środa, 7 listopada 2018

Promocja „Polonia aeterna”

Mieszkańców Niemcza oraz Bydgoszczy i okolic serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie w niedzielę 18 listopada, godz. 19.00.


środa, 12 września 2018

Mój Lechoń

W serii Państwowego Instytutu Wydawniczego „poeci do kwadratu” ukazał się tom Jana Lechonia „Kasandra się myli”. Książka zawiera wybrane przeze mnie i poprzedzone moim wstępem wiersze, którymi żyła polska emigracja niepodległościowa w czasie II wojny światowej i w latach następnych.


wtorek, 17 lipca 2018

Wakacje na Dolnym Śląsku

Pałac w Wojanowie

Muzeum Karkonoskie w Jeleniej Górze

Zamek Książ

Dworek Chopina w Dusznikach-Zdroju

Muzeum Narodowe we Wrocławiu

sobota, 14 lipca 2018

Szymon Babuchowski: Czuła pamięć poety

Co sprawia, że odległe dzieje w wierszach Wojciecha Wencla ożywają na nowo? Wydaje się, że kluczem do tego – tylko pozornie umarłego – świata jest czułość. 

"Gość Niedzielny" nr 26/2018

Wojciech Wencel tytułami kolejnych tomów wierszy zdaje się celowo dostarczać argumentów swoim zagorzałym przeciwnikom. Po „Epigonii” – który to tytuł dla mniej wnikliwych czytelników brzmiał jak chełpienie się wtórnością – poeta nazwał swój kolejny zbiór „Polonia aeterna”.

Wieczna Polska? Z pozoru trudno o sformułowanie bardziej patetyczne. Zwłaszcza w kontekście łatki „smoleńskiego poety”, którą przykleiły Wenclowi niektóre media po wprowadzeniu jego wierszy na listę lektur. Dla nich taki tytuł to zapewne strzał samobójczy na miarę tego, który zaserwował nam Cionek w meczu z Senegalem. Myślę więc, że bardziej „postępowi” czytelnicy poezji nawet nie wezmą do ręki nowego tomiku wierszy Wojciecha Wencla. A szkoda, bo w środku czekałoby na nich kilka niespodzianek. I nie chodzi tu bynajmniej tylko o to, że w książce nie ma ani słowa o Smoleńsku.

Gdyby nie te rupiecie

Już pierwszy wiersz w tym zbiorze, zatytułowany dowcipnie „Moda polska”, zapowiada, że nadmiaru patosu wcale tutaj nie będzie. Utwór ten, nawiązujący nieco do konwencji ballad Mickiewicza, składa się głównie z dialogu dwóch diabłów, prowadzonego „pod sztucznym daktylowcem w śródmieściu Warszawy”. Młodszy z diabłów, z wielkomiejską, kosmopolityczną wyższością, kpi z wszystkiego, co kojarzy mu się z Polską:

– Jakie to wszystko śmieszne, cóż za egzaltacja! 
Szlachecka zbieranina od Sasa do Lasa. 
Gest Rejtana na Sejmie, najeżone kosy, 
krakowskie rogatywki, śpiewy wniebogłosy. 
Budzący się w Karpatach baśniowi rycerze, 
książę, który „z honorem” utonął w Elsterze. 
I tak przez całe dzieje – rupiecie szkaradne: 
jakiś sztandar ukryty w wiejskiej skrzyni na dnie, 
czarne sukienki kobiet, powstańskie czamary, 
ślepa wiara w to wszystko, co jest nie do wiary. 
Krzyżyki wystrugane z drewna olchowego, 
szary mundur marszałka, włosy Słowackiego.

Nieoczekiwanie jednak młodszy diabeł otrzymuje reprymendę od starszego, bardziej doświadczonego „kolegi po fachu”:

– Wykonujesz dla Piekła wspaniałą robotę, 
mówiąc im, że są w świecie najgłupszym narodem, 
lecz nie potrafię pojąć, żeś sam w to uwierzył.  
Ludziom kłamię codziennie, ale bądźmy szczerzy: 
gdyby nie te rupiecie, gdyby nie ta pamięć, 
dawno byśmy im skradli gwiaździsty dyjament, 
który całkiem rozumnie chowają w popiele. 
Skąd w tobie ta gorączka, strącony aniele?

Trzeba przyznać, że tym wierszem Wencel wytrąca oręż z ręki potencjalnym krytykom. Okazuje się bowiem, że o „wiecznej Polsce” można pisać z humorem, bez zadęcia. Humorystyczne akcenty pojawiały się zresztą już wcześniej w poezji Wencla – tym razem jednak silniej dochodzą do głosu. Oczywiście ostrze ironii nie jest skierowane przeciwko Polsce, tylko przeciwko owej wielkomiejskiej bucie, która każe kpić z pamiątek przeszłości. Tymczasem właśnie one pozwalają ocalić duszę narodu.

