje, relacje z ukraińskimi sąsiadami układały się lepiej niż poprawnie. Stopniowo odżywał zduszony w epoce zaborów mit zaścianka z „Pana Tadeusza”. W Równem powstała grupa poetycka „Wołyń”. Idylliczne krajobrazy inspirowały Józefa Czechowicza, Józefa Łobodowskiego, Wacława Iwaniuka.

Rzeź wołyńska jest wstrząsająca nie tylko ze względu na makabryczne metody zbrodni. Także dlatego, że wydarzyła się w płodnej kulturowo krainie niewinności. Wprawdzie w 1943 r. polski żywioł był już niekompletny, bo wcześniej Sowieci wywieźli na Sybir większość naszych wojskowych, ale wskrzeszony przed wojną arkadyjski mit prowincji tlił się jeszcze w zbiorowej świadomości. I nagle, niemal z dnia na dzień, Polacy zstąpili z raju do piekła. Czysta biel została wyparta przez krzepliwą czerwień. Krew spływająca po ścianach mieszkań, łóżkach, stołach, znacząca siekiery, piły, noże, sącząca się spod świeżej ziemi, którą przysypano doły śmierci. Wydaje się, że jako spadkobiercy pomordowanych na Wołyniu możemy tylko powtarzać za Janem Lechoniem: „Jak Dante za Wergilim schodźmy do podziemi/ Słuchać jęków w ciemnościach, gdzie się rozum traci,/ Śród murów obryzganych przez krew naszych braci,/ Przez które zda się jeszcze wołają do siebie,/ Idźmy szukać tych kości, których nikt nie grzebie”.

Opłakiwanie ofiar kaźni jest ważne, nawet konieczne, jednak celebrując mit katastroficzny, nie możemy zapomnieć o tym pierwotnym – arkadyjskim. Dopiero oba te mity ukazują pełną prawdę o Wołyniu i wyrażają tajemnicę polskości. Bez bieli, symbolizującej ufność wobec Boga, czystość intencji, pragnienie duchowego ładu, utoniemy w morzu własnej krwi i oszalejemy z poczucia dziejowej krzywdy. Ukraińcy z OUN i UPA nie chcieli wygnać naszych rodaków z domów. Postanowili, że zabiją ich wszystkich i spalą każdą opustoszałą wieś, żeby Polacy już nigdy nie wrócili do swojego raju. Jednak wołyńskie sady wciąż kwitną na biało, a krew naszych męczenników czerwieni się w głębi dziejów. Wołyń, wbrew intencjom naszych katów, stał się polskim sztandarem. Dlatego na wieki pozostanie nasz – jako miejsce, w którym odnaleźliśmy krzyż Chrystusa, swoje drzewo zbawienia.

niedziela, 7 lipca 2013

Młodziankowie z Wołynia

Dzieci obmyte we krwi Baranka triumfalnie wstępują do nieba.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 27/2013

Pierwszą reakcją jest milczenie. Czytając szczegółowe opisy rzezi wołyńskiej, zawarte w historycznych opracowaniach i relacjach świadków, czuję się, jakbym stał przed apokaliptycznym obrazem Hieronima Boscha. Przez chwilę odtwarzam fakty w wyobraźni, a potem odwracam głowę i długo patrzę w okno. Żeby odczuwać gniew lub nienawiść, konieczne jest istnienie wymiaru politycznego, a tego brakuje na wołyńskim fresku. Został porąbany na kawałki razem z ciałami ofiar. Nie ma na nim Polaków ani Ukraińców, kontekstu niepodległościowych idei czy społecznych realiów, żadnej historycznej logiki. Jest tylko tajemnica czystego zła, wobec której człowiek staje niemy, pozbawiony języka umożliwiającego uchwycenie sensu wydarzeń. Stosując w 1943 r. wymyślne metody zbrodni, nacjonaliści z OUN i UPA pragnęli wywołać wśród polskich osadników powszechne przerażenie. W ten sposób chcieli ich sparaliżować i obezwładnić, zamienić w słupy soli albo w zwierzęta niezdolne do obrony czy ucieczki, biernie oczekujące na nieuchronny wyrok losu. Również moja pierwsza reakcja jest odległą w czasie konsekwencją tej operacji. Przez okno widzę chmury płynące po niebie, takie same jak na Wołyniu 70 lat temu, i czuję w sercu pustkę, którą szczelnie wypełnia groza ludobójstwa.

