czwartek, 7 grudnia 2017

Prezent pod choinkę: „Wiersze wybrane”

Do księgarń trafia nowa edycja mojej poezji przygotowana przez krakowskie Wydawnictwo Arcana



Książka zawiera autorski wybór utworów z wszystkich dotychczas opublikowanych tomów – od „Wierszy” (1995) do „Epigonii” (2016) – w układzie chronologicznym. Ważnym dopełnieniem jest posłowie prof. Wojciecha Kudyby „Poeta wyklęty, poeta wyklętych. O drodze literackiej Wojciecha Wencla”. Na okładce fragment obrazu Pietera Bruegla „Zimowy pejzaż z łyżwiarzami i pułapką na ptaki” (1565). Oprawa miękka ze skrzydełkami, ss. 196.

Nota z okładki:

Wojciech Wencel (ur. 1972) od debiutanckiego tomu „Wiersze” (1995) podąża własną drogą. Młodszy od generacji „BruLionu”, manifestacyjnie odrzucił dominujący w ostatniej dekadzie XX wieku model poezji egocentrycznej, opartej na kolokwializmach. Krytyka połączyła jego twórczość z neoklasycyzmem, wskazując na jej silne zakorzenienie w tradycji kultury europejskiej, rys metafizyczny, wyrafinowanie formalne, powagę i muzyczność. W plebiscycie „25 książek na 25-lecie” utrzymana w tej konwencji „Oda na dzień św. Cecylii” (1997) została uznana przez słuchaczy Programu Drugiego Polskiego Radia za najważniejszy tom wierszy napisany w języku polskim po 1989 roku. Swoistą sumą chrześcijańskich doświadczeń bohatera tej poezji pozostaje poemat „Imago mundi” (2005). Począwszy od tomu „De profundis” (2010), w twórczości poety z Matarni dominuje problematyka historiozoficzna, co wiąże się ze zwrotem w stronę tradycji polskiego romantyzmu. W 2017 roku wybór wierszy Wencla został wpisany na listę lektur obowiązkowych dla szkół ponadpodstawowych.

„Wiersze wybrane” są dostępne m.in. w księgarniach internetowych poczytaj.pl oraz bonito.pl

piątek, 24 listopada 2017

sobota, 11 listopada 2017

Kronika

20 października – już po raz drugi w ostatnich latach – gościłem w Lubinie. Spotkanie autorskie pt. „Prywatna historia poezji”, zorganizowane w ramach cyklu Salezjański Kociołek Kultury, poprowadził Zbigniew Rudnicki.

W katalogu Instytutu Książki na 69. Międzynarodowe Targi Książki we Frankfurcie „Books from Poland 2017” znalazła się nota o „Epigonii” autorstwa Justyny Chłap-Nowakowej oraz wiersze „Dawni poeci” i „Ars poetica” w przekładzie na angielski Piotra Florczyka.

26 września w Centrum Edukacyjnym IPN im. Janusza Kurtyki „Przystanek Historia” w Warszawie odbyła się promocja albumu autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Adama Chmieleckiego „Anna Walentynowicz 1929–2010”. Podczas spotkania odczytałem otwierający publikację wiersz „Pani Cogito”.

3 sierpnia w Starym Sączu odbył się mój wieczór autorski „Cóż po poecie w czasie marnym”. Spotkanie zostało zorganizowane w ramach VIII Międzynarodowego Interdyscyplinarnego Seminarium Naukowego „Idee – Człowiek – Filozofia”.

Wiosną i latem z inicjatywy MKiDN przewodniczyłem grupie roboczej ds. ustanowienia roku 2018 Rokiem Zbigniewa Herberta. Posiedzenia odbywały się w gmachu Biblioteki Narodowej w Warszawie. Sejm RP przyjął przygotowaną przez nas uchwałę przez aklamację 27 października.

Klasyka gatunku

O tym, jak wchodzi się do kanonu lektur, i wpływie książek na tożsamość „narodu, który nie czyta”, opowiada Wojciech Wencel.

"Gość Niedzielny" nr 36/2017

Marcin Jakimowicz: Dzień dobry, zastałem klasyka? 

Wojciech Wencel: To zależy, jaki mowicz pyta… Albo inaczej: jaki mowicz, taki wen cel. Skoro weny wzięły mnie na cel, trudno było nie zostać klasykiem. (śmiech)

A jeśli Twój syn stanie okoniem i powie: „Nie będę czytał wierszy ojca!”? 

Starszy syn obronił już licencjat z historii, młodszy jest w klasie maturalnej, więc lekturowa katastrofa im nie grozi. A indywidualnie czytają, co chcą. Starszy wyciąga czasem jakiś poważny cytat z moich książek, ale głównie po to, żeby poddać go obróbce humorystycznej. Często w domu żartujemy, wykorzystując kontrast między codziennością a patosem.

Czułeś się zaskoczony, że trafiłeś do kanonu lektur? 

Szczerze mówiąc, nie. Na początku nowego wieku moje wiersze pojawiały się w podręcznikach dla szkół ponadgimnazjalnych. Pamiętam e-maile od zdesperowanych uczniów z pytaniem, co poeta miał na myśli. (śmiech) Później z podręczników przeniosłem się do „drugiego obiegu”, ale przecież miałem świadomość, co o mojej twórczości sądzą literaturoznawcy spoza środowiska „Gazety Wyborczej”, choćby prof. Krzysztof Dybciak, prof. Maciej Urbanowski czy prof. Wojciech Kudyba. Mogłem się spodziewać, że kiedy w MEN nastąpi wymiana ekspertów, moja poezja zostanie zauważona.