Historia w malinach

Wydaje się, że Wojciech Wencel wręcz ostentacyjnie lubuje się w pamiątkach. Wystarczy spojrzeć, w jakiej scenerii rozgrywają się poszczególne wiersze z jego nowego tomu: skansen, muzeum, wymarłe miasteczko, spalona wieś, z której pozostała tylko studnia. Autor z uporem wraca do obrazów Grottgera, scen z powstania styczniowego albo do krwawych wizji wydarzeń wołyńskich. Chwilami mamy wrażenie, że poeta bardziej żyje w tych dawnych czasach niż w teraźniejszości. Ale może właśnie na tym polega „wieczność” opisywanej przez niego Polski – że da się ją odczytać z ocalałych fragmentów krajobrazu, z obrazów starych mistrzów czy nawet z zapisu archiwalnej audycji, w której „Wierzyński przemawia/ nad grobem Lechonia”. Poeta, który widzi więcej, brakujące elementy układanki dopowiada, czasem tworząc z nich wizję zupełnie niezwykłą, tak jak w balladzie wołyńskiej „Cuda wianki”:

Z dziewczętami co się stało co się stało 
coś je nocą rozebrało porąbało 
coś co kryło się przez wieki pod kamieniem 
teraz wyszło i tańczyło nad strumieniem 
a z chłopcami co to było co to było 
coś ich nocą rozbroiło powiesiło 
coś tryzubem z ciała trzewia im wydarło 
roześmiało się parsknęło i umarło

Nadanie rzezi wołyńskiej wymiaru baśniowego, wpisanie jej w poetykę rodem trochę z Leśmiana, a trochę z Rymkiewicza – z jednej strony pozwala czytelnikowi jakoś przyswoić obraz, który podany wprost byłby nie do zniesienia. Z drugiej jednak strony ów kontrast między światem baśni a okrucieństwem świata realnego jeszcze bardziej to okrucieństwo uwypukla. Zwłaszcza kiedy uświadomimy sobie, że to niedookreślone „coś”, dokonujące rzezi, ma twarze konkretnych ludzi, w tym przypadku – Ukraińców. W innym przejmującym wierszu, zatytułowanym „Alina”, gdzie historię Wołynia ubrano w kostium z „Balladyny” Słowackiego, poeta przestrzega, że:

(…) dopóki od zbrodni odłączona jest wina 
 cała nasza historia w malinach 

I płaczemy oboje

Co sprawia, że tak odległe dzieje w wierszach Wojciecha Wencla ożywają na nowo? Wydaje się, że kluczem do tego – tylko pozornie umarłego – świata jest czułość. To ona prowadzi poetę do „ziemi obiecanej/ w krzemienieckim dubieńskim i łuckim powiecie”, gdzie:

wszystko (…) jest jak dawniej: w dzikim winie tonie 
dwór z kolumnowym gankiem i gontem na dachu 
pan w fotelu z wikliny siedzi na gazonie 
i przegląda gazetę z przedwczorajszą datą

Tak naprawdę – mówi autor – to od nas zależy, czy z „rupieci” i ruin ów obraz poskładamy w całość i tak jak on ujrzymy ojczyznę naszych przodków:

bo przecież są czekają możesz ich zobaczyć 
wystarczy się przeprawić przez dość płytką rzekę 
idź nad Styr odnajdź łódkę z okuciem żelaznym 
i w dłoń starego Żyda wsuń srebrną monetę

W podróżach do kolejnych „ziem obiecanych”, w tym także do tej rozumianej najbardziej dosłownie – Ziemi Świętej – towarzyszy autorowi żona. To właśnie ona jest adresatką wielu wierszy, kimś, kto najpełniej współodczuwa z poetą. „i płaczemy oboje” – ta krótka puenta wspomnianego wiersza o Wierzyńskim przemawiającym nad grobem Lechonia, przewrotnie zatytułowanego „Ciche dni”, mówi o tym współodczuwaniu właściwie wszystko.

Kosmos się kurczy

„Polonia aeterna” to zatem także jeden z piękniejszych hołdów we współczesnej polskiej poezji oddanych miłości małżeńskiej. Poruszający tym bardziej, że złożony został bez jakiejkolwiek ostentacji. Symbioza dwojga bohaterów okazuje się czymś najbardziej naturalnym na świecie i w związku z tym musi przeniknąć do wierszy. „jesteś wierszem pisanym przez Boga w moim sercu” – napisze Wencel w jednym z utworów.

Im bliżej końca tomu, tym bardziej ojczyzna staje się światem prywatnym, małą ojczyzną, domem. Żywioł epicki stopniowo ustępuje miejsca liryce, przeszłość splata się ze współczesnością i – przynajmniej dla mnie – są to najlepsze karty tej książki. Jej zwieńczeniem okazuje się przepiękny wiersz „Kolej w Matarni”, w którym poeta zagląda także w przyszłość. Pretekstem do takiego spojrzenia staje się przebudowa rodzinnej Matarni – dawnej kaszubskiej wioski, a obecnie peryferyjnej dzielnicy Gdańska, którą Wencel już wcześniej wielokrotnie opisywał. Budowa nowej linii Pomorskiej Kolei Metropolitalnej bardzo jednak zmieniła to miejsce, stąd w tekście wizja „kurczącego się kosmosu”:

i odjadą dzieci hen daleko w świat 
ze stacji błyszczącej w wyrwie po Zichurii 
by odetchnąć pyłem neonowych miast 
tylko nam się kosmos ciągle będzie kurczył

jeszcze pożyjemy na wyspie bocianiej 
pomiędzy kościołem a dworem Roemerów 
aż nam pokiwają głowami chryzantem 
dzieci które wrócą ze świata koleją

„Czas przeszły i obecny czas/ Oba obecne są chyba w przyszłości,/ A przyszłość jest zawarta w czasie przeszłym” – pisał Thomas Stearns Eliot. W zakończeniu tomu Wencel patrzy na swoją teraźniejszość już trochę jak na przeszłość – część tej samej historii, którą wcześniej opisywał. Ale jeśli tak, to jest też nadzieja, że kiedyś ktoś z podobną czułością pochyli się nad naszym losem. Nasze dzieci, poeci, Bóg.

