niedziela, 30 grudnia 2012

wtorek, 25 grudnia 2012

Krzysztof Wyszkowski laureatem Nagrody im. Lecha Kaczyńskiego

Uroczystość wręczenia nagrody odbyła się 23 grudnia w gdańskim Ratuszu Głównego Miasta.



Fot. Adrianna Garnik

Fotoreportaż na stronach portalu niezalezna.pl

niedziela, 23 grudnia 2012

Rok Tuwima

Czy czciciele poety będą recytować jego pamflet na byłych kolegów z emigracji: „I rzygają do Tamizy,/ I rzygają do Sekwany,/ I rzygają do Hudsonu”?

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 19 grudnia 2012

Rok pamięci o powstaniu styczniowym rokiem Juliana Tuwima! A także Witolda Lutosławskiego i Jana Czochralskiego, którzy załapali się w pakiecie. Zamiast wspólnie uczcić powstańców, którzy 150 lat temu stanęli do heroicznej walki o polską niepodległość, parlament III RP postanowił urządzić biurokratyczny hyde park. Patronów na najbliższe dwanaście miesięcy osobno wskazał Sejm, osobno Senat. Do kompletu brakuje jedynie werdyktu Straży Marszałkowskiej.

Rocznica zrywu z 1863 r. jest tak okrągła, że nie da się jej przemilczeć. Są jednak sposoby i sposobiki, by pomniejszyć rangę jubileuszu. Szczególnie biegła w tym pomniejszaniu okazała się przewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, posłanka PO Iwona Śledzińska-Katarasińska. Jej słowa, zamykające dyskusję podczas jednego z posiedzeń, brzmią jak marksistowski wyrok historii: „Powstanie styczniowe dla naszej komisji skończyło się – nie 150 lat temu, tylko w ogóle”.

Skąd ta niechęć do powstańczej tradycji? Po pierwsze, nasi romantyczni przodkowie w czamarach i konfederatkach nijak nie pasują do prowadzonej przez PO „narracji modernizacyjnej”. To klasyczni wolni Polacy, uzbrojeni w sztandary z Matką Bożą i kosy na kiju, wyżej stawiający wolność ojczyzny niż perspektywę ułożenia sobie życia w Priwislinskim Kraju. Po drugie, ich stosunek do Moskwy mógłby nieco skomplikować obowiązującą dziś ideę polsko-rosyjskiego pojednania. Perswazja zastosowana przez Władysława Ludwika Anczyca w „Pieśni strzelców” różni się przecież znacznie od dyplomatycznych umizgów Radka Sikorskiego: „Do Azyi precz potomku Dżyngis-chana./ Tam żywioł twój, tam ziemia carskich gal./ Nie dla cię, nie, krwią polską ziemia zlana,/ Hej baczność! cel i w serce lub w łeb pal!”. Po trzecie wreszcie, manifestacje warszawskie, które poprzedziły wybuch powstania styczniowego, niepokojąco kojarzą się z tymi dzisiejszymi, posmoleńskimi. Oto świadectwo z epoki autorstwa Juliana Wieniawskiego, pseudonim „Jordan”: „Tłum potężniał coraz więcej, wrzawa rosła, a wśród niej odzywały się tu i owdzie pieśni pobożne i patriotyczne, nadające dziwny jakiś nastrój religijno-mistyczny całemu ruchowi”.

Osobiście w roku 2013 będę czcił pamięć powstańców styczniowych. Już ostrzę sobie kosę, przepraszam: pióro, żeby z ich pięknej tradycji wydobyć to, co aktualne dla nas. Niemniej żal mi trochę tych Polaków, którzy – zgodnie ze wskazaniem Sejmu – zapragną złożyć hołd poecie Tuwimowi. Jak dotąd, nie dowiedzieli się oni bowiem od Komisji Kultury i Środków Przekazu, co dokładnie mają czcić. Czy chodzi o komunistyczne wiece w Nowym Jorku, podczas których autor „Kwiatów polskich” pod okiem sowieckich agentów po raz pierwszy wyznawał swoją miłość do komunizmu? A może o jego powrót do kraju i wystąpienie na kongresie zjednoczeniowym PPR i PPS w 1948 r., gdy – jak lalka na baterie – co chwila wyrzucał w górę zaciśniętą pięść? Czy czciciele Tuwima mają obowiązek recytować jego wiersze napisane w słonecznej willi w Aninie? Choćby pamflet na niedawnych kolegów z emigracji: „I rzygają do Tamizy,/ I rzygają do Sekwany,/ I rzygają do Hudsonu”? Albo epitafium dla Jerzego Borejszy, na którego pogrzebie sztandar partii okazał się „piękniejszy niż wszystkie czerwone róże”? Czy też subtelny liryk miłosny, skierowany do kochanki o potężnych gabarytach, bo do Narodu Radzieckiego: „Wieki dadzą ci rangę bajeczną:/ Epos – jakąś wszechludzką Bylinę,/ Z Rewolucją, krasawicą wieczną,/ Z wiecznie żywym herosem Stalinem”?

Że co? Że to tylko etap w biografii poety? Owszem. Tuwim jest również autorem wielu świetnych wierszy, zwłaszcza dla dzieci. Sęk w tym, że jego zaangażowanie w komunizm posłużyło ówczesnej propagandzie do pomniejszenia heroicznej postawy i dorobku dwóch innych skamandrytów: Kazimierza Wierzyńskiego i Jana Lechonia, którzy pozostali na emigracji. Dziś ten sam Tuwim używany jest do zneutralizowania rocznicy powstania styczniowego. W związku z tym zwracam się z apelem do planistów państwowych jubileuszy: dalibyście spokój nieboszczykowi. Wystarczająco zeszmacił się za życia.

czwartek, 20 grudnia 2012

Droga do Betlejem

Żeby odnaleźć życie, trzeba doświadczyć śmierci.


Pieter Bruegel,
Pokłon Mędrców (detal)
W mojej rodzinie na Pasterkę chodziło się piechotą – siedem kilometrów przez las. Po wieczerzy wszyscy śpiewali kolędy, a potem ubierali się w nadgryzione przez mole kożuchy i, żegnani szczekaniem psów, znikali w ciemności. Mężczyźni kilkakrotnie zatrzymywali się po drodze, wyciągali z kieszeni rogowe tutki i zażywali tabaki. Teraz już nie żyją albo są bardzo starzy. W lesie wylano asfalt, a w pobliskim jeziorze odbijają się światła dyskoteki. Tylko kościół parafialny w Szymbarku stoi, tak jak stał.