Obecną dyskusję nad kanonem lektur zdominowała histeryczna, emocjonalna nagonka na PiS. Wydawało się, że cokolwiek zaproponuje ministerstwo, i tak spotka się to z kontestacją. Czułeś się jak w jaskini lwa? 

Kanon lektur nie jest własnością elit III RP ani – tym bardziej – dziennikarzy „Newsweeka” czy TVN. To przestrzeń dzieł budujących wspólnotę narodową, odzwierciedlających świadomość historyczną danego okresu, uwzględniających wyznawane przez Polaków wartości, zapewniających ciągłość kultury. Dlatego czuję się w kanonie jak w domu. Z dawnymi poetami „przyjaźnię się” od wielu lat, znamy się jak łyse konie. (śmiech) Oprócz moich wierszy w kanonie są emigracyjne poezje Jana Lechonia, Kazimierza Wierzyńskiego, Stanisława Balińskiego, a także utwory wybitnych poetów współczesnych: Jarosława Marka Rymkiewicza i Jana Pol­kowskiego, którzy podejmowali tematy historiozoficzne, zanim ja do tego dojrzałem. Myślę, że największą zaletą nowej podstawy programowej jest właśnie podkreślenie ciągłości literackiej polszczyzny, w której są zakodowane doświadczenia i sposoby odczuwania wielu pokoleń. Można dzięki temu określić stałe usposobienia Polaków, aktualne nie wczoraj, dziś albo jutro, lecz wieczne, niezmienne, zakorzenione w duszy narodu. Po fizycznej zagładzie polskich elit w XX wieku w znacznym stopniu zapomnieliśmy, kim jesteśmy. Kanon jest między innymi po to, żeby przywrócić nam pamięć.

Agata Ambroziak napisała: „Bez Schulza, Iwaszkiewicza, Bułhakowa, Gombrowicz we fragmentach. Jest za to smoleński poeta Wencel”. Zabolało? Uwiera? 

Obelgi rzucane przez ignorantów nie bolą, najwyżej śmieszą. Mniejsza już o panią Ambroziak, która przedstawia się jako „aktywistka feministyczna i LGBTQ”. Ciekawsze, że przyłączyli się do niej ludzie uchodzący w III RP za autorytety. Ktoś ostentacyjnie przekręcał moje nazwisko. Ktoś nazywał mnie grafomanem. Przez tydzień w internecie straszono mną dzieci i rodziców, powtarzając, że jestem autorem wiersza „My, naród Kaczyńskiego”, choć nigdy takiego wiersza nie napisałem. Widocznie elity III RP przestały mnie czytać, bo kiedy dostawałem Nagrodę Fundacji im. Kościelskich albo publikowałem w „Zeszytach Literackich”, jeszcze wiedziały, kim jestem. Ale ja znam swoją historię i nikomu nie muszę niczego udowadniać. A poza tym „śmiele rzec mogę, mam obrońcę Boga. Nie spadnie na mnie żadna straszna trwoga”.

Nie masz ochoty zwiać z tej szufladki? 

Kto zna moją twórczość, ten wie, że nie zacząłem pisać 10 kwietnia 2010 r., choć tragedia smoleńska wciąż jest najważniejszym doświadczeniem w moim życiu. Trudno o niej zapomnieć, skoro otworzyła przede mną błogosławioną głębię polskich dziejów. Jednak nawet w wydanych po tej dacie tomach „De profundis” i „Epigonia” utwory nawiązujące do Smoleńska zajmują może 10 procent całości. Chciałbym, żeby było ich więcej, ale „Duch wieje, kędy chce”. Nie mogę mu niczego narzucać. Wiersze historiozoficzne, pisane z czułości dla poległych, to jeden z etapów mojej drogi poetyckiej. Zaczynałem od poezji kultury, potem był klasycyzm, tematyka stricte religijna i dojrzewanie do romantyzmu. Nauczyciele, którzy będą kierować się dobrą wolą, a nie politycznym zacietrzewieniem, znajdą w mojej twórczości wiersze inspirowane europejską kulturą, zwłaszcza malarstwem i muzyką, prowincjonalny kosmos mojej ukochanej Matarni, lirykę miłosną, epitafia, wreszcie – w poemacie „Imago mundi” – zapis wędrówki grzesznika, który odnalazł darmową miłość Chrystusa. Ogólnie rzecz biorąc, jest to poezja konkretnych, zmysłowych obrazów, a nie abstrakcyjnych pojęć.

Czytałem ostatnio sporo Wańkowicza, Tyrmanda, Kisiela. Często odwoływali się oni do czasów, gdy czytali szkolne lektury. Byli ukształtowani przez ten literacki kanon, znajdowali w nim punkt odniesienia. Jak jest dziś? Czy literatura „narodu, który nie czyta książek” kształtuje jeszcze jego osobowość, tożsamość? 