Szymon Babuchowski

piątek, 13 lipca 2018

„Polonia aeterna” już w księgarniach

Książka miała swoją premierę 11 lipca, w Narodowym Dniu Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP.

Tom jest już dostępny w większości księgarń internetowych. Zachęcam do zakupu i życzę inspirującej lektury.


piątek, 15 czerwca 2018

Okładka nowego tomu wierszy

Książka ukaże się na przełomie czerwca i lipca.


poniedziałek, 26 marca 2018

Ani kroku wstecz

Polska to nie koncern, który może sobie pozwolić na rezygnację z kontrowersyjnej reklamy. 

Felieton ukazał się w tygodniku "Sieci" nr 12/2018

Pamiętają państwo incydent sprzed kilkunastu lat, gdy uczniowie jednej z toruńskich szkół włożyli nauczycielowi na głowę kosz na śmieci? Obawiam się, że z podobną sytuacją mamy dziś do czynienia w polityce międzynarodowej. Pan od historii, dobroduszny dziadek w niemodnej marynarce, to Polska. Klasowi zwyrodnialcy to Izrael, USA i kilka państw europejskich, które gardzą wiedzą historyczną. Przez wiele semestrów nauczyciel próbował zaszczepić w uczniach miłość do historii, ale – przyznajmy – robił to niezbyt zajmująco. Zamiast posiłkować się multimediami, mruczał coś pod wąsem, przekonany, że gówniarze znają podstawowe fakty i daty. Nikt go nie słuchał. Każdy tuman podczas lekcji siedział z nosem w ajfonie. A kiedy dziadek zapowiedział sprawdzian, cała klasa się zbuntowała i zaczęła znęcać się nad Bogu ducha winnym pedagogiem.

Pytanie: jak powinien zareagować dziadek? A. Zrezygnować z przeprowadzenia sprawdzianu i zabrać swoich prześladowców do McDonald’s („No i fajnie!”). B. Pertraktować z matołami w sprawie przesunięcia terminu. C. Zacząć wywoływać uczniów do tablicy, nękać ich kolejnymi sprawdzianami i konsekwentnie wlepiać pały. Zwolennicy bezstresowego wychowania z pewnością odpowiedzą, że nauczyciel musi przejść na wcześniejszą emeryturę, bo „nie radzi sobie” z młodzieżą. Ja uważam, że ma obowiązek podjąć walkę o godność, nie tylko własną. Jest przecież oczywiste, że jeśli da się zastraszyć chuliganom, runie autorytet szkoły. Każdy głupi będzie mógł się popisywać błędami kardynalnymi, np. o „polskich obozach koncentracyjnych”, mając świadomość, że ujdzie mu to na sucho.

Im bardziej rozbrykana jest młodzież (USA ur. 1776, Izrael ur. 1948), tym więcej publicystów radzi staremu belfrowi (ur. 966), żeby odpuścił. O tym, że Polska powinna wycofać się z nowelizacji ustawy o IPN, mówią już nie tylko wrogowie rządu, ale i porządni ludzie. „Dzisiaj potrzebujemy przede wszystkim spokoju” – twierdzi prof. Andrzej Nowak. „Wyborcy PiS są dużo bardziej racjonalni, niż im się to wmawia. Doceniają, że rząd podjął próbę zablokowania ogromnych kłamstw. I są w stanie przyjąć do wiadomości to, że wskutek splotu wielu czynników trzeba się z tego wycofać. Ze względu na nabuzowanie niechęcią wobec Polaków w Izraelu. Ze względu na nierozumienie pojęcia penalizacji za słowo przez Amerykanów” – precyzuje Michał Karnowski.

A ja, jak przystało na poetę, teatralnie chwytam się za głowę i pytam głośno: czego się boicie, panowie? Czy naprawdę wierzycie, że strategiczne relacje między państwami buduje się na afektach: wzajemnych sympatiach, zgodnej interpretacji przeszłości, dążeniu do jedności w sferze symbolicznej? Czy wydaje wam się, że wojska amerykańskie stacjonują w Polsce dlatego, że jesteśmy „najbardziej proamerykańskim narodem na świecie”? Moim zdaniem, nasze przyjazne gesty wobec USA nie mają tu żadnego znaczenia. Jedynym powodem, dla którego mocarstwo zza oceanu zainteresowało się bezpieczeństwem Europy Środkowej, jest jego własny interes. Jeśli ten interes okaże się priorytetem Białego Domu, amerykańscy chłopcy nadal będą wspierać naszych żołnierzy w zabezpieczaniu wschodniej flanki NATO. A jeśli z powodu nowelizacji ustawy o IPN zostaną odwołani, będzie to znaczyło, że amerykańska polityka w Europie Środkowej od początku była fikcją. I cóż nam po takim sojuszniku?

Polska to jest wielka rzecz. To nie koncern, który w obawie przed utratą klientów może sobie pozwolić na rezygnację z kontrowersyjnej reklamy. Właśnie ogłosiliśmy światu, że jesteśmy dumni z naszej świętej historii, a ci, którzy zechcą pisać ją na nowo, muszą liczyć się z przykrymi konsekwencjami. Nowa ustawa o IPN ma fundamentalne znaczenie dla naszej tożsamości, a bitwa z jej krytykami to początek obliczonej na pokolenia wojny o prawdę historyczną. Dlatego zwracam się do polskiego rządu: ani kroku wstecz. Jeśli teraz wywiesimy białą flagę, żadne filmy czy wysiłki naukowców nie zrównoważą poniesionych strat. Świat uzna, że wprowadzając ustawę, z której szybko się wycofaliśmy, chcieliśmy go oszukać. I będzie pozamiatane.