Później przychodzi czułość – młodsza siostra miłości, strażniczka trzciny nadłamanej i knotka o wątłym płomieniu. Najbardziej dotkliwa, gdy czytam o sposobach mordowania dzieci. Niemowlęta uderzane w główkę obuchem siekiery, przytwierdzane bagnetem do stołowego blatu, nakłuwane widłami, wrzucane do ognia lub głębinowych studni. Kilkuletni chłopiec z językiem przybitym do stołu, z trudem próbujący utrzymać się na palcach (scena nie potrwa długo, za chwilę poderżną mu gardło). Dzieci krzyżowane na drzwiach, wieszane za genitalia, ćwiartowane, zakopywane żywcem, rozrywane końmi, nabijane na pal, przecinane piłą do drewna. Ich stawy połamane, głowy zmiażdżone, oczy wyłupione. Ktoś powie, że nie wypada o tym mówić, bo to epatowanie okrucieństwem. Doprawdy? Przecież to nasi, polscy święci. Potrafimy płakać nad młodziankami z epoki Heroda, a brzydzimy się krwią niewinnych, gdy ta sama ofiara konkretyzuje się tuż obok nas? Pomyślmy o ufności tych dzieci, o ich modlitwach przed snem, o ich „mamusiu, tatusiu”, o gonitwie w wiśniowych sadach i wiązaniu snopów podczas żniw. Nie odwracajmy od nich wzroku. Popatrzmy, jak są piękne, gdy obmyte we krwi Baranka, triumfalnie wstępują do nieba. Bez uświadomienia sobie ogromu cierpień, których doznały, nie pojmiemy skali ich zwycięstwa.

Czułość rodzi się z kontrastu między brudem tego świata a cząstką Bożej natury, przechowywanej w naczyniach glinianych. Tę nieśmiertelną cząstkę człowieczeństwa zachowali na wieki wołyńscy męczennicy, nie tylko ci najmłodsi. Zrobili to także dla nas, byśmy – kierowani czułością – potrafili odnaleźć tę cząstkę w sobie i rozwijać ją bez względu na konsekwencje. Przeprowadzane przez Niemców i Sowietów czystki polskich elit da się rozpatrywać na planie politycznym. Można analizować związek tych zbrodni z mocarstwowymi interesami naszych odwiecznych wrogów, utratą niepodległego państwa, trwającym do dzisiaj kryzysem kultury. Nasza cześć dla poległych za ojczyznę często przysłania chrześcijański sens ich męczeństwa. W przypadku Wołynia takie analizy się nie sprawdzają. Wprawdzie zbrodniarze z UPA twierdzili, że postępując z Polakami tak samo jak Hitler z Żydami, stwarzają niezbędne warunki dla powstania niepodległej Ukrainy, ale plan ten trudno traktować w kategoriach realnej polityki.

Brak głębszego politycznego uzasadnienia odsłania chrześcijański wymiar rzezi wołyńskiej. W istocie była to zagłada bezbronnych świadków Chrystusa – efekt zbiorowego opętania, akt nienawiści demona do Boga i człowieka. Niedawno przeczytałem świadectwo ukraińskiej kobiety o jej ojcu, jednym ze sprawców rzezi, który w godzinie śmierci kazał zasłonić święte obrazy i odpędziwszy popa, miotał przekleństwa i bluźnierstwa. Byłoby dobrze, gdybyśmy potrafili modlić się również za takich nieszczęśników. Przebaczenie win i pojednanie jest możliwe, ale tylko w prawdzie, na poziomie chrześcijańskiej wspólnoty, między ludźmi otwartymi na jednoczącą miłość Boga. Relatywizujące odpowiedzialność, polityczne wezwania do zapomnienia o przeszłości mogą tylko utrudnić ten proces.