Jeśli chodzi o hierarchie zbudowane w III RP, to nie ma o czym mówić, bo tam na szczycie są autorzy kryminałów. A w szkole różnie bywa, o czym wiem z pierwszej ręki, bo moja żona jest nauczycielką. W podstawówce dzieci wciąż potrafią wzruszać się losem Janka Muzykanta, choć świat, w którym żyjemy, próbuje odebrać im tę pierwotną prostotę duszy. Niezależnie od poziomu czytelnictwa musi istnieć kanon zawierający dobre wzorce zachowań, swoisty depozyt wartości. Nawet jeśli młodzież nie doczyta lektur, zapamięta ze streszczeń słowa „ojczyzna”, „honor”, „poświęcenie”… Budowanie tożsamości jest procesem, który nie kończy się w szkole. Są ludzie, którzy po wielu latach stwierdzają: „Może i te lektury były nudne, ale w sumie niegłupie”. 

Nauczyciele mawiają, że liceum przekształciło się w kurs przygotowawczy do matury. Czym grozi zamiana dłuższych literackich wypowiedzi na nieustanne testy? 

Wyjałowieniem wyobraźni i utratą zdolności do nawiązywania głębokich relacji z ludźmi. Czytając książki, dyskutując o nich, młody człowiek identyfikuje się z bohaterami, stawia sobie pytanie: „Jak ja zachowałbym się na ich miejscu?”. Zauważa, że życie pełne jest skomplikowanych uwarunkowań, a bycie egoistą rani innych. Uczy się więc współczucia czy – jak kto woli – empatii. Poza tym, na przykład dzięki poezji czy powieściowym opisom przyrody, zaczyna dostrzegać w świecie przestrzeń pełną tajemnicy, zwraca uwagę na szczegóły, docenia codzienność.

Młodzi nie czytają. Słuchają audiobooków. Grają w LOL-a. „Po co czytać Tolkiena, skoro doskonale wiem, jak wyglądał Gandalf i co powiedział Frodo w ostatniej godzinie świata?” – mówią. Coś tracą?

Tracą sens opowieści, bo przecież we „Władcy pierścieni” fabuła skrywa wielką chrześcijańską tajemnicę „mocy, która w słabości się doskonali”. Życie każdego z nas też jest opowieścią. Trzeba w nim odnaleźć powołanie, czytać znaki, zmieniać własne plany. Jestem przekonany, że kłopoty części młodych Polaków z założeniem rodziny wynikają między innymi z czytelniczej abstynencji. Pozbawieni wzorców, nie mają dość romantyzmu, odwagi i wrażliwości, żeby zrezygnować z dogadzania sobie i wyruszyć w drogę. Daleką, pełną niebezpieczeństw, ale jakże fascynującą.

poniedziałek, 4 września 2017

środa, 7 czerwca 2017

piątek, 26 maja 2017

Raciborskie sentymenty

Wpis do sztambucha z okazji jubileuszu „Almanachu Prowincjonalnego”.

Tercet moich przyjaciół podczas wieczoru jubileuszowego 13 maja 2017 r. Od lewej: Miloš Doležal,
Andrzej Babuchowski, Marek Rapnicki. Wyżej portret Wojciecha Kilara. Fot. Anna Łapka.


Pierwsze skojarzenie z Raciborzem: matecznik słowa. Miejsce podobne do winnicy, w której uprawiane są rzadkie odmiany winorośli, wymagające wyjątkowo cierpliwej i troskliwej pielęgnacji.

Drugie skojarzenie: przestrzeń spotkań ponad granicami. Brama szeroko otwarta, z perspektywy północy – na kulturę czeską, z perspektywy południa – na kulturę polską. Słowiański raj dla poetów i tłumaczy, który cyklicznie znajduje odzwierciedlenie w „Almanachu Prowincjonalnym”.

Trzecie skojarzenie: teatr poezji. Wiersze odczytywane ze sceny Raciborskiego Centrum Kultury, dialogujące ze światłem, muzyką i ciszą. Zdolne do poruszania słuchaczy, bo oprawione w ramy spektaklu.

Czwarte skojarzenie: młodzież. W żadnym innym mieście nie spotkałem tylu wrażliwych młodych ludzi, twórczo zaangażowanych w kulturę. Jestem pewien, że doświadczenie dzielenia się słowem to wciąż ważna cząstka ich życia.

Piąte skojarzenie: hodowca winorośli. Człowiek, który w raciborskim mateczniku słowa odgrywa tę samą rolę, jaką odgrywał Piotr Skrzynecki w krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Tu muszę się przyznać, że aby nie stawiać mojego przyjaciela w niezręcznej sytuacji, trochę namieszałem w rankingu skojarzeń. Może zacznę od początku... Pierwsze skojarzenie z Raciborzem: Marek Rapnicki.

niedziela, 14 maja 2017

Żółte serce, niebieska krew

Historia Arki Gdynia to dzieje kilku pokoleń piłkarzy i kibiców, którzy swoją słabość przekuli w siłę.

"Gość Niedzielny" nr 19/2017

Nie telefonujcie do mnie w najbliższym czasie, bo przeciążyłem mięśnie krtani i mówię szeptem. Żona, która pierwszy raz w dziejach naszego małżeństwa dała się wyciągnąć na mecz, też krzyczała, ale głosu nie straciła. W końcu jest zawodowcem – uczy w szkole. Ja już po golu Rafała Siemaszki nabawiłem się chrypy, a po bramce łysego jak kolano Luki Zarandii przestałem być dyspozytorem własnych strun głosowych. W finale piłkarskiego Pucharu Polski, rozgrywanym na Stadionie Narodowym w Warszawie, Arka Gdynia pokonała po dogrywce Lecha Poznań 2:1 i powtórzyła swój historyczny sukces z 1979 roku.