Wchodzili tuż przed północą i w milczeniu ustawiali się pod chórem. Wnętrze wypełnione było po brzegi ciałami omotanymi bawełną i poliesterem. Gołe żarówki pod sufitem rzucały żółtawe światło, w którym można było zobaczyć ludzkie oddechy. Dosłownie – zobaczyć, bo z nosów i ust obficie wydobywała się para. Mój dziadek Jan, którego nigdy nie widziałem, bo umarł, zanim się urodziłem, myślał o pozostawionej w domu butelce jałowcówki. „Przez kopne śniegi do Betlejem/ toczą się wozy – staje kolej/ i mroźny wiatr nad ludźmi wieje...”.

Rumuński historyk religii Mircea Eliade twierdzi, że „dla ludzi »pierwotnych«, jak również dla wszystkich społeczności przednowożytnych, świętość oznacza tyle, co siła, a ostatecznie także po prostu rzeczywistość”. Źródłem świętości na ziemi jest dla chrześcijan wcielenie się Boga w Jezusa Chrystusa. W Betlejem razem z Dzieciątkiem rodzi się więc rzeczywistość – co roku w noc wigilijną – celebrowana podczas milionów nabożeństw na całym świecie.

Mój dziadek Jan...
Moi zmarli bliscy wiedzieli, co robią, przemierzając drogę ukrytą w ciemnym lesie. Szli po siłę, poczucie sensu i – jak tracący pamięć mieszkańcy Macondo z powieści Gabriela Garcii Márqueza – po własne imiona. Dzięki adwentowym i bożonarodzeniowym rytuałom człowiek religijny potrafi – jak pisze Eliade – „przechodzić” ze zwykłego trwania w czasie do czasu świętego. Okres Bożego Narodzenia polega więc na zerwaniu temporalnej ciągłości, jest początkiem powtarzającego się co roku misterium zbawienia i bardziej należy do „wiecznego teraz” św. Augustyna niż do szarej codzienności. Czy naprawdę tak bardzo oddaliliśmy się od naszych przodków, że ta wędrówka wydaje nam się często jedynie obyczajem? Pogrążeni w świeckiej pseudorzeczywistości, przejrzyści jak bohaterowie telewizyjnych seriali, skąd weźmiemy siłę?

Popatrzmy na Mędrców ze Wschodu, którzy z początkiem Adwentu wyruszyli w swą tajemniczą podróż. O jej celu wiedzą niewiele. Idą za gwiazdą na niebie, dotkliwie odczuwając narastający chłód. „Zimną mieliśmy przeprawę,/ Akurat najgorszy czas w roku/ Na podróż, i taką długą podróż:/ Ścieżki głębokie i mroźna pogoda,/ Prawdziwa pełnia zimy” – czytamy w wierszu Thomasa Stearnsa Eliota. Nic dziwnego, że pielgrzymi głośno narzekają: z żalem wspominają „letnie pałace na wzgórzach”, które opuścili, brakuje im „jedwabistych dziewcząt, przynoszących sorbet”. Zmęczeni mijają kolejne „wrogie miasta, nieprzyjazne stolice i wioski brudne, ale drogie”. W uszach dźwięczą im głosy mówiące, że ich decyzja o opuszczeniu rodzinnych stron była szaleństwem.

Paradoks Bożego Narodzenia, które od dwóch tysięcy lat powtarza się w europejskiej kulturze, polega właśnie na tym, że przyjście na świat Chrystusa, przynoszącego śmiertelnikom zapowiedź życia wiecznego, dokonuje się w tradycyjnej porze snu i śmierci. „O dęby o gałęzie o czarne sztandary/ Mrozu śmierci i zimy podstępne fanfary” – pisze Jarosław Marek Rymkiewicz. W tym kontekście narodziny Zbawiciela są nieprzewidywalne, skandaliczne, wiążą z sobą dwa – wydawałoby się – sprzeczne wymiary. Dzieciątko w żłóbku, nad którym ciąży proroctwo Izajasza. Chrystus zdjęty z krzyża. Maryja przesuwa palce wokół zimnej czaszki. Zna każdą wypukłość kości, każdy szczegół skóry. Kołysze miłość swojego życia tak samo jak w Betlejem: „Lulajże, Jezuniu, moja perełko”... Tradycyjne Wigilie Polaków. W sybirskim baraku, ubeckim więzieniu, na emigracji, w stanie wojennym. Noc ciemna. Nikły płomyk świecy w oknie.

Trzej królowie z wiersza Eliota, by odnaleźć życie, muszą najpierw doświadczyć śmierci. Wiele lat po powrocie do swego królestwa jeden z nich wspomina: „Dokąd nas wiodły wszystkie te drogi – do/ Narodzin czy do Śmierci?/ (...) Widziałem narodziny i śmierć,/ ale myślałem, że różnią się; te Narodziny były dla nas/ ciężką i gorzką agonią, jak Śmierć, nasza śmierć”. Chodzi oczywiście o śmierć starego człowieka z jego próżnością, wygodnictwem, biznesplanem na własne życie i chęcią podobania się za wszelką cenę. Świadkom Chrystusa trudno jest już odnaleźć się „w starym porządku, z obcymi ludźmi, którzy czczą własnych bogów”. Droga do zimowego Betlejem oczyściła ich z dawnych przyzwyczajeń i nauczyła nieustannego wyrzekania się własnego „ja”. Kto nie czuje, że życie stawia mu opór, jest jak śnięta ryba niesiona przez prąd rzeki. Zdrowe zawsze płyną pod prąd, do źródeł.

Wypatrując betlejemskiej gwiazdy na niebie, życzę Państwu i sobie, żebyśmy głęboko przeżyli ten trudny, ukryty sens Bożego Narodzenia i po powrocie z Pasterki do domów nie bali się już codziennego umierania z Chrystusem. Ktoś powie, że to wezwanie do cierpiętnictwa. Przeciwnie: to marzenie o wolności.

środa, 19 grudnia 2012

Błogosławiony knebel

Obóz władzy popełnił wielki błąd, traktując wolnych Polaków jak gatunek na wymarciu.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 12 grudnia 2012

Przez ostatnie miesiące wielokrotnie zastanawiałem się, w jakich nastrojach bylibyśmy dziś, gdyby po 10 kwietnia 2010 r. władza podjęła dialog z Polakami. Choćby pozorowany, oparty na tzw. gestach dobrej woli. Co by było, gdyby Bronisław Komorowski zamiast walczyć z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, wyszedł się pod nim pomodlić. Gdyby służby miejskie pozwoliły dopalić się zniczom. Gdyby Donald Tusk ogłosił, że chce rozmawiać z każdym, kto ma poczucie wykluczenia. Gdyby reżimowe media nie stłumiły debaty publicznej i rzetelnie informowały o kuriozach smoleńskiego śledztwa. Gdyby władza nie udawała, że nas nie ma.