W centrum rzezi wołyńskiej znajduje się Jezus Chrystus. Ci, którzy Jego ofiarę sprowadzają wyłącznie do historycznej drogi krzyżowej, mają pewnie problem z faktem, że nasi męczennicy na Wołyniu – fizycznie rzecz biorąc – doświadczyli okrutniejszych, bardziej bolesnych tortur niż wcielony Bóg. Jednak Boża miłość nie dlatego jest bezgraniczna, że Chrystus na Golgocie wycierpiał najwięcej, lecz dlatego, że dobrowolnie zszedł na Ziemię, by uświęcać nasz los swoją krwią. Był także tam, na Wołyniu, przed siedemdziesięciu laty. Bóg mocny, przedziwny Doradca, Książę Pokoju. Szczęśliwi młodziankowie, ich rodzice i dziadkowie, których ze spalonego raju poprowadził ku bramom niebios.

sobota, 6 lipca 2013

Trzy lekcje historii

Nareszcie! Emerytowany stalinista Zygmunt Bauman przestał być traktowany jak święta krowa polskiej kultury.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 3 lipca 2013

Przy okazji okazało się po raz enty, że w III RP obowiązują podwójne standardy oceniania publicznych wystąpień. Kiedy urbaniątka i palikociątka sikały do zniczy na Krakowskim Przedmieściu, dla polityków PO i dziennikarzy głównych mediów był to radosny happening. Manifestacja kibiców na Uniwersytecie Wrocławskim to natomiast napad będący zapowiedzią nowej nocy kryształowej. Z lewacką propagandą nie warto polemizować. Ważne, że incydent we Wrocławiu zmusza Polaków do udzielenia odpowiedzi na proste pytanie: czy były dowódca oddziału Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który „wyróżnił się schwytaniem wielkiej liczby bandytów”, może być autorytetem moralnym? Następne pytanie czas skierować do środowisk naukowych, które od lat biją przed Baumanem pokłony. W jakim stopniu idea „płynnej nowoczesności” służy zniszczeniu tradycyjnej aksjologii, rozbiciu narodowej wspólnoty i zamknięciu jej uczestników w ponowoczesnym łagrze? W wewnętrznej opinii KBW z 1950 r. czytamy, że „mjr Bauman ma przed sobą poważną perspektywę naukową”. Jak widać, polskie podziemie niepodległościowe można skutecznie zwalczać nie tylko przy użyciu nagana. Także za pomocą filozofii.

Profesorowi Baumanowi z pewnością spodoba się tytuł nowej książki Piotra Zychowicza „Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie”. Niedawno młody publicysta usiłował nas przekonać, że debilami byli sanacyjni politycy, którzy w 1939 r. nie zawarli taktycznego sojuszu z Hitlerem. Teraz postanowił ukazać jako idiotów architektów powstania nazwanego „bezsensownym samobójstwem”. Wygląda na to, że wszyscy nasi dowódcy podczas II wojny światowej byli durniami, a w najlepszym razie nieudacznikami. Szkoda, że Zychowicz nie urodził się 70 lat wcześniej. Już on by tak wszystko poustawiał w polityce zagranicznej, że wyszlibyśmy z matni bez szwanku. Jedno mrugnięcie powiek i Niemcy padają nam do nóżek. Pstryk palcami i z mapy znikają Sowiety... Piłsudski, gdyby zmartwychwstał, nie dokonałby większych cudów.

Na tle tej ponowoczesnej lekcji historii świetnie prezentuje się „Wielka księga patriotów polskich” zredagowana przez zespół – głównie krakowskich – historyków. Nie zmienia tej oceny niezdarnie napisany biogram płk. Ryszarda Kuklińskiego. Wśród 500 grzybów w koszu zawsze trafi się jakiś robaczywy. Faktem jest też, że w kompendium zabrakło haseł koniecznych: Maurycy Gosławski, Konstanty Gaszyński, Kornel Ujejski, Władysław Ludwik Anczyc, Mieczysław Romanowski, bł. Marcelina Darowska, Stanisław Piasecki, Tadeusz Gajcy, Beata Obertyńska, Jan Lechoń, Ignacy Matuszewski, Zygmunt Nowakowski. Zwłaszcza pominięcie trzech autentycznych wieszczów: Ujejskiego, Gajcego i Lechonia, bije po oczach. To tak, jakby w dziedzinie malarstwa zapomniano o Grottgerze i Malczewskim. Jestem jednak przekonany, że w następnych wydaniach niezręczności zostaną poprawione, a braki uzupełnione. „Wielka księga” – własność wszystkich pokoleń wolnych Polaków – powinna wciąż się rozrastać. To my musimy być jej redaktorami i – co o wiele trudniejsze – bohaterami. Niekoniecznie uwzględnionymi w druku.

sobota, 22 czerwca 2013

Bać się czy nie bać?