Kiedy właściwie to się zaczęło? Kiedy moja dziecięca fascynacja przekształciła się w miłość do barw klubowych? Do dziś pamiętam dzień, gdy po raz pierwszy przekroczyłem bramę gdyńskiego stadionu przy ul. Ejsmonda. Jest pogodna, lipcowa niedziela A.D. 1982. Mój starszy brat i ja wysiadamy z kolejki SKM na stacji Wzgórze Nowotki (dziś: Wzgórze św. Maksymiliana) i idziemy, mijając kolejne bloki i domki jednorodzinne, skrzynki z butelkami na mleko i gmach III LO. Najpierw chodnikiem, potem żużlową drogą, by w końcu wyjść na szeroką ulicę prowadzącą do stadionu i zniknąć w tłumie. W pierwszym po spadku z ekstraklasy meczu na własnym boisku Arka nieoczekiwanie ponosi porażkę, ale nie to jest najważniejsze. Liczą się obrazy, które zostaną ze mną na zawsze: żółto- -niebieskie flagi, górka pod lasem wypełniona najwierniejszymi kibicami, morze wyłaniające się zza otwartej trybuny. I to poczucie wolności, kiedy po strzelonym golu zrywamy się i krzyczymy: „Jeeest!”.

Każdy klub ma indywidualny charakter, nadany w momencie jego powstania i kształtowany przez historię. Arka, założona w 1929 r. w modernistycznej, dynamicznie rozwijającej się Gdyni, to „klub marzeń miasta z morza”. Ale równie ważnym źródłem jej mitologii jest lądowa obrona Wybrzeża we wrześniu 1939 r. Przez dziewiętnaście dni oddziały dowodzone przez płk. Stanisława Dąbka zaciekle broniły Gdyni przed niemieckimi wojskami, wyprowadzając brawurowe kontrataki. Obrońcy wiedzieli, że nie mogą liczyć na pomoc z głębi Polski, a jednak wzięli na siebie ciężar walk. Po przerwaniu przez Niemców linii obrony w Redłowie płk Dąbek wycofał swoich żołnierzy na Kępę Oksywską, gdzie rozegrało się decydujące starcie z przeważającymi siłami wroga. Dowódca nie dał się wziąć do niewoli. Wierny przysiędze: „Pokażę wam, jak Polak walczy i umiera”, odebrał sobie życie strzałem z pistoletu. W ostatniej rozmowie z komisarzem rządu II RP, Franciszkiem Sokołem, prosił: „Powiedz, że u gdynian znalazłem odwagę, pogardę wobec nieprzyjaciela i umiłowanie swej słonecznej Gdyni”.

Ktoś powie, że ta lekcja historii w kontekście futbolowym jest nie na miejscu. Ale ukochany klub to nie tylko kopanie piłki. To przede wszystkim mit, tradycja, doświadczenie wierności, honoru i solidarności, jednym zdaniem – szkoła charakteru. Kibicowanie w swoim najgłębszym sensie opiera się na tych samych zasadach co patriotyzm, generuje podobne emocje, jest formą, która w warunkach pokoju zastępuje prawdziwą walkę o wolność. Czy opłakując utracony stadion przy ul. Ejsmonda, nie czujemy się jak ludzie wygnani z Kresów, gdzie biło serce Rzeczypospolitej? Czy wieloletnia tułaczka po II i III lidze nie przypomina zgrzebnej rzeczywistości PRL? Czy powrót do ekstraklasy w 2005 r. w niejasnym kontekście korupcji nie jest jak „transformacja ustrojowa” przeprowadzona w atmosferze „zgniłego kompromisu” między opozycją a komunistami?

Historia Arki Gdynia to dzieje kilku pokoleń piłkarzy i kibiców, którzy swoją słabość przekuli w siłę. Postawieni wobec przeciwności, z jakimi nie miały do czynienia bogatsze kluby, nauczyli się marzyć, „gryźć trawę” i – zwyciężać. Dla kibica Legii zdobycie kolejnego Pucharu Polski to chleb powszedni. Dla nas, „śledzi”, triumf na Stadionie Narodowym jest jak odzyskanie niepodległości.

Piłkarze Arki od wielu lat rozgrywają mecze na obiekcie miejskim przy ul. Olimpijskiej. A co zostało ze stadionu przy ul. Ejsmonda? Niewiele: zarośnięta trawą górka oraz tunel dla graczy i sędziów w miejscu, gdzie wznosiła się trybuna kryta. Betonowe siedziska wyrwano, kiosk z pamiątkami zburzono, zieloną murawę zamieniono na korty tenisowe. A jednak to właśnie tam, na historycznej górce, piłkarze i kibice świętowali w ostatnią sobotę zdobycie trofeum. Hasło fety brzmiało: „Puchar Polski wraca na Świętą Ziemię”.

piątek, 5 maja 2017

Arka Gdynia z Pucharem Polski!

Najpiękniejszy dzień w moim kibicowskim życiu.

Warszawa, Stadion Narodowy, 2 maja 2017 roku.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Moja poezja wróci do podręczników?

Ministerstwo Edukacji Narodowej przedstawiło projekt podstawy programowej dla szkół średnich. Na liście lektur obowiązkowych dla uczniów liceów i techników (zakres podstawowy) są moje wiersze.