Przecież dwa lata temu można było jeszcze to zrobić. I to przy zachowaniu dotychczasowej strategii rozbudzania nienawiści do kluczowych polityków PiS. Wystarczyło z troską pochylić się nad setkami tysięcy wolnych Polaków, którzy – według rządowej propagandy – zostali zmanipulowani przez Jarosława Kaczyńskiego. Podać nam pomocną dłoń, zasygnalizować dobre intencje, odwołać się do ideału zgody narodowej. Zapewne znalazłoby się wielu naiwnych, którzy daliby się na to nabrać. Nadal oszukiwaliby siebie samych, że III RP to jednak ich państwo, a władza, choć nieudolna, stara się skleić to, co nas podzieliło. Prawicowi publicyści z kredytami na karku wciąż stroniliby od „przesady”, wzdychając do demokratycznych procedur. Bylibyśmy zdezorientowani, rozproszeni i słabi.

Decydentom III RP wydaje się, że stworzyli perpetuum mobile – machinę społecznego oddziaływania, która pozwoli im dzierżyć władzę w nieskończoność. Instrukcja obsługi jest prosta: szczuć niepodległościową opozycję Niesiołowskim i Palikotem, żeby wymusić ripostę, a później w reżimowych mediach poddawać tę ripostę quasi-naukowej analizie. Dziesiątki dziennikarzy, socjologów, politologów i speców od „mowy nienawiści”, wytrwale pracujących nad zohydzeniem wizerunku Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Oskarżenia o konfliktowość, cynizm, wywołanie „wojny polsko-polskiej”. Propagandowe zdjęcia i hasła na okładkach tygodników.

Szyta grubymi nićmi metoda okazała się politycznie skuteczna. Obóz władzy popełnił jednak wielki błąd, kwestionując wartość niepodległości, a wolnych Polaków traktując jak gatunek na wymarciu. Sprowadzeni do roli frustratów, pozbyliśmy się złudzeń co do stanu państwa. Knebel, który nam założono, spowodował, że zaczęliśmy szukać inspiracji w odrzuconej przez III RP tradycji polskiej kultury. Jestem przekonany, że gdyby tego knebla nie było, dziedzictwo Polski międzywojennej, emigracji, „Solidarności” pozostałoby martwe. Historyczne wykłady prof. Andrzeja Nowaka nie przyciągałyby tłumów, Anna Solidarność uchodziłaby za postać przegraną, a mnie – pora ujawnić aktualne zajęcie – nie przyszłoby do głowy napisanie książki o Kazimierzu Wierzyńskim. Błogosławiony knebel, który daje nam szansę na zerwanie ciągłości z PRL‑em i nasycenie polskiej kultury autentycznymi wartościami.

Ten knebel nie będzie nas pętał wiecznie. Zerwiemy go w trakcie marszu 13 grudnia i będziemy zrywać podczas kolejnych manifestacji niepodległościowych. Dopóty, dopóki nie uda się go odrzucić całkowicie. Przez ostatnie lata staliśmy się realną siłą polityczną, zdolną do mobilizacji i działania. Cała Polska patriotyczna jest po naszej stronie. W prezydenckich akcjach szycia kotylionów i spacerowania między pomnikami bierze udział garstka dzieci i Roman Giertych. A ponieważ skłonność władzy do unikania dialogu dotyczy także jej tradycyjnych wyborców, antyrządowych wystąpień będzie coraz więcej. Na protestach przeciwko ACTA czy GMO się nie skończy.

Naszą siłą jest wytrwałość i obóz władzy zaczyna to rozumieć. „Teraz jest sprawa Brunona K., ale za chwilę będziemy mieli problem z całym pokoleniem, które nie będzie miało najmniejszego szacunku dla państwa i do demokratycznie wybranych władz kraju” – pojękuje jakiś socjolog w „Gazecie Wyborczej”. Brunona K. i terrorystów z ABW bym w to nie mieszał, ale problem na pewno was nie ominie. Im dłużej działa drugi obieg, tym trudniej będzie wam obronić porządek III RP. Jakkolwiek brzmiałyby zalecenia doradców Komorowskiego, Polska będzie walczyć o swoją niepodległość.

wtorek, 18 grudnia 2012

Wieczór autorski w Sopocie

20 grudnia (czwartek), godz. 18.00
Sopot, siedziba SKOK, ul. Władysława IV 22
Prowadzenie: Michał Stróżyk

Dzień przed "końcem świata" będę czytał wiersze i odpowiadał na trudne pytania.

Przed częścią oficjalną i po niej możliwość zakupu mojej najnowszej książki "Oda do śliwowicy i inne wiersze z lat 1992-2012".

Serdecznie zapraszam wszystkich zainteresowanych, a zwłaszcza trójmiejskich klubowiczów "Gazety Polskiej", którym obiecałem przedświąteczne spotkanie.

niedziela, 16 grudnia 2012

13 grudnia we Włocławku

W miniony czwartek byłem gościem Zespołu Szkół Katolickich im. ks. Jana Długosza.

W ramach XI Dni Kultury Chrześcijańskiej, odbywających się pod hasłem "Wolność dana i zadana", wziąłem udział w dwóch spotkaniach: z młodzieżą przedmaturalną w auli Wyższego Seminarium Duchownego oraz z szerszą publicznością w auli szkolnej. W rocznicę wprowadzenia stanu wojennego stanąłem na tamie, w miejscu związanym z męczeńską śmiercią bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Wizyta we Włocławku była dla mnie również okazją do inspirujących rozmów z ks. bp. Wiesławem Meringiem, współuczestnikiem programu literacko-artystycznego, malarzem Piotrem Będkowskim i wieloma innymi osobami. Za gościnność serdecznie dziękuję organizatorom, szczególnie p. Sławomirze Lewandowskiej, a także dyrekcji szkoły: p. Katarzynie Zarzeckiej i ks. Jackowi Kędzierskiemu.

Relacja i fotoreportaż na stronach szkoły






















fot. Aleksandra Różańska

środa, 12 grudnia 2012

Książki pod choinkę?