A poza tym uważam, że Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina musi zostać zburzony.

niedziela, 4 marca 2018

Moda polska

Korneli Szlegel, Pułaski w Barze (fragment)




Państwu Justynie i Andrzejowi Nowakom

Pod sztucznym daktylowcem w śródmieściu Warszawy
rozsiadły się dwa diabły na skrawku murawy
starszy miał w małym palcu wszystkie grzechy świata
młodszy uczył się fachu głównie na Polakach
wzbudzając w nich stopniowo wstręt do samych siebie
oba były uznane za non gratae w Niebie
lecz pod fałszywą palmą czuły się swobodnie
trwało lato spaliny wisiały nad rondem
w słońcu topił się asfalt pies spał obok słupa
przechodnie narzekali na „piekielny upał”
po rozżarzonych szynach sunął tramwaj z Pragi
ale na diabły nikt tu nie zwracał uwagi

siedziały zamyślone jak siedzą chimery
na balustradzie starej paryskiej katedry
co wzmagało francuskie wpływy w tych rejonach
i tak spore ze względu na pomnik de Gaulle’a
pracy miały niewiele – wciąż ich ktoś wyręczał
na placu Zbawiciela stała sztuczna tęcza
a media podawały od lat jak na tacy:
nie ma w świecie idiotów większych niż Polacy
nagle sięgnął do torby dwustuletni diabeł
i nad kradzionym rogi schyliwszy obrazem
rozpoczął coś jak luźny historyczny wykład
on mówił – starszy słuchał lecz się nie odzywał

– Nie wiem, kogo dziś jeszcze Grottger może wzruszać.
Tylko spójrz na tych mężczyzn w zgrzybiałych kontuszach.
Klęczą w lasku, z którego widać Lanckoronę,
i pod wąsem mamroczą „Pod Twoją obronę”.
Dział nie mają, bo piękniej błyszczą karabele.
Do wojaczki się garną, lecz nigdy w niedzielę.
Każdy nosi na piersi ryngraf z Matką Boską,
a przeciw nim wybornie wyszkolone wojsko
hrabiego Suworowa – to był świetny strateg.
Wiedział, kiedy bić z armat, a kiedy ciąć batem.
Można nawet powiedzieć, że sokolim wzrokiem
i śmiałością decyzji wyprzedzał epokę.

A ci konfederaci od siedmiu boleści
na wojennym rzemiośle znali się jak dzieci:
Świętej Trójcy kazali pilnować okopów
i myśleli, że będą mieli święty spokój.
Mówiono im „zawróćcie” – była na to szansa –
a oni że z królami nie będą w aliansach.
Przewodził im – a jakże – ojczulek z karmelu.
Żadnego realisty w tłumie wizjonerów!
tu przerwał bo na rondzie zderzyły się auta
i ktoś tubalnie kogoś odsyłał „do diabła”
przez chwilę strzygł uszami przechwytując słowa
lecz w końcu machnął łapą i kontynuował:

– Jakie to wszystko śmieszne, cóż za egzaltacja!
Szlachecka zbieranina od Sasa do Lasa.
Gest Rejtana na Sejmie, najeżone kosy,
krakowskie rogatywki, śpiewy wniebogłosy.
Budzący się w Karpatach baśniowi rycerze,
książę, który „z honorem” utonął w Elsterze.
I tak przez całe dzieje – rupiecie szkaradne:
jakiś sztandar ukryty w wiejskiej skrzyni na dnie,
czarne sukienki kobiet, powstańskie czamary,
ślepa wiara w to wszystko, co jest nie do wiary.
Krzyżyki wystrugane z drewna olchowego,
szary mundur marszałka, włosy Słowackiego.

zanim skończył diatrybę jeszcze mięsem cisnął
a potem głos mu zabrał sędziwy Mefisto:
– Wykonujesz dla Piekła wspaniałą robotę,
mówiąc im, że są w świecie najgłupszym narodem,
lecz nie potrafię pojąć, żeś sam w to uwierzył.
Ludziom kłamię codziennie, ale bądźmy szczerzy:
gdyby nie te rupiecie, gdyby nie ta pamięć,
dawno byśmy im skradli gwiaździsty dyjament,
który całkiem rozumnie chowają w popiele.
Skąd w tobie ta gorączka, strącony aniele?
Skąd w tobie tyle żalu i kompleks teutoński?
Zdradź mi swoje nazwisko! 
– Jestem – Wielopolski.

Pierwodruk: "Arcana" nr 138 (6/2017)

czwartek, 1 marca 2018

„Epigonia” w „Antologii Niepodległości”

W środę w Pałacu Prezydenckim została zainaugurowana siódma edycja akcji Narodowe Czytanie. 

Z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości Para Prezydencka zaproponowała do całorocznej lektury 44 teksty współtworzące „przekrojowy obraz kultury i literatury narodowej – od średniowiecza po współczesność”. Miło mi poinformować, że na liście utworów włączonych do „Antologii Niepodległości” znalazł się mój wiersz „Epigonia”.

niedziela, 25 lutego 2018

Pejzaż z wielbłądem

Czy to się podoba izraelskiej dyplomacji, czy nie, także Polska jest ofiarą Holokaustu. 