Konsultacje społeczne w sprawie projektu potrwają do 26 maja. Nowa podstawa programowa ma obowiązywać od roku szkolnego 2019/2020.

W przeszłości moja poezja była już interpretowana na lekcjach języka polskiego oraz publikowana w książkach dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych, m.in. w podręcznikach „Język polski. Literatura i nauka o języku” (Wydawnictwo Szkolne PWN, 2002) i „Przeszłość to dziś. Literatura, język, kultura” (Wydawnictwo Stentor, 2004).

piątek, 28 kwietnia 2017

Orfeusz w uszance i walonkach

W dwudziestce książek nominowanych do Nagrody Poetyckiej Orfeusz im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego zabrakło miejsca dla „Epigonii”. 

Taką decyzję podjęło jury obradujące wczoraj w warszawskim Domu Literatury: Janusz Drzewucki, Antoni Libera, Jarosław Ławski (przewodniczący), Bronisław Maj. 

Tych spośród moich Czytelników, którzy sugerują, że usunięcie „Epigonii” z kolejki po tytuł „najlepszego tomu roku” jest skandalem, proszę o spokojną ocenę sytuacji. 

Otóż kilka razy otwarcie mówiłem, że przez szacunek dla tradycji niepodległościowej nie przyjąłbym nagrody, której patronuje Gałczyński – autor panegiryków na cześć Stalina, usiłującej odebrać godność żołnierzom niezłomnym „Piosenki o wilkach”, a także słów do komunistycznej pieśni „Ukochany kraj”, pomyślanej jako alternatywa dla hymnu narodowego. W tym kontekście wydaje mi się, że jury postąpiło bardzo roztropnie, eliminując „Epigonię” już na wstępnym etapie swoich prac. 

Przy okazji informuję, że nie interesują mnie również nominacje do nagród Nike i Gdynia oraz do istniejących realnie bądź w sferze pomysłów laurów im. Tuwima, Broniewskiego, Włodka, Szymborskiej, Iwaszkiewicza, Ważyka, Przybosia, Słonimskiego, Różewicza itp.

A poza tym uważam, że Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina musi zostać zburzony.

piątek, 14 kwietnia 2017

Wielkanoc 2017


Tamten kwiecień

W XX wieku Polacy często stawiali hipotezy oparte na teorii spiskowej. O absurdalności tych hipotez świadczyło wszystko. Z wyjątkiem tego, że okazały się prawdziwe. 

"Gość Niedzielny" nr 15/2017

To było jak przebudzenie z letargu. Wtedy, rankiem 10 kwietnia 2010 roku, gdy okazało się, że historia wcale się nie skończyła. Długo nie potrafiłem wyjść z domu. Przeżywałem narodową tragedię, widząc przez okno bociany, które po zimie zdążyły już wrócić do gniazda na wieży kościoła. Pamiętam, że kiedy po dwóch tygodniach znalazłem się w nowoczesnym parku handlowym, miałem wrażenie, że to jakaś warstwa skamielin, odkopana przez archeologów. Współczesna rzeczywistość była gdzie indziej. Pulsowała w mojej duszy, oświetlana odległym blaskiem zniczy z Krakowskiego Przedmieścia. Wsłuchiwałem się w głosy dawnych poetów, pisałem „De profundis”. Na swoim blogu notowałem: „Głęboki niepokój sprawia, że od trzech dni wielu z nas nie może normalnie jeść ani spać. Snujemy się z zastygłym na twarzy grymasem bólu, mechanicznie wykonując codzienne obowiązki. W głowach siedzi nam śmierć, znienawidzona za swoje okrucieństwo, ale też wyrywająca nas z jałowego materializmu. Smoleńska tragedia daje nam szansę na nowy romantyzm, ukazujący dzieje Polski w perspektywie duchowej. Czas wreszcie przestać wstydzić się żarliwego patriotyzmu i katolicyzmu, który przez wieki stanowił o naszej tożsamości i sile. Pora przywrócić naszej kulturze wykpione przez cyników wielkie słowa, takie jak Bóg, prawda, dobro, honor, ojczyzna. Odzyskać pasję, odwagę, zdolność do ponoszenia krwawych ofiar, eschatologiczną wyobraźnię. I zacząć naprawdę kochać Polskę, a nie traktować ją jak miejsce do mieszkania”.

Dziś materializm nie jest już dla mnie problemem, a o przyszłości polskiej kultury myślę bez lęku. Przez siedem ostatnich lat spotkałem zbyt wielu Polaków, którzy wobec Smoleńska zachowali się jak trzeba, żeby wątpić w żywotność naszego narodu. Przechodząc Krakowskim Przedmieściem, czuję się cząstką wielkiej wspólnoty żywych i umarłych, której spoiwem jest pamięć pokoleń, i z czystym sumieniem mogę powtórzyć za Stanisławem Baczyńskim (ojcem Krzysztofa Kamila): „Dusza polska posiada cel wielkości, a przez to wielką już się stała”. Morze płonących zniczy wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim, łopot biało-czerwonych flag, tysiące ludzi śpiewających religijne pieśni, wzajemne uściski, uśmiechy – wszystko to stało się zaczynem duchowego odrodzenia, pogłębienia świadomości historycznej i powrotu do przerwanej misji w Europie.