Tym z państwa, którzy zastanawiają się nad wyborem świątecznego prezentu dla swoich bliskich, tradycyjnie polecam księgarnię internetową poczytaj.pl.



Wojciech Wencel, „Oda do śliwowicy i inne wiersze z lat 1992-2012”. Nowość! Autorski wybór utworów z książek poetyckich wydanych w ostatnim dwudziestoleciu (zawiera m.in. wszystkie wiersze z tomu „De profundis”). Wydawnictwo Arcana, Kraków 2012, ss. 192, oprawa twarda. Zobacz w księgarni.





Joanna Lichocka, „Przebudzenie” – książka z płytą CD „Wiersze o Polsce” – czyta Wojciech Wencel. Nowość! Sześć wywiadów z uczestnikami modlitw pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, comiesięcznych mszy świętych w warszawskiej archikatedrze i marszów pamięci. Wydawnictwo M, Kraków 2012, ss. 176, oprawa miękka. Zobacz w księgarni.







Wojciech Wencel, „De profundis”. Osobne wydanie tomu wierszy uhonorowanego w roku 2011 Nagrodą Literacką im. Józefa Mackiewicza. Bestseller drugiego obiegu. Wydawnictwo Arcana, Kraków 2012 (3. wyd.), ss. 44, oprawa twarda. Zobacz w księgarni.








Wojciech Wencel, „Niebo w gębie”. Wybór felietonów z tygodników „Ozon” i „Gość Niedzielny” z lat 2005-2010. Wydawnictwo Arcana, Kraków 2010, ss. 212, oprawa twarda. Zobacz w księgarni.









Wojciech Wencel, „Wencel gordyjski”. Wybór felietonów z tygodnika „Wprost” z lat 2006-2008. Nominacja do Nagrody Złotej Ryby, przyznawanej przez Fundację Macieja Rybińskiego. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2011, ss. 208, oprawa miękka. Zobacz w księgarni.

sobota, 8 grudnia 2012

PO-lacy listy piszą

To nobilitujące dla poety – być autorem wierszy, których toksyczna siła da się porównać z grozą krematoryjnych pieców.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 5 grudnia 2012

W filmie „Obywatel Piszczyk” główny bohater znajduje zatrudnienie jako ankieter nastrojów społecznych. Żeby komunistyczna władza była zadowolona z rezultatów, sam wypełnia ankiety. Raz wciela się w kolejarza, innym razem w sklepową. Jako górnik pisze: „Czarno to wszystko widzę. Bo kiedy naród nie boi się ani Boga, ani Stalina, to powstaje pustka anarchistyczna. Teraz wiadomo naukowo, jak trzeba rządzić. A kto jest nieuk i się sprzeciwia, niech idzie do więzienia”.

Dziś, w kulturze minimalizmu, głównym miernikiem nastrojów społecznych są sondaże wyborcze. Notowania obecnej władzy okresowo się wahają, jednak nigdy nie schodzą poniżej bezpiecznego poziomu. Niby wszystko jest pod kontrolą, ale estetyczny niedosyt pozostaje. Słupki poparcia to przecież nie to samo, co kwieciste wypowiedzi kolejarzy, górników i sklepowych.

Tę lukę wypełniają SMS-y i telefony do TVN-owskiego „Szkła kontaktowego” oraz listy do „Gazety Wyborczej”. Z komentarzy widzów i czytelników możemy się dowiedzieć, że mamy świetny rząd i obciachową bądź chorą z nienawiści opozycję, ale zdarzają się bardziej skomplikowane konstrukcje intelektualne. Przeglądając internet, natknąłem się niedawno na niezwykle interesujący list, opublikowany ponoć w „Gazecie Wyborczej”. Andrzej M. z Torunia zwraca w nim uwagę na niestosowność formuł: „toruński kościół”, „krakowski terrorysta” i „gdański poeta” (chodzi o mnie). Jak dowodzi, tworzenie zbitek słownych opartych na kryterium terytorialnym jest krzywdzące dla mieszkańców Torunia, Krakowa i Gdańska, którzy nie mają nic wspólnego z „obskurantyzmem”. Aby uzmysłowić redakcji skalę problemu, pan Andrzej buduje analogię z popularnym w zachodnich mediach określeniem „polskie obozy koncentracyjne”. Kto czuje się obrażany tym terminem, nie powinien stygmatyzować polskich miast jako ośrodków ciemnogrodu.

To nobilitujące dla poety – być autorem wierszy, których toksyczna siła da się porównać z grozą krematoryjnych pieców. Zgodzę się jednak, że dla miasta i jego oświeconych mieszkańców taki poeta nie jest szczególnym powodem do dumy. Nie dziwi mnie więc fakt, że w świeżo wydanej „Encyklopedii Gdańska” wśród 4 tys. haseł zabrakło miejsca na mój skromny biogram. Wprawdzie przez długie lata rodzinne miasto obchodziło się ze mną jak z jajkiem, stawiało na świeczniku obok Pawła Huelle i Stefana Chwina, w 2003 r. dostałem nawet Nagrodę Artusa za „gdańską książkę roku” – ale to było dawno i nieprawda. Najwyraźniej teraz – parafrazując pewien donos z epoki socrealizmu – uchodzę za wściekłego psa poezji tyrtejskiej, świadomego prowokatora, piewcę obskurnego średniowiecza, herolda imperializmu i chwalcę faszyzmu. A ponieważ wściekły pies może ugryźć śmiertelnie, należy go izolować od zdrowej trójmiejskiej kultury.

Wbrew pozorom nie piszę tego ze względu na urażoną ambicję. Niespecjalnie cenię dawne i współczesne „mitologie” Gdańska, a z obecnymi „elitami” tego miasta nie chcę mieć nic wspólnego. Szczerze mówiąc, znalezienie się w encyklopedii, której jako przewodniczący „honorowego komitetu” patronuje Bronisław Komorowski, byłoby dla mnie doświadczeniem uwłaczającym. Na moim przykładzie widać jednak wyraźnie, w jaki sposób tworzy się współczesna cenzura. Skoro poetę powszechnie kojarzonego z Gdańskiem można potraktować w oficjalnym miejskim kompendium tak, jakby nigdy nie istniał, to znaczy, że w kulturze III RP kończy się epoka dążenia do obiektywizacji, choćby nieudolnego, pełnego ideologicznych etykietek. Jesteśmy coraz bliżej socrealistycznych standardów. Oczywiście głęboko uzasadnionych „naukowo”.