"Gość Niedzielny" nr 8/2018

Cieszę się, że odbyłem już z żoną pielgrzymkę do Ziemi Świętej, bo nie ma pewności, czy w nowych realiach politycznych taka podróż będzie możliwa. Dziś Żydzi gryzmolą obraźliwe hasła na drzwiach polskiej ambasady, jutro mogą nam zakazać wjazdu do Izraela. Według nich, jesteśmy przecież narodem morderców, który ponosi współodpowiedzialność za Holokaust. Żeby umożliwić Niemcom (pst... mówi się: nazistom) eksterminację Żydów, Polacy z premedytacją ponieśli klęskę w kampanii wrześniowej, specjalnie dali sobie wyrżnąć inteligencję, przemyślnie znaleźli się w granicach III Rzeszy i złośliwie trafili do obozu koncentracyjnego Auschwitz jako jego pierwsi więźniowie. Ponieważ antysemityzm wyssali z mlekiem matki, zapewne chcieli sprawdzić na własnej skórze, czy fabryka śmierci poradzi sobie z Żydami.

Wybaczą państwo reductio ad absurdum, ale cóż nam, Polakom, pozostaje? Trudno udowadniać światu, że nie jest się wielbłądem. Dlatego radziłbym polskiemu rządowi zawiesić merytoryczny dialog z Izraelem, przynajmniej do momentu, gdy żydowskie stanowisko stanie się w miarę realistyczne. Racja stanu wymaga dziś ofensywnej polityki historycznej, ale prowadzonej bez rozmywania faktów. Dialog zawsze prowadzi do kompromisu, a jaką ugodę można uzyskać w sprawie wielbłąda? Dogadać się, że jesteśmy wielbłądem tylko trochę? Że zachowaliśmy jednocześnie twarz i kopyta? Albo postawę wyprostowaną i dwa garby?

Albo jest się wielbłądem, albo się nim nie jest. Podczas II wojny światowej kilka państw europejskich rzeczywiście podjęło współpracę z Hitlerem. W „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” brały udział Francja, Rumunia czy Słowacja. Współodpowiedzialność za Holokaust ponoszą też USA i Wielka Brytania, które nie zareagowały na formułowane przez Polaków raporty z Auschwitz i dramatyczne apele o pomoc. Fakt, że władze Izraela miotają dziś oskarżenia pod adresem narodu, który współcierpiał z Żydami i – jako jedyny na świecie – naprawdę starał się ich uratować, to ponura groteska.

Nigdy, nawet pod wpływem emocji wywołanych fałszywymi oskarżeniami, nie wolno nam zapomnieć, że zagłada Żydów była zbrodnią wyjątkową. Choćby dlatego, że Niemcy uzasadniali ją rasowo, a nie politycznie. Kwestionując człowieczeństwo ofiar, odbierali im prawo do życia. Nic dziwnego, że naród żydowski do dziś ma problem z przepracowaniem wojennej traumy. Zachowując empatię, musimy jednak pamiętać, że w wyniku potrójnego ludobójstwa – ze strony Niemców, Sowietów i Ukraińców – straciło życie 6 mln obywateli Rzeczypospolitej. W Katyniu, Palmirach czy na Wołyniu ludzie ginęli tylko za to, że byli Polakami, ale na naszej liście ofiar II wojny światowej figurują również nazwiska z listy izraelskiej. To 3 mln polskich Żydów i osób pochodzenia żydowskiego, zamordowanych przez Niemców w obozach koncentracyjnych.

Dziś władze Izraela próbują przedstawić naszych Żydów jako syjonistycznych separatystów, których Polacy podstępem przetrzymywali nad Wisłą, czekając na oddziały SS. A przecież byli to ludzie urodzeni i wychowani w Polsce, nasiąknięci miejscowymi krajobrazami, współtworzący narodową kulturę. Dla większości żydowskich rodzin, mieszkających tu od pokoleń, Rzeczpospolita stanowiła jedyną ojczyznę. Wśród ofiar niemieckiej fabryki śmierci znaleźli się natchnieni chasydzi i obrotni sklepikarze, strażnicy tradycji i zwolennicy asymilacji, pobożni rabini i zamożni agnostycy, wyznawcy judaizmu i (tak, tak!) katolicy, żarliwi polscy patrioci, artyści, uczeni i społecznicy noszący żydowskie nazwiska, wreszcie Polacy pozbawieni żydowskich korzeni (w samym Auschwitz 150 tys.). Przeciwstawianie sobie w chorej wyobraźni „czystej krwi Żydów” (w obozach) i „czystej krwi Polaków” (poza nimi), to absurd, bo w obozach koncentracyjnych ginęli ludzie, którzy byli – w różnych proporcjach – jednocześnie Żydami i Polakami. Czy to się podoba izraelskiej dyplomacji, czy nie, także Polska jest ofiarą Holokaustu.

Często rozmyślam nad paradoksem polsko-żydowskiego współistnienia. Przez setki lat Żydzi czuli się nad Wisłą szczęśliwi. Może dlatego, że znaleźli się w kraju, który zawierzył Jezusowi z Nazaretu. Oczywiście, nadal po swojemu wypatrywali Mesjasza, ale ten Żyd, który wszystkich grzeszników odkupił, czynił wokół nich cuda. To On podczas wojny natchnął Polaków do ratowania żydowskich bliźnich. To Jego męka i zmartwychwstanie nadają sens bolesnym doświadczeniom obu narodów. Osobiście wciąż wierzę, że Izrael przestanie kiedyś fantazjować i dostrzeże na krzyżu swojego Króla. Tyle że – kruca bomba – mało casu...

piątek, 23 lutego 2018

Prawda i kłamstwo

Dziś nawet „pragmatycy” twierdzą, że za mało mówimy światu o naszej martyrologii. 