Ale z tamtego kwietnia pamiętam także inne obrazy. Leśne złomowisko. Kawałek blachy z biało--czerwoną szachownicą. Skierowane w niebo koła samolotu. Między drzewami porozrzucane fragmenty bagażu, foteli i ludzkich szczątków. Popiół wymieszany z błotem. Tych kadrów nie da się unieważnić, odrzucić, wyprzeć ze świadomości. Podobnie jak nie da się zapomnieć słów śp. Walerii Nowodworskiej: „Antysowiecki Kaczyński pomylił się tylko raz – kiedy poleciał sowieckim samolotem na sowieckie terytorium, zaufawszy sowieckiej władzy”.

Gdy w 1947 roku Józef Mackiewicz opublikował w tygodniku „Lwów i Wilno” artykuł „Dymy nad Katyniem”, w którym postawił tezę, że potwornego mordu na polskich oficerach mogli dokonać tylko bolszewicy, redakcja londyńskich „Wiadomości” zamieściła komentarz: „Wiedzieliśmy o tym od dawna, wie o tym cały świat, wiedzieli sędziowie z procesu norymberskiego, wiedzą sztaby i kancelarie dyplomatyczne, wiedzą dziennikarze i publicyści. To, że milczą – jest miarą ich upodlenia”.

Myślę, że milczenie jest miarą upodlenia także w sprawie Smoleńska. Czyżbym po siedmiu latach od tragedii przyznawał się do wiary w spisek? Bez żadnych podstaw, dowodów, w kontrze do ustaleń oficjalnych komisji? Przecież to absurd niegodny inteligenta!

Być może. Warto jednak przypomnieć, że w XX wieku Polacy często stawiali hipotezy oparte na teorii spiskowej. Kiedy 23 sierpnia 1939 roku w Moskwie Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow podpisywali pakt o nieagresji, bezpodstawnie podejrzewaliśmy, że Niemcy i Rosja chcą nam odebrać niepodległość, a wojna wisi w powietrzu. Gdy w sierpniu 1944 roku sowieckie wojska wstrzymały atak na Warszawę, twierdziliśmy gołosłownie, że robią to specjalnie, żeby powstańcy się wykrwawili. Po konferencjach w Teheranie i Jałcie sugerowaliśmy z kolei bez żadnych dowodów, że Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt sprzedali Polskę Józefowi Stalinowi. Wreszcie przez pół wieku szeptaliśmy między sobą, że odkryte w 1943 roku w Katyniu masowe groby polskich oficerów to sprawka Sowietów.

W każdym przypadku były to efekty przywiązania do teorii spiskowej, niegodne racjonalisty projekcje, tradycyjne polskie brednie, skutki naszego przewrażliwienia na własnym punkcie. O absurdalności tych hipotez świadczyło wszystko. Z wyjątkiem tego, że okazały się prawdziwe.

Nocne Polaków rozmowy (2)

W środowy wieczór radiowa Jedynka wyemitowała drugi odcinek audycji Jana Pospieszalskiego z moim udziałem. 

Tym razem mówiłem m.in. o wspólnotowym przeżywaniu smoleńskiej tragedii, chrystologicznym obliczu Warszawy, patriotycznych tradycjach Krakowskiego Przedmieścia i powołaniu poety do śpiewania. Obie części rozmowy można odsłuchać na portalu Polskiego Radia.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Spotkanie autorskie w Sieradzu

W piątek 21 kwietnia będę gościem Wróblewskiego Stowarzyszenia Oświatowego „Nie pytaj” oraz Powiatowej Biblioteki Publicznej. 

Spotkanie zorganizowane w ramach IV. Festiwalu Pamięci i Historii rozpocznie się o godz. 15.00 w budynku Powiatowej Biblioteki Publicznej w Sieradzu, ul. Żwirki i Wigury 4. Serdecznie zapraszam!

czwartek, 6 kwietnia 2017

Słoneczna niedziela w Tarnowie

Pamiątka z miasta Jana Bielatowicza (przeczytajcie „Książeczkę”, koniecznie!) i telewizyjna relacja ze spotkania w Teatrze im. Ludwika Solskiego.







Wyzwania wiary

Szymon Babuchowski, Krzysztof Kuczkowski, Wojciech Wencel oraz przedstawiciel Instytutu Książki Jakub Pacześniak podczas spotkania zorganizowanego w ramach XXIII Targów Wydawców Katolickich. Warszawa, 1 kwietnia 2016 roku.




Fot. Stanisław Wasiutyński

piątek, 31 marca 2017

Reportaż w „Gościu Niedzielnym”

Barbara Gruszka-Zych i Roman Koszowski odwiedzili mnie w domu rodzinnym. Efektem czterostronicowy materiał pt. „W świętej Matarni”, który można znaleźć w aktualnym numerze tygodnika. Do kupienia w kioskach i parafiach.

Rodzina Wenclów w komplecie, fot. Roman Koszowski

Więcej zdjęć na stronach „Gościa Niedzielnego”.

XXIII Targi Wydawców Katolickich

Wyróżnienie dla „Epigonii” i spotkanie z poetami. 