Niestety, wymazywanie nazwisk i dorobku twórców z oficjalnej kultury III RP to tylko pierwszy stopień cenzury. Niezależny obieg jest już tak silny, że daje swoim uczestnikom oparcie. Prawdziwe schody zaczną się, jeśli władzy uda się wprowadzić prawny zakaz „mowy nienawiści”. Podejrzewam, że znajdzie się wielu widzów TVN 24 i czytelników „Gazety Wyborczej”, którzy napiszą spontaniczne listy do redakcji: „Teraz wiadomo naukowo, jak trzeba mówić i pisać. A kto jest nieuk i się sprzeciwia, niech idzie do więzienia”.

czwartek, 6 grudnia 2012

wtorek, 4 grudnia 2012

Świat odczarowany

Z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia przypominam mój felieton z książki „Niebo w gębie” (2010).
 
Leksykon tradycji bożonarodzeniowych. Wydanie 2007, poprawione.

Adwent. Czas czuwania i oczekiwania. Głównie na promocje w hipermarketach. Składają się nań cztery niedziele adwentowe, wszystkie handlowe.

Choinka. Jodła syberyjska w cenie 85 zł. za sztukę. Bezzapachowa.

Kartki świąteczne. Popularne w ubiegłym stuleciu karty lub karnety pocztowe z motywami religijnymi oraz życzeniami bożonarodzeniowymi, wysyłane do bliskich w połowie grudnia. Obecnie spotyka się je wyłącznie na obszarach wiejskich. Wskutek tajemniczej strategii Poczty Polskiej dochodzą do adresatów w okolicach marca. W miastach zostały zastąpione przez esemesy i e-maile. Przykładowa treść esemesa świątecznego: „Bosz, Xmas ze starymi… Jak ja to wy3mam :P”.

Gwiazda betlejemska. Beyonce, Michał Wiśniewski albo Rihanna. W zależności od gustu.

Kolędy. Tradycyjne polskie pieśni bożonarodzeniowe. Najpopularniejsze obecnie to „Jingle Bells” i „White Christmas”. Raczej słuchane z CD dołączonego do gazety, niż śpiewane.

Łuskanie orzechów włoskich. Dawniej rodzinna czynność użytkowo-integracyjna, do której służył tzw. „dziadek do orzechów” (narzędzie ożywione w baśni E. T. A. Hoffmanna i balecie Piotra Czajkowskiego). Dziś tradycja zaniechana wskutek istnienia na rynku gotowych do spożycia orzechów, pakowanych po kilogramie.

Opłatek. Archaiczny wyrób piekarniczy, służący do przełamywania i tzw. „dzielenia się” podczas wieczerzy wigilijnej. Dostarczany do domu głównie przez babcie uprawiające tzw. „chodzenie do kościoła” (dewocyjna odmiana clubbingu). Biały, cienki, suchy. Jego ciągła obecność w tradycji bożonarodzeniowej nie da się naukowo wytłumaczyć.

Otwieranie czekolady. Kiedyś czynność polegająca na wyjmowaniu czekolady ze sreberka, odwracaniu jej wgłębieniami do góry, dzieleniu na paski i kostki oraz częstowaniu nią siebie i innych. Po zbiorowej konsumpcji sreberko było zazwyczaj wygładzane paznokciem i wkładane do książki. Obecnie opakowanie jest rozrywane wraz ze sreberkiem, a czekolada leży tyłem do góry. Łamie się ją w nieforemne kawałki, bez zwracania uwagi na wgłębienia, i zjada w pojedynkę przed telewizorem.

Pasterka. Nabożeństwo rozpoczynające się w Wigilię o północy. Dawniej uroczysta msza święta, upamiętniająca narodziny Jezusa Chrystusa, pełna symboliki życia i śmierci. Dziś pokaz mody zimowej w stylu Emo i Gothic Lolita w wykonaniu młodych parafianek. W kościołach osiedlowych dodatkowo spotkanie towarzyskie, służące wymianie życiowych poglądów i papierosów.

Potrawy z ryb. Tradycyjne polskie menu wigilijne. W przeszłości, dorsz, śledź i karp z wanny. Obecnie sushi.

Prezenty. Istota świąt Bożego Narodzenia. Kiedyś przynoszone rzekomo przez św. Mikołaja po lekturze dziecięcych listów, pełnych zapewnień o miłości do rodziców czy rodzeństwa. Dziś dostarczane przez rodziców po zapoznaniu się z listą przygotowaną przez najstarsze dziecko. Przykładowe pozycje listy: „Mortal Kombat: Armageddon (gra na Play Station)”, „Lego Transformers”, „Mattel Barbie zakręcone pasemka”, „iPod (tylko oryginalny!)”.

Puste miejsce przy stole. Niezrozumiały obyczaj wigilijny, kultywowany przez babcie (patrz hasło: „Opłatek”).

Roraty. Dawniej nabożeństwa maryjne, odprawiane w okresie adwentu o wschodzie słońca w celu błogosławienia nadchodzącego dnia. Obecnie nadchodzący dzień błogosławi się wieczorem, żeby nie męczyć dzieci, które po szkole idą na basen i kurs angielskiego. Różnica nie została dowiedziona empirycznie, gdyż rano i wieczorem jest równie ciemno i roratnia lampka świeci tak samo.

Sianko pod obrusem. Archaizm ludowy. Wyrażenie synonimiczne: „słoma w butach”.

Szopka. Bożonarodzeniowa ekspozycja w kościele. W przeszłości złożona z figur Świętej Rodziny, trzech króli, pasterzy, krowy i osła oraz anioła na dachu. W niektórych szopkach był jeszcze Murzynek, który kiwał głową po wrzuceniu pieniążka. Dziś instalacja sztuki współczesnej, ilustrująca artystyczną wizję księdza proboszcza. Często zbyt awangardową, by mogli ją pojąć zwykli śmiertelnicy.

Święty Mikołaj. Postać fikcyjna. Kiedyś zaglądał do okien i sprawdzał, czy dzieci są grzeczne, a następnie wchodził przez komin i zostawiał pod choinką prezenty. Obecnie pracownik sezonowy w centrum handlowym. Rozdaje dzieciom balony z nazwami sklepów i produktów. Pali „Mocne”, pije z piersiówki, przeklina pod nosem.