Felieton ukazał się w tygodniku "Sieci" nr 7/2018

„Ginie prawda o Polsce z dymami rozwiewana nad Polską. Na miejsce prawdy idzie kłamstwo. Nadciąga z zewnątrz, ze wschodu i z zachodu, z rotami wojsk, co nawet walcząc ze sobą, nie przestają przecież z Polską walczyć. Skrada się z wewnątrz jak złodziej, by chyłkiem berło Jagiełłowe z rąk wielkości wyrwać – małości polskiej je oddać. Kłamstwem usiłują dzisiaj bohaterów zamienić na tchórzy, przekonać naród polski, że bohaterstwo jest próżnym szaleństwem. Kłamstwem usiłują przeszłość naszą skalać. I kłamstwem mogą przyszłość naszą zabić”.

Tak 13 grudnia 1944 r. w siedzibie Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku mówił płk Ignacy Matuszewski. Jego profetyczna wizja sprawdziła się nie tylko w epoce komunizmu. Przez cały okres III RP odbywało się w polskiej kulturze zebranie poświęcone wzajemnemu pomniejszaniu się i oddawaniu ducha. „Polski antysemityzm”, „polska ksenofobia”, „polski obskurantyzm religijny”, „polska zaściankowość”... Precyzyjne diagnozy samozwańczych autorytetów odbierały nam godność, ale za to uwalniały nas od grzechu „narodowej megalomanii”. Na malowanym przez zagraniczne media portrecie zbiorowym Polaków z okresu okupacji zaroiło się od morderców, szmalcowników, donosicieli i rabusi grobów. Nic dziwnego, że niektórzy publicyści z rozpędu zaczęli pisać o „polskich obozach koncentracyjnych”.

Wielokrotnie przekonywałem, że trzeba podjąć przerwaną misję wojennej emigracji niepodległościowej i nieustannie przypominać światu o Polsce, która ocaliła europejską cywilizację, biorąc na siebie furię niemieckich barbarzyńców. O „kraju bez Quislinga”, który nigdy nie splamił się kolaboracją z III Rzeszą. O państwie, które w wyniku potrójnego ludobójstwa – ze strony Niemców, Sowietów i Ukraińców – straciło 6 mln obywateli, w tym 3 mln Żydów. Wreszcie o heroicznym narodzie, który w Teheranie i Jałcie został zdradzony przez aliantów i oddany w sowiecką niewolę.

Cztery lata temu pisałem: „Nasze rany wstydliwe, nasze klęski skrywane są źle widziane nawet w poezji, cóż dopiero na językach dyplomatów. Gdy Władimir Putin świętuje kolejne rocznice zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i zwycięstwa zjednoczonych sił pokoju nad faszyzmem, tylko pojedynczy zachodni historycy przypominają, że wojna zaczęła się jednak od wspólnej niemiecko-sowieckiej agresji na Polskę. Gdy Amerykanie i Anglicy traktują nas jak ubogich krewnych, nikt nie ma odwagi uświadomić im, że aby odzyskać honor, musieliby przelewać za nas krew w 10 wojnach. [...] Polskie doświadczenia historyczne to [...] olbrzymi kapitał polityczny, który po 1989 r. nie został w najmniejszym stopniu wykorzystany. Że co? Że polityki nie robi się z górnolotnych idei i poczucia krzywdy? Serio? Popatrzcie na Żydów, którzy z Holokaustu uczynili potężną polityczną tarczę. [...] Kto nam wmówił, że nasza tragiczna historia nie jest szczególna? I że nieustanne nawiązywanie do niej kłóci się z pragmatyzmem? [...] Dopóki nie postawimy polskich dziejów w centrum światowej polityki, traumatyczne sytuacje z przeszłości będą się powtarzać”.

Kiedy rozdrapywałem narodowe rany, z reguły odpowiadano mi, że „powinniśmy czcić zwycięstwa, a nie klęski”. Dziś nawet dogmatyczni „pragmatycy” w rodzaju Pawła Lisickiego publicznie twierdzą, że za mało mówimy światu o naszej martyrologii. A więc jednak miałem rację?

Tuż po wybuchu polsko-żydowskiego kryzysu Beniamin Netanjahu odwiedził Moskwę. „Jesteśmy wdzięczni przywódcom i narodowi Izraela za ich szacunek dla historii. Jest to szczególnie ważne po zbezczeszczeniu pomników żołnierzy sowieckich, którzy oddali życie, aby wyzwolić więźniów z nazistowskich obozów koncentracyjnych i ocalić Europę oraz cały świat przed nazizmem” – powiedział Władimir Putin. „Nigdy nie zapomnimy decydującej roli, jaką sowiecka armia odegrała w tym zwycięstwie” – odparł Netanjahu. Reporterskie zdjęcia dowodzą, że spotkanie przebiegło w wyjątkowo przyjaznej atmosferze. Podobnie czułe gesty można zaobserwować na historycznych fotografiach z Jałty.