Podczas uroczystej inauguracji XXIII Targów Wydawców Katolickich, która odbyła się wczoraj na Zamku Królewskim w Warszawie, ogłoszono laureatów nagród FENIKS 2017. W kategorii literackiej kapituła przyznała nagrodę książce Michaela D. O’Briena „Ojciec Eliasz. Dzień gniewu” (Wydawnictwo AA) oraz wyróżniła dwa tomy wierszy: „Domowa księga rodzaju” Łukasza Nicpana (Wydawnictwo Veda) i „Epigonia” Wojciecha Wencla (Wydawnictwo Arcana). W uzasadnieniu wyróżnienia dla „Epigonii” napisano: „Za wierność literackim i życiowym pryncypiom, i umiejętność oddania twórczego hołdu polskiej literaturze klasycznej. Przez strofy tego tomu poetyckiego przemawia miłość… do Boga, ojczyzny, polskiego języka i poezji”.

W ramach targów Instytut Książki zaprasza na spotkanie „Wyzwania wiary”, którego gośćmi będą poeci Szymon Babuchowski, Krzysztof Kuczkowski i Wojciech Wencel. „Twórcy, którzy w swojej poezji sięgają do chrześcijańskich korzeni kultury, poprzez wiersze dają świadectwo wiary, przestrzeń utworów wypełniają problematyką metafizyczną. Goście spotkania zaprezentują wiersze i będą rozmawiać o wzajemnym przenikaniu się literatury i religii oraz roli wiary w życiu twórcy”. Spotkanie rozpocznie się w sobotę 1 kwietnia o godz. 14.00 w namiocie przed Arkadami Kubickiego Zamku Królewskiego.

czwartek, 30 marca 2017

Wizyta Olgierda

W niedzielę 26 marca odwiedził Matarnię mój najmłodszy (prawdopodobnie) czytelnik.


Choć Olgierd Bondara ma dopiero 13 lat, jest nie tylko miłośnikiem polskiej poezji, ale i publicystą. Swoje erudycyjne teksty – m.in. o Stanisławie Balińskim i Zbigniewie Herbercie – regularnie ogłasza w takich mediach jak „Panorama Osielska” czy portalkujawski.pl. Sam także pisze wiersze. Poza literaturą interesuje się historią Polski. Jednocześnie z sukcesami trenuje piłkę nożną – jest kapitanem drużyny Zawiszy Bydgoszcz (rocznik 2004), gra na pozycji środkowego obrońcy. Do Matarni przyjechał razem z tatą. Wieczorem w rodzinnym Niemczu koło Bydgoszczy błyskotliwie poprowadził moje spotkanie autorskie. Serdecznie pozdrawiam Olgierda i całą jego rodzinę!

Olgierd Bondara i WW podczas spotkania w Niemczu

wtorek, 28 marca 2017

Salon Poezji w Tarnowie

Teatr im. Ludwika Solskiego, 2 kwietnia (niedziela), godz. 11.00. Serdecznie zapraszam!


czwartek, 16 marca 2017

Nocne Polaków rozmowy

W środę 15 marca byłem gościem Jana Pospieszalskiego. Zapis audycji jest dostępny w serwisie programu 1 Polskiego Radia.


wtorek, 7 marca 2017

Płaszcz chwały

Ministerstwo Obrony Narodowej wydało antologię wierszy o Żołnierzach Wyklętych, w której znalazło się pięć moich utworów.



Tytuł antologii ułożonej i opatrzonej wstępem przez Mariusza Soleckiego kojarzy się ze słynną frazą z „Gron gniewu” Johna Steinbecka, ale bezpośrednio nawiązuje do zakończenia anonimowego tekstu z 1946 roku: „O Boże, chciałbym zapytać Ciebie,/ Jakich Polaków najwięcej w niebie?/ (głos z góry) Płaszczem mej chwały, blaskiem okryci/ Są tutaj wszyscy polscy bandyci”.

Oprócz moich wierszy: „Czarna legenda”, „Wyklejanka”, „We śnie”, „Łupaszko przed sądem” i „Baptysterium”, w antologii znalazły się utwory m.in. Kazimierza Wierzyńskiego, Zbigniewa Herberta, Leszka Elektorowicza, Przemysława Dakowicza, ks. Jerzego Szymika i Aleksandra Rybczyńskiego.



Książka wydana z okazji tegorocznego Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych liczy 90 stron, ma twardą oprawę i jest rozprowadzana przez Wojskowe Centrum Edukacji Obywatelskiej.

poniedziałek, 6 marca 2017

piątek, 3 marca 2017

Fotorelacja z Konina

Dziękuję wszystkim uczestnikom spotkania, a zwłaszcza jego organizatorom: Annie Wysockiej i ks. Pawłowi Śmiglowi. To był piękny wieczór!





Fot. Krzysztof Jan Rybczyński

wtorek, 28 lutego 2017

Echa radiowe

Fragmenty wywiadu dla Programu 1 Polskiego Radia oraz zapis porannej audycji Radia dla Ciebie.



piątek, 24 lutego 2017

Wspólny język

Mowa wygłoszona w Pałacu Prezydenckim




Szanowny Panie Prezydencie! 
Szanowna Pani Prezydentowo! 
Szanowni Członkowie Kapituły! 
Szanowni Państwo! 

Odbierając zaszczytną nagrodę „Zasłużony dla Polszczyzny”, myślę przede wszystkim o ciągłości polskiej poezji. Jeśli język potoczny łatwo ulega obcym wpływom, to poezja, w której są zapisane doświadczenia wielu pokoleń, pozostaje depozytem polskości.