PS. Kiedy wracam z hipermarketu, z siatki wypada mi samochód na baterie. Mój ośmioletni syn patrzy na mnie zdziwiony. – No dobra – mówię. – Posłuchaj. Święty Mikołaj żyje w baśni i historii Kościoła, ale powinieneś już wiedzieć, że to dorośli kupują prezenty, bo chyba nie chcesz, żeby śmiali się z ciebie koledzy. Chwila ciszy, drgające usta dziecka. – Żartujesz? Powiedz, że żartowałeś! Chłopak, który z łatwością przechodzi wszystkie poziomy w grze „Sezon na misia”, wybucha żałosnym płaczem. Łzy, jak kuleczki olejku z Sephory, kapią mu na sweter.

– Oczywiście, że żartowałem! Żartowałem i to jak! Żartowałem głupio, nieczule i nieodpowiedzialnie. Już nigdy nie będę tak żartował. Syn przełyka łzy i roztrzęsiony patrzy mi w oczy. Na jego twarzy pojawia się wątły uśmiech. I wiem, że choćby przypiekano mnie żywym ogniem albo kazano mi jeść sałatki z KFC, nie wyrzeknę się więcej tajemnicy Bożego Narodzenia. Ani Jezusa z Murzynkiem w stajence, ani św. Mikołaja, ani nawet orzechów w łupinach i sreberka od czekolady. Aktualne wydanie leksykonu tradycji bożonarodzeniowych jest może trafne socjologicznie, ale nie odpowiada prawdzie o świętach. Lepiej pozostać przy edycjach zapamiętanych z własnego dzieciństwa. Czego i Państwu serdecznie życzę.

Pierwodruk: „Gość Niedzielny” 2007 nr 50; przedruk w książce „Niebo w gębie”, Wydawnictwo Arcana, Kraków 2010.

sobota, 1 grudnia 2012

piątek, 30 listopada 2012

Nie ma mnie na Facebooku

Od dawna marzył mi się taki tytuł, ale dopiero dziś mogę go użyć z czystym sumieniem.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 28 listopada 2012

Definitywnie wypisałem się bowiem z globalnego grona znajomych Marka Zuckerberga. Już nie „Lubię to”. Koniec z klikaniem w ciekawe linki, kreowaniem „wydarzeń” i picowaniem „osi czasu”. Urodziny znów będę obchodził z żoną i dziećmi przy bezowym torcie, a nie z czterema tysiącami przyjaciół przy niejadalnych cookies.

Nie jest to z mojej strony jakaś szczególna manifestacja światopoglądowa. Serwisy społecznościowe bez wątpienia pomogły w integracji setek tysięcy Polaków wykluczonych z normalnej debaty publicznej. Ludzie zawiązywali tu znajomości, ale przede wszystkim wymieniali informacje o wartościowych tekstach, książkach, filmach, spotkaniach. Ta „wspólnotowa” funkcja, w moim odczuciu, już się wyczerpała. Poznaliśmy się, wielu z nas robi swoje w środowiskach lokalnych. Działają niepodległościowe portale, gazety i wydawnictwa. Drugi obieg okrzepł i nie potrzebuje tysiąca linków z poziomu Facebooka. Przeciwnie: wymaga coraz większej samodzielności, zaangażowania, skupienia na konkretach.

Gdzie poza internetem szukać środowisk, które z powodzeniem realizują te trzy cnoty? Wielokrotnie pisałem, że aby polska kultura mogła się odrodzić, musimy wrócić na prowincję. Jeżeli nie dosłownie, to mentalnie, znajdując oparcie w porządku natury i zrzucając z siebie piętno groteskowych ideologii XXI w. Życie we własnym, budowanym od dzieciństwa kosmosie ma znacznie większy potencjał duchowy, wolnościowy i cywilizacyjny od wegetacji w sztucznych rajach mediów i centrów handlowych. Jednak potencjał to jedno, a realia społeczne to drugie. Gdy zacząłem wygłaszać hymny na cześć prowincji, nie miałem pojęcia, jak powszechna i gęsta jest sieć lokalnych układów, z którą na co dzień zmagają się wolni Polacy. Mimo to jeżdżąc na wieczory autorskie, nauczyłem się klasyfikować miasta i miasteczka według pewnego klucza. Podróżuję tam, gdzie są kluby „Gazety Polskiej”, i tam, gdzie ich nie ma. Różnica jest ogromna.

Kluby „Gazety Polskiej” tworzą zwykle osobne, zwarte środowiska, dlatego mogą się komuś wydać hermetyczne. Z perspektywy gościa doskonale jednak widać, jak głęboko kształtują intelektualną atmosferę miast. Złożone głównie z niepodległościowej inteligencji, stanowią realną alternatywę dla postkolonialnych „elit”. Podczas spotkań rozmowa zawsze jest żywa. Polityka, historia i kultura wiążą się ze sobą, zmuszając do zajęcia stanowiska również dyskutantów mniej wyrazistych światopoglądowo. Pogląd, że władza musi realizować interes wspólnoty narodowej, jest oczywistością.

Tam, gdzie klubów „Gazety Polskiej” brakuje, władza traktowana jest zazwyczaj izolacjonistycznie, jak galeria bóstw na Olimpie albo Komitet Centralny PZPR. Fakt, że nie ma z nią kontaktu, nikogo nie dziwi. – Oni tam toczą swoje „wojenki na górze”, a my tu się świetnie dogadujemy, czy ktoś jest z PO, czy z PiS – przekonują wyznawcy świętego spokoju. Przy czym im więcej dumy z tego „dogadywania się”, tym węższy zakres dyskusji. Ani słowa o historii i kulturze. Dominują wycieczki personalne i płaski materializm. Wśród „znanych Polaków” ktoś wymienia Czesława Kiszczaka, a po spotkaniu sugeruje, że „chyba nie całkiem zła ta nasza władza, skoro dała kasę na projekt”.

Oczywiście i w takich środowiskach, jak rodzynki w cieście, zdarzają się wspaniali patrioci. Zwykle są to społecznicy z powołania, wyjęci jakby z „Siłaczki” Żeromskiego, rozpaczliwie próbujący zainteresować swoją lokalną wspólnotę historią, dbający o pomniki i cmentarze. Jednak szacunek dla nich jest bardzo powierzchowny. W gruncie rzeczy uchodzą za ekscentryków uprawiających prywatne hobby w materialistycznym raju. Obawiam się, że gdy kiedyś odejdą, niewiele po nich zostanie.