Rosja – czy jest silna, czy słaba, bogata czy biedna, baluje w carskim pałacu czy kradnie zegarki – niezmiennie opiera swoją politykę na agresji.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 19 czerwca 2013

Tłusty niedźwiedź czy mysz cerkiewna? Światowe mocarstwo czy jego atrapa? Sprawne państwo czy burdel na kółkach? Demokracja in spe czy postkomunistyczny reżim? Nawet Rosjanie nie wiedzą dokładnie, w jakim kraju żyją. Niektórzy rano narzekają na bidę z nędzą, a wieczorem twierdzą, że cały ten zgniły Zachód trzeba za pysk chwycić. Inni odwrotnie: na trzeźwo chwalą kremlowską politykę, a po pijaku wieszają psy na Putinie.

Po 10 kwietnia 2010 r. spotkałem wielu Polaków, którzy cierpią na podobną schizofrenię. Jeden z nich, wyborca PO, usiłował mnie przekonać, że Rosja to państwo w pełni demokratyczne i niezwykle nam przyjazne. Po godzinie rozmowy zauważył, że nasz sąsiad jest duży i należy mu się respekt. Aż wreszcie całkiem stracił nerwy i krzyknął: – Jak nie przestaniemy wymachiwać szabelką, to nas zmiotą z powierzchni ziemi!

Inny mój znajomy, deklarujący się jako osobnik apolityczny, długo powtarzał: „nie wierzę w żaden zamach”, „polski bałagan”, „naciski na pilotów”. W toku dyskusji przyznał, że hipoteza zamachu w Smoleńsku jest jednak bardzo prawdopodobna. A gdy odetchnąłem z ulgą, ciesząc się z triumfu zdrowego rozsądku, dodał nieoczekiwanie: – Należałoby zbadać, czy nie zrobili tego... Gruzini. – Gruzini? – postanowiłem sprawdzić, czy się nie przesłyszałem. – Tak, bo w ich interesie leżało uczynienie z Putina głównego podejrzanego.

Dwa przypadki schizofrenii, jedno źródło: głęboko skrywany lęk przed Moskwą, który każe wyolbrzymiać bądź całkowicie wypierać ze świadomości negatywne scenariusze. Jakaż była moja radość, gdy niedawno spotkałem zwolennika kiełkującego Ruchu Narodowego. – Demonizujecie Rosję – rzucił na wstępie pod adresem środowisk niepodległościowych. – Traktujecie ją jak imperium, tymczasem ona jest dziś słaba. Realne zagrożenie dla Polski to Unia Europejska i polityczna poprawność.

Nareszcie jakiś wróg na prawicy, który nie zapadł na schizofrenię. Jasno wyraża poglądy, robi wrażenie zwartego, silnego i gotowego do działania. Może rzeczywiście zaufać narodowcom? Skupić się na walce z toksycznymi wpływami zachodniej kultury i dyplomacji, a Rosją nie zaprzątać sobie głowy? Gdy już rozprawimy się ze złem tego świata, Bosak wyśle do Moskwy Winnickiego albo Winnicki Bosaka i nasz młody premier dogada się z Putinem po słowiańsku? Wizja ciekawa, choć nieco groteskowa.

Bać się Rosji czy nie bać? Niewątpliwie mocarstwowe pokazówki Putina są przeprowadzane na wyrost. Sęk w tym, że Rosja – czy jest silna, czy słaba, bogata czy biedna, baluje w carskim pałacu czy kradnie zegarki – niezmiennie opiera swoją politykę na agresji. Tylko w ten sposób buduje pozycję międzynarodową i rozwiązuje wewnętrzne kryzysy. Oczywiście, że nie należy bać się bandyty. Ale trzeba umieć skutecznie się mu przeciwstawić. Nawet gdyby Putin zbankrutował, na kolanach przylazł do Polski i żebrał pod kościołem, nie wolno go bagatelizować. Trzeba zajść go od tyłu i skonfiskować mu nóż. Bo że ten nóż będzie trzymał w zębach, to rzecz oczywista.

sobota, 15 czerwca 2013

Optymizm praktyczny

Pan Kiszczak był chory i leżał w łóżeczku. I przyszedł pan doktor. – Jak się masz, koteczku? – Źle bardzo – i łapkę wyciągnął do niego. Wziął doktor i zaraz opuścił chorego. A później się z sądem opinią podzielił: – Można go przesłuchać, lecz tylko w pościeli!