Niestety, choć skończył się w Polsce komunizm, w wielu wymiarach kultury wciąż „pospolitość skrzeczy”. Jakby nadal obowiązywała zasada sformułowana przez Czesława Miłosza: „Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów, ale czyste i dostojne słowa były zakazane”.

Myślę, że najwyższa pora to zmienić. Instytucje państwowe, w tym media narodowe, powinny zrobić wszystko, aby do polskiej kultury wrócili z emigracji wielcy kronikarze wspólnotowego losu: Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński i Stanisław Baliński. Moi mistrzowie.

„Nie ma idiomu poetyckiego czasu minionego i czasu teraźniejszego, bo jest jedno wielkie morze języka poetyckiego poza czasem” – napisał kiedyś Jarosław Marek Rymkiewicz.

Współczesny poeta, który ma tego świadomość, musi nawiązać żywy dialog ze swoimi poprzednikami, znaleźć z nimi wspólny język, dostrzec w polskich dziejach „sens ponad klęską”, być dumnym ze zwycięstw i – co równie istotne – rozbudzić w sobie czułość dla poległych. Stać na straży wartości, które kształtują naszą wspólnotę w perspektywie stuleci.

O tym mówi mój wiersz z tomu „Epigonia”, który na koniec ośmielę się przytoczyć:

Moja muza jest matką czułości 
żyje sama nad morzem poezji 
w ciągu dnia zbiera muszle na brzegu 
i naprawia porwane sieci 

a muszle szumią polszczyzną 
a w sieciach miotają się słowa 
słowik śpiewa pieśń czarnoleską 
Laura szepcze do swego Filona 

moja muza jest siostrą nicości 
mieszka w wieży z kości poległych 
wieczorami zapala latarnię 
odprowadza wzrokiem okręty 

to są widma rozbitych statków 
które tkwią zatopione w języku 
a każdy ma rzeźbę na dziobie: 
Leopolis Sarmatia Virtus

czwartek, 23 lutego 2017

Nagroda Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej



We wtorek 21 lutego w Pałacu Prezydenckim odebrałem z rąk Pana Prezydenta Andrzeja Dudy Nagrodę „Zasłużony dla Polszczyzny”.

Laur przyznawany jest za szczególne zasługi w podnoszeniu świadomości językowej Polaków oraz w krzewieniu kultury języka polskiego. W uzasadnieniu tegorocznego werdyktu napisano: „Kunsztowna, wyrafinowana, mistrzowska poezja Wojciecha Wencla od ponad dwudziestu już lat prześwietla i oświetla nasze życie duchowe i narodowe, przypomina o tragicznej polskiej historii, przestrzega przed kłamstwem i znieprawieniem, prowadzi nieustający dialog z naszymi umarłymi i naszą tradycją. Uwiecznia naszą współczesność. Niesie nadzieję. Wojciech Wencel jest wielkim i godnym kontynuatorem naszej narodowej liryki”.

Wydarzenie było częścią gali zorganizowanej z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego. Panu Prezydentowi towarzyszyła Pierwsza Dama, Pani Agata Kornhauser-Duda.




W Sali Kolumnowej Pałacu Prezydenckiego byli również obecni Pani Minister Edukacji Narodowej Anna Zalewska, przedstawiciele Kancelarii Prezydenta, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Rady Języka Polskiego, reprezentanci środowisk naukowych, literackich i dziennikarskich, a także licealiści ze szkół w Gdyni, Puławach i Rzeszowie oraz młodzież związana z Instytutem Głuchoniemych w Warszawie i Zakładem dla Ociemniałych w Laskach. Konferansjerem był redaktor Krzysztof Ziemiec.



Wręczając Nagrodę „Zasłużony dla Polszczyzny” – medal zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego – Pan Prezydent Andrzej Duda wygłosił okolicznościową laudację. Przewidziane dla laureata krótkie wystąpienie zakończyłem odczytaniem tytułowego wiersza z tomu „Epigonia”.



Następnie Para Prezydencka ogłosiła wynik plebiscytu na lekturę Narodowego Czytania 2017. Spośród czterech zaproponowanych tytułów Polacy wybrali „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. Kolejnym punktem programu była Lekcja RP poświęcona polszczyźnie. W debacie moderowanej przez Krzysztofa Ziemca mówiłem m.in. o języku poetyckim jako nośniku wartości. Gala zakończyła się muzycznym występem Tadeusza „Tadka” Polkowskiego.

Uhonorowanie mnie prezydencką Nagrodą „Zasłużony dla Polszczyzny” zostało negatywnie ocenione przez większość członków Kapituły, która co roku przedstawia Prezydentowi kandydatury. Votum separatum zgłosili profesorowie Jerzy Bralczyk, Katarzyna Kłosińska i Andrzej Markowski. Ich stanowisko, opublikowane na stronie internetowej Rady Języka Polskiego, poparli laureaci Nagrody z lat ubiegłych: profesorowie Jerzy Bartmiński, Jan Miodek, Walery Pisarek oraz Jadwiga Puzynina.

W imieniu własnym oraz w imieniu mojej Żony gorąco dziękuję Parze Prezydenckiej za serdeczne przyjęcie w Pałacu oraz wszystkim Osobom, które przekazały nam w ostatnich dniach gratulacje i dowody wsparcia.

A poza tym uważam, że Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina musi zostać zburzony.













(c) Krzysztof Sitkowski / KPRP