Kluby „Gazety Polskiej” pozwalają takie indywidualne misje połączyć i osadzić w kulturze. Istnieją wprawdzie postkolonialne miasta i miasteczka, gdzie bardzo trudno znaleźć sprzymierzeńców. Warto jednak i tam, na spalonej ziemi, policzyć się na nowo. Jeśli znajdzie się choć dziesięciu sprawiedliwych, będzie szansa ocalić miasto.

czwartek, 29 listopada 2012

Wiersze jak słoje

Szymon Babuchowski o mojej książce "Oda do śliwowicy i inne wiersze z lat 1992-2012".

"Gość Niedzielny" nr 47/2012







środa, 28 listopada 2012

Na kolana przed wieszczem!

Istnienie Jarosława Marka Rymkiewicza jest dowodem na to, że nasza dziejowa misja wciąż trwa.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 21 listopada 2012

To się nie miało prawa wydarzyć. Nie po ogłoszeniu końca poezji, historii i „paradygmatu romantycznego”. Nie w czasach małej stabilizacji i filozofii ciepłej wody w kranie. Przecież funkcjonariusze PRL i III RP potrafili dotychczas skutecznie neutralizować narodowych proroków. Gajcemu dorobiono etykietkę faszysty, emigranta Wierzyńskiego otoczono kordonem milczenia, Herberta najpierw zdemaskowano jako niestabilnego psychicznie wroga demokracji, a później zrobiono z niego pretensjonalnego sprzedawcę antyków. I nagle pod nosem strażników naszej małości, lenistwa i zwątpienia wyrasta nowy wieszcz. Jest. Idzie Krakowskim Przedmieściem. Przywraca wiarę w sens zbiorowego losu. Opowiada o wolności, staje po stronie wykluczonych. Słuchają go setki tysięcy Polaków.

Istnienie Jarosława Marka Rymkiewicza jest dowodem na to, że nasza dziejowa misja wciąż trwa. Właściwie każda jego publiczna wypowiedź mówi nam, skąd przychodzimy, kim jesteśmy i co powinniśmy robić, by pozostać Polakami. Wiersz o dwóch Polskach, z których „jedna chce się podobać na świecie”, a drugą „wiozą na lawecie”; diagnoza postkolonialnego charakteru III RP; uświadomienie przynależności Adama Mickiewicza do wspólnoty „moherowych beretów”; dowodzenie, że polski romantyzm jest kluczem do współczesności; nazwanie nierzeczywistym świata redagowanego w głównych mediach; wierność Polsce prowincjonalnej i wezwanie do budowania niepodległości wokół siebie; wreszcie rekonstruowanie mitów polskiej wolności w „Wieszaniu”, „Kinderszenen” i „Samuelu Zborowskim”; odtworzenie szkieletu polskości, który każdy z nas – w zgodzie z własną formacją duchową – może otoczyć tkanką wiary czy kultury. Wszystko to jest dla wolnych Polaków darem, nie tyle od wielkiego poety, ile od Boga lub losu, jak kto woli.

Bywa to dar trudny, bo wizje Rymkiewicza nie służą wyłącznie „pokrzepieniu serc”. Wciąż, w różnych odmianach, wraca w nich ciemne proroctwo z wiersza napisanego we wrześniu 1982 r.: „Kiedy się obudziłem, Polski już nie było”. Ten zaczerpnięty z Mickiewicza motyw niepokoi, zważywszy, że naszym wieszczom wielokrotnie zdarzało się antycypować wielkie wydarzenia. W trakcie pisania poeta często znajduje się jakby poza czasem, rejestruje sensy ukryte w języku swojej wspólnoty, na moment uzyskuje dostęp do perspektywy wiecznej. Inna sprawa, że każdy ma takiego proroka, jakiego sobie wybrał. My mamy poetę z Milanówka, niewolnicy III RP – jasnowidza z Człuchowa.

Świeżo wydana przez „Frondę” książka „Spór o Rymkiewicza” zbiera teksty głównie zajadłych wrogów romantyzmu. Kogóż tu nie ma? Są Cezary Michalski z „Krytyki Politycznej”, Mariusz Cieślik z TVN24 i Szczepan Twardoch z postkomunistycznej „Polityki”. Stroszą pióra skompromitowany filozof Marcin Król, znana z sympatii dla Ruchu Poparcia Palikota Agata Bielik-Robson, tropiciel „mętnej mistyki” smoleńskiej Paweł Lisicki oraz przedstawiciel literatów III RP Jarosław Klejnocki. Jest też Piotr Skwieciński, który reakcję Rymkiewicza na polską rzeczywistość określił kiedyś jako „aberracyjną, chorą”. Do kompletu brakuje jedynie krasnala Horubały i jego sugestii, że poeta stworzył klimat duchowy, który doprowadził do katastrofy smoleńskiej. Ale brakuje go tylko dlatego, że – jak czytamy we wstępie – pominięto teksty opublikowane niedawno w autorskich książkach. Nawet autorzy skądinąd sensowni (Jacek Trznadel, Jadwiga Staniszkis, Grzegorz Górny) na temat Rymkiewicza wypisują jakieś zdumiewające brednie. Honoru wieszcza bronią przede wszystkim Marzena Woźniak-Łabieniec, Zdzisław Krasnodębski i Joanna Lichocka, której tekst znalazł się tu jako wstęp do filmu Grzegorza Brauna „Poeta pozwany”.

Płyta z tym znakomitym filmem była już dołączona do „Gazety Polskiej”. Książkę można z czystym sumieniem wyrzucić do kosza. Prawda jest bowiem taka, że żadnego sporu o Rymkiewicza nie ma. Jeśli jest to pisarz „kontrowersyjny”, to tylko dla tych wychowanków III RP, którzy nie rozumieją polskości i żyją w swoich lewackich, neoendeckich bądź pseudokatolickich inkubatorach. Żałuję, że „Fronda”, z którą wiąże mnie sentyment, firmuje podobne książki. Zaraz, zaraz... Na stronie redakcyjnej jest dopisek: „Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego”. To wiele wyjaśnia.

wtorek, 27 listopada 2012

poniedziałek, 26 listopada 2012

Pieśni niewinności i doświadczenia

Pędząc do mety sprintem, trudno docenić teraźniejszość.
 
 
Z drzew zazwyczaj spadają liście, ale zdarzają się niespodzianki. Z klonu przy domu, w którym mieszkam z rodziną, spadł latawiec. Pamiętam, jak tam utknął kilka miesięcy temu (wczesnym latem? wiosną?). Sznurek zaplątał się w gałęzie i nic nie można było na to poradzić. Gdy wreszcie latawiec spadł, zaniosłem go młodszemu synowi. – Masz swoją zgubę – zakomunikowałem triumfalnie. Syn popatrzył na mnie jak na wariata. – Tata, daj spokój, nie jestem już dzieckiem. Okazało się, że latawiec wisiał na drzewie nie kilka miesięcy, a kilka lat. Dla syna to była epoka, w ciągu której zmienił obszar zainteresowań, a przy okazji barwę głosu. Szczerze zdumiony podreptałem do swojego pokoju, ciągnąc za sobą wyblakły ogon miękkopłata.