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 12 czerwca 2013

Tak właśnie w III RP przebiegają procesy komunistycznych zbrodniarzy. Oskarżeni rzadko pojawiają się w sali rozpraw, za to chętnie poddają się badaniom lekarskim. Ale tylko do południa, bo później muszą wyskoczyć na bazarek po produkty na obiad. – Sam pan rozumie, panie doktorze. Żona prosiła.

Wcale nie uważam, że dziś komunistyczni zbrodniarze mają siedzieć w więzieniu. Większość z nich powinna już być na wolności po odsiedzeniu 20-letnich wyroków. Fakt, że ich nie dostali, jest jednym z najbardziej oczywistych dowodów ciągłości między PRL a III RP. Wojciech Jaruzelski zauważył kiedyś trzeźwo na marginesie sprawy płk. Ryszarda Kuklińskiego: „Jeżeli przywróci się cześć, honor i uniewinni Kuklińskiego, to znaczy, że to my nie mamy czci, honoru – i że to my jesteśmy winni”. Rehabilitacja bohatera narodowego, który podjął samotną misję wywiadowczą przeciwko Sowietom, dokonała się dopiero w 1997 r., co samo w sobie źle świadczy o kondycji państwa polskiego. Mimo wszystko jednak została doprowadzona do końca, czego nie da się powiedzieć o procesach sowieckich zauszników. Wprawdzie w wierszyku Stanisława Jachowicza odnajdujemy archaiczny związek przyczynowo-skutkowy: „Kotek przebrał miarę; musiał więc nieboraczek srogą ponieść karę”, ale to moralizm dla grzecznych dzieci. W ponowoczesnej prozie życia obowiązuje inna narracja.

Jak żyć w państwie, które nie chce bronić ofiar stanu wojennego, gardząc elementarną zasadą sprawiedliwości? Bronisław Komorowski, który ustanowił swoje urodziny świętem narodowym, ma dla nas jedną radę: optymizm. Musimy – tak powiedział: „musimy” – nauczyć się okazywać radość, a wtedy polskie życie stanie się piękniejsze. Ani Marek Piwowski, ani Stanisław Tym nie są bohaterami mojej bajki, jednak każdy, kto choć raz obejrzał „Rejs”, przyzna, że ostatnie wypowiedzi Komorowskiego przypominają filmowy monolog kaowca o tym, że potrzeba nam zdrowych, wesołych, optymistycznych piosenek z akcentami humorystycznymi.

– Ale skąd się łzy biorą? – pyta poeta, a razem z nim pytają rodziny ofiar komunistycznego terroru, wykluczeni z życia publicznego patrioci, nie mówiąc już o tych Polakach, którzy wskutek nieudolnej polityki państwa cierpią na poziomie ekonomicznym. Tylko czekać, aż prezydent przeniesie nas wszystkich do sekcji gimnastycznej, żebyśmy w kolektywie nabrali więcej optymizmu życiowego.

Za ostentacyjne manifestowanie rozgoryczenia i desperacji z pewnością odpowie mężczyzna, który protestując przeciwko zawieszeniu procesu Kiszczaka, rzucił tortem w panią sędzię. Nie jest bowiem tak, że polskie sądy są zupełnie niesprawne. Są niesprawne głównie wtedy, gdy mają rozstrzygać o winie komunistycznych zbrodniarzy. Reszta narodu – zgodnie z sugestią Komorowskiego – powinna nieustannie zadawać sobie pytanie: „Czy wszystko, co mi wolno, jest wolnością? Czy każdy zakaz lub zobowiązanie jest ograniczeniem wolności? Jak łączyć wolność z odpowiedzialnością i prawem?”.