A poza tym uważam, że Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina musi zostać zburzony.

czwartek, 22 lutego 2018

Polska w cieniu hagady

Izrael będzie konsekwentnie bronił swojego monopolu na traumę, bo posiadanie takiej moralnej bomby atomowej pomaga mu realizować całkiem przyziemne interesy. 

Felieton ukazał się w tygodniku "Sieci" nr 6/2018

Naiwność ludzka nie zna granic. Gdy Izrael rozpoczął propagandową ofensywę przeciwko Polsce, w warszawskich mediach powtarzano, że to tylko dyplomatyczny incydent, faux pas pani ambasador, którą należy wezwać na dywanik i wytłumaczyć jej, jaką gafę popełniła. W państwie żydowskim dwieście armat grzmiało, kule dowożono wprost z Knesetu, lonty podpalał osobiście premier Beniamin Netanjahu, a komentatorzy polityczni nad Wisłą wciąż ubolewali nad niewyparzonym językiem Anny Azari. Dopiero gdy pani ambasador w akcie desperacji wyznała: „Ja mówiłam dlatego, że musiałam”, dla każdego stało się jasne, iż antypolska retoryka jest nowym elementem polityki Izraela, anie ekspresją zbłąkanej niewiasty.

Na tym etapie medialne ubolewanie ustąpiło miejsca zdziwieniu, rozczarowaniu i oburzeniu. No bo jakże to tak? My ratowaliśmy Żydów w czasie wojny, a oni mają nas za pomagierów Hitlera? Przez ostatnie lata zrobiliśmy wszystko, by umocnić sojusz polsko-izraelski, a oni niszczą ten alians w tydzień? Gdzie tu prawda historyczna, przyzwoitość, odpowiedzialność? Z całym szacunkiem dla autorów takich komentarzy, trzeba być naprawdę bardzo naiwnym człowiekiem, by oczekiwać od Izraela racjonalności w dziedzinie polityki historycznej.

Państwo żydowskie już dawno uczyniło z Holokaustu polityczną broń masowego rażenia. Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, realizowane przez Niemców podczas II wojny światowej, stało się ostatecznym argumentem we współczesnej polityce międzynarodowej. Dziś oburzamy się, że Izrael chce ingerować w nasze ustawodawstwo, ale przecież podobne naciski były i są kierowane także w stronę innych państw. Koronnym przykładem są Amerykanie, którzy w istotnych dla Żydów sprawach nawet nie próbują z nimi negocjować. Po prostu ślepo wykonują polecenia.

Trzeba mieć świadomość, że nasi starsi bracia w wierze postrzegają historię w sposób specyficzny. Najważniejsze wydarzenia w swoich dziejach otaczają mitem i przetwarzają literacko. Tak powstaje hagada – konstytuująca wspólnotę opowieść, w której historyczne niuanse nie mają większego znaczenia. Sens tej narracji po Holokauście sprowadza się do diagnozy: jesteśmy narodem ofiar, a winę za naszą traumę ponoszą wszystkie inne narody. Niemcy – czy raczej naziści – uruchomili jedynie machinę Zagłady, którą zbudowały przesiąknięte antysemityzmem społeczeństwa Europy. Aby opowieść była spójna i odpowiednio działała na wyobraźnię, może być w niej mowa o sprawiedliwych jednostkach, ale o sprawiedliwych narodach już nie. Jedne społeczeństwa mordowały, inne kolaborowały, jeszcze inne były bierne, ale wszystkie ponoszą odpowiedzialność za Holokaust.

Podczas wystąpienia na terenie Muzeum Auschwitz-Birkenau premier Mateusz Morawiecki pięknie mówił o zbiorowym wysiłku Polaków na rzecz ratowania Żydów. Jestem jednak pewien, że prędzej wyrośnie mu kaktus na dłoni niż drzewo dla Polski w Yad Vashem. Ato z tego powodu, że takie drzewo zburzyłoby spójność żydowskiej opowieści. Z tego samego względu nie doczekamy się w najbliższych dekadach, a może i stuleciach, żydowskiej empatii dla Polaków mordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych, eksterminowanych w sowieckich łagrach, zabijanych ukraińskimi rękami na Wołyniu. Izrael będzie konsekwentnie bronił swojego monopolu na traumę, bo posiadanie takiej moralnej bomby atomowej pomaga mu realizować całkiem przyziemne interesy. Obawiam się, że przeciętni Izraelczycy jeszcze nie raz inie dwa zadziwią nas na Twitterze ostatecznym argumentem: „Kiedy już mnie aresztujecie za mówienie o polskich obozach śmierci, to czy trafię do bloku w Auschwitz, gdzie zginęła moja babcia?”.

Z podobnymi wypowiedziami nie ma sensu dyskutować. To efekt edukacji prowadzonej w Izraelu od pokoleń. Warto natomiast ukazywać światu wyjątkowość polskich dziejów, przekuwając bogactwo moralne w kapitał polityczny. Trzeba to robić równie konsekwentnie, jak od 70 lat czynią to Żydzi. Z tym że akurat my nie musimy się wspinać na literackie wyżyny hagady. Wystarczy nam prawda historyczna.

A poza tym uważam, że Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina musi zostać zburzony.

wtorek, 30 stycznia 2018

Olbrzym powstaniec

Wzgórze „Polak” wciąż żyje w pamięci pokoleń, jakby biło w nim wielkie, podziemne serce. 

"Gość Niedzielny" nr 4/2018

Spośród niezliczonych miejsc pamięci o bohaterach powstania styczniowego jedno szczególnie mocno działa na wyobraźnię. To roztoczańskie Wzgórze „Polak”, gdzie 3 września 1863 r. rozegrała się bitwa pod Panasówką. W szeregach partii Marcina „Lelewela” Borelowskiego walczyło tam ogółem 800 żołnierzy, stanowiąca rezerwę partia Kajetana „Ćwieka” Cieszkowskiego liczyła 400 powstańców. Czterotysięczne siły carskie miały znacznie większy potencjał militarny. Major Mikołaj Sternberg rozpoczął batalię w imperialnym stylu: od kanonady z czterech dział i ataku piechoty, ale wieczorem mina mu zrzedła. Brawurowe kontrnatarcie kawalerii i kosynierów zmusiło Moskali do odwrotu. Na polu bitwy poległo 35 powstańców, 17 zmarło później z odniesionych ran. Straty Rosjan okazały się dziesięciokrotnie wyższe.

W skład powstańczych oddziałów wchodzili zarówno nasi przodkowie, jak i ochotnicy z Węgier. A jednak na cześć zwycięzców wzgórze otrzymało wyraziste imię „Polak”. Dlaczego? Poruszająco brzmi kronikarski opis dramatu, który rozegrał się o świcie 4 września w karczmie w Zwierzyńcu, gdzie dogorywał węgierski oficer i arystokrata Edvárd Nyáry. Dowódca powstańczej kawalerii został postrzelony w brzuch w ostatniej fazie bitwy, podczas pościgu za dragonami. Choć przez większość życia był kalwinem, „na pół godziny przed śmiercią, przy zupełnej przytomności umysłu, od nikogo nienamawiany, zrobił professyą Rzymsko-Katolicką, utrzymując, że chce umrzeć w tej wierze, którą wyznają jego towarzysze broni i w obronie której życie swoje położył”. Potem modlił się głośno, prosząc Boga i bliźnich (zwłaszcza piękne i cnotliwe Polki) o wybaczenie grzechów. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Niech żyje Polska!”.

Ktokolwiek wspina się na Wzgórze „Polak”, przechodzi obok pomnikowych buków, z których przynajmniej jeden – uschnięty już dziś „Mikołaj” – był świadkiem historycznego triumfu dobra nad złem. Na szczycie zieleni się kępa, z której wydawał rozkazy „Lelewel”, a na pobojowisku rośnie żyto. Zbiorowa mogiła poległych znajduje się przy wjeździe do Zwierzyńca (osobny, słupowy nagrobek szeklerski – tzw. kopijnik – ma tylko major Nyáry), ale Wzgórze „Polak” wciąż żyje w pamięci pokoleń, jakby biło w nim wielkie, podziemne serce. I ja tam z żoną byłem, rześką wodę piłem, a com widział i słyszał, w wierszu umieściłem:


WZGÓRZE POLAK 

Na komendę Matki Boskiej i nobile verbum 
w bój ruszyło ponad tysiąc Polaków i Węgrów 
ale pamięć ich uczciła liczbą pojedynczą 
bo jak jeden mąż związali się z jedną ojczyzną 

oszalały człowiek-wzgórze całkiem jak z Leśmiana 
zarośnięty dziad śródleśny – weteran powstania 
zamiast włosów na czerepie ma bukowe liście 
jego broda jest in facto spłowiałym ścierniskiem 

późnym latem twarz marsową wystawia do słońca 
nie wykopie go z reduty żaden bies czy Moskal 
krew w nim krąży arteriami podziemnych strumieni 
my siedzimy mu na nosie zmierzchem zachwyceni 

i czujemy jego oddech pomieszany z wiatrem 
i patrzymy w bielma głazów na wieczność otwarte 
chętnie by nas – darmozjadów – strząsnął jak komary 
lecz nie może się poruszyć bo jest bardzo stary

piątek, 26 stycznia 2018

Korzec

Ruiny pałacu Czartoryskich w Korcu, rys. Napoleon Orda (ok. 1870)

Było kiedyś miasteczko całe z porcelany 
jakościowo nie gorsze od wyrobów z Miśni 
na spodku w polne kwiaty ręcznie malowanym 
lśnił barokowy pałac książąt Czartoryskich 

domy stały na rynku niczym filiżanki 
z portretu dumnie patrzył naczelnik Kościuszko 
a kto w porcelanowym dworze się pojawił 
w mig stawał się figurą czy raczej figurką 

jak mlecznik połyskiwał klasztor franciszkanów 
błękitnym ornamentem płynął potok Korczyk 
pod szkliwem – w zwyczajowym miejscu dla sygnatur – 
czuwało nad miasteczkiem oko opatrzności 

piękny był w dawnych czasach Korzec na Wołyniu 
chciałoby się mieć w zbiorach to wystawne cudo 
niestety pewnej nocy ktoś szarpnął witryną 
drzwiczki się otworzyły miasteczko się stłukło

Pierwodruk: „Sieci” 2018 nr 2

Sygnatury koreckiej wytwórni porcelany
Spodek z planem manufaktury (koniec XVIII w.)

piątek, 19 stycznia 2018

Nowe wiersze w „Arcanach”

W 138 numerze krakowskiego dwumiesięcznika znalazły się cztery moje utwory: „Moda polska”, „Fortepian Długosza”, „W malwach” i „Wieczór w Przemyślu”. Wszystkie pochodzą z tomu „Polonia aeterna”, który ukaże się w tym roku.


wtorek, 16 stycznia 2018