Kto chce dziś pamiętać o zabitych i rannych górnikach z kopalni „Wujek”? Ich dramat należy do historii. Co innego garsonka pani sędzi, umazana bitą śmietaną przez nieodpowiedzialnego sprawcę. Czy oskarżony pomyślał o tym, jaką traumę szykuje kobiecie? Czy wziął pod uwagę, że może doprowadzić do płaczu funkcjonariusza państwowego? Wyjaśnienie tej zbrodni i bezwzględne ukaranie winnych leży w żywotnym interesie III RP.  Żyjemy w końcu nie tylko w krainie uśmiechu, ale i w państwie prawa.

sobota, 8 czerwca 2013

Reytan szalony

Czytając najnowszą książkę Jarosława Marka Rymkiewicza, biedny chrześcijanin musi zmierzyć się z tradycją polskiego szaleństwa, które bywało odpowiedzią na doświadczenie narodowej klęski.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 5 czerwca 2013

Zapożyczony od Jana Matejki tytuł „Reytan. Upadek Polski” odsyła do wydarzeń z 21 kwietnia 1773 r., gdy poseł ziemi nowogródzkiej rzucił się na próg izby sejmowej i rozdarłszy koszulę na piersi, zaklinał uczestników sesji na rany Chrystusa, by nie zatwierdzali rozbioru Polski. Bohaterem książki jest jednak tyleż człowiek niezłomny, przepełniony obywatelską troską i wiarą w Boga, co wariat wieziony furmanką do rodzinnej Hruszówki, związany i nakryty słomą, zamknięty przez rodzinę w murowance z zakratowanym oknem, całkiem nagi, połykający rozbite szkło lub wypruwający sobie wnętrzności. Miotany tajemnymi siłami samobójca, któremu odmówiono miejsca w poświęconej ziemi.

Stając twarzą w twarz z Reytanem, jesteśmy zmuszeni spojrzeć w przekrwione oczy Konrada z Wielkiej Improwizacji, Jana Lechonia tuż przed jego skokiem z wysokiego piętra nowojorskiego hotelu czy Ryszarda Siwca płonącego na Stadionie Dziesięciolecia. Choć Rymkiewicz nie podejmuje tych wątków, analogie narzucają się same. Czy pod wpływem Hiobowych doświadczeń zaciera się granica między żarliwą wiarą a opętaniem? Czy samobójcza śmierć jest skutkiem wyostrzonej wrażliwości na los ojczyzny, czy egoistyczną ucieczką z krzyża?

Rymkiewicz tradycyjnie próbuje zrobić coś z Nietzschego. Nie byłby sobą, gdyby zrezygnował z łączenia polskiego liberum veto z duchem wiecznego przeczenia i wolą mocy. Na szczęście te ekstrawagancje mieszczą się w jednym rozdziale. W pozostałych poeta świetnie ukazuje anatomię zdrady, która jest z siebie dumna, i – za Adamem Mickiewiczem – obnaża nikczemność „ludzi rozsądnych”. Negatywnymi bohaterami jego książki są tchórzliwy król Stanisław August Poniatowski i cyniczny marszałek Adam Poniński. Od czasu wydania pamfletu Karola Zbyszewskiego „Niemcewicz od przodu i tyłu” (1939 r.) obaj ci zdrajcy ojczyzny nie byli tak mocno chłostani. Jeśli jednak Zbyszewski zadowalał się radosną kpiną, to Rymkiewicz sięga w głąb żywiołów rządzących się ponadludzką logiką. Mądrze pisze o losie konstytuującym wspólnotę wolnych Polaków, języku, pamięci narodowej i czarnej rzece, przepływającej pod fundamentami życia.

Nie mamy pewności, co się dzieje z duszą Reytana (Rymkiewicz nie wierzy w żadne życie wieczne), ale w wymiarze politycznym mit nowogródzkiego posła pełni funkcję ocalającą. Miał rację Lechoń, kiedy dostrzegał odradzanie się Reytanowskiego ducha w kolejnych wskrzesicielach narodu – od powstańców listopadowych po Józefa Piłsudskiego. I gdy przywoływał go w kontekście dramatycznych realiów 1944 r.: „Dziś, kiedy na świat cały grzmią moskiewskie spiże,/ Gdy niejedno poselstwo stopy w Moskwie liże,/ A oklask dla przemocy brzmi na wszystkie strony –/ Ten Rejtan znów podnosi nie łeb podgolony,/ Lecz głowę wychynioną z dantejskiego piekła,/ Z której, zda się, krew cała narodu wyciekła”.