Niech nikt mi nie mówi, że życie po czterdziestce biegnie tym samym tempem co w dzieciństwie. To są całkowicie różne wymiary. Gdy się ma lat dziesięć, od obiadu do kolacji upływa wieczność. W tym czasie może się zdarzyć tysiąc rzeczy przełomowych, decydujących o naszym losie. Możemy wygrać mecz na podwórku, znaleźć przy drodze starą monetę, a nawet – jeśli się nam poszczęści – odebrać nieoczekiwany telefon od koleżanki z klasy. Każde wakacje są jedyne. Czeka się na nie jak na zbawienie, bez świadomości, że będą kiedyś kolejne lata i kolejne wakacje. Tak samo jest z Bożym Narodzeniem. Dopiero po wielu życiowych doświadczeniach człowiek zaczyna dostrzegać ciągłość rocznego cyklu oraz nieuchronną perspektywę starości i śmierci. Kilkuletnie etapy życia coraz częściej wydają się „jedną chwilką”. Dzieci dorastają stanowczo zbyt szybko i nie da się z nimi „zsynchronizować zegarków”.

Z tą przykrą świadomością trzeba sobie jakoś radzić. Wielu mężczyzn, nie wiadomo dlaczego, wybiera ucieczkę w przyszłość. Zamiast starać się spowolnić czas, który przyspiesza samoistnie, oni próbują się z nim ścigać. – Jestem ciągle zajęty – chwalą się. – Mam masę planów. Dziad? Jaki dziad? Może i jest to jakiś sposób na stłumienie naturalnego lęku przed codziennym umieraniem, ale coś za coś. Pędząc do mety sprintem, trudno docenić teraźniejszość. Są wprawdzie mędrcy, którzy twierdzą, że żadna teraźniejszość nie istnieje, bo każde doświadczenie po sekundzie jest już historią, a następna sekunda należy do przyszłości, ale jest to teza tyleż efektowna, co nieprawdziwa, redukująca wolną wolę i sens życia.

Z drugiej strony, wielu ludzi, zwłaszcza w dzisiejszej epoce, ucieka w przeszłość. Czasem aż do krainy dzieciństwa, gdy dorosłe życie było potencjałem. Porównanie tamtych dni z teraźniejszością zazwyczaj rodzi napięcie, bo nigdy nie żyjemy dokładnie tak, jak to sobie wymarzyliśmy. Są dramaty, które jak głaz tarasują drogę do czerpania radości z „tu i teraz”. Przerwanie studiów, choroba czy rozwód wydają się rzeczywistością nie do zaakceptowania. – Gdyby TO się nie zdarzyło, byłbym naprawdę szczęśliwy – powtarzają smutni idealiści. Takie myślenie, oparte na złudzeniu, że jesteśmy panami swojego losu, jest szczególnie niebezpieczne, bo rodzi melancholię, która łatwo przeradza się w rozpacz. Zapatrzeni w kosmos dzieciństwa lub młodości, szukający tam po omacku punktu oparcia, stajemy się jak żona Lota, która obejrzawszy się za siebie, zamieniła się w słup soli. „Próżna młodość, mamo, próżna młodość. Starość idzie za nią jak cień” – brzmią słowa pięknej bałkańskiej pieśni.

Z tej pozornej matni jest tylko jedno wyjście: przestać kluczyć między widmami arkadii i katastrofy i stanąć twarzą w twarz z własnym losem. Gdy się mu przyjrzeć z bliska, może się okazać, że wcale nie jest przeklęty, przeciwnie: kryje w sobie potencjał pełni życia, możliwy do urzeczywistnienia dzięki Bożej miłości.

O tym wszystkim myślałem, kreśląc kilka akapitów na uroczystość 50-lecia mojej Szkoły Podstawowej. Ale napisać tego nie mogłem – brzmiałoby zbyt poważnie. Poprzestałem zatem na trywialnych wspomnieniach, dopiero w końcówce dając upust wrodzonej skłonności do moralizowania. Wyszło następująco:
 
Historia pod osiemnastką, polski pod szesnastką, fizyka pod czternastką, kantorek. No i matma – a jakże – pod dwóją! Ach, ile było tych dwój, a każda okraszona uroczystą przysięgą, że kiedyś zostanę poetą. Póki co, musiałem jednak zostać po lekcjach.

Na parterze była szatnia dla najmłodszych. Lecz nie wszystkim chciało się dźwigać zimowe obuwie na piętro. Pamiętam jak podczas apelu dyrektor wzniósł ku przestrodze parę ogromnych kamaszy i zapytał: – No, czyje to buty? Dwustu uczniów parsknęło śmiechem. To były moje buty.

Pamiętam butelki oranżady kupowane na długiej przerwie w sklepie za przystankiem i starą gruszę na pobliskiej miedzy. Jeden z nas trząsł gałęziami, reszta zbierała owoce, a gdy pojawiał się gospodarz z psem, biegliśmy ile sił w nogach. Kiedyś kolega nie zdążył zejść z drzewa. Nigdy więcej go nie spotkałem.

Teraz wspominam Janka, Cześka i Iwonę, pana dyrektora i panią od polskiego. No i Sławka, który wyprzedził nas w wyścigu na tamtą stronę. Wszyscy wleczemy się jego śladem, już bardziej świadomi, doświadczeni przez los, ale wciąż skrywający w tornistrze serca zeszyty z wypracowaniem: „Kim będę, gdy dorosnę”.

środa, 21 listopada 2012

wtorek, 20 listopada 2012

Nowe wiary, prawa, toalety

W kulturze III RP groteska uchodzi za mądrość życiową, a zdrowy rozsądek – za groteskę.


Pamiętają Państwo klimat kulturowy lat 90. ubiegłego wieku? Z medialnych jaj nie wykluli się jeszcze celebryci, homoseksualiści cenili prywatność, feminizm był mniej popularny od haftu krzyżykowego, a wychowawcze klapsy nie uchodziły za zbrodnię przeciw ludzkości. Polacy raczej nie prowadzili wojny z naturą. Na dochodzące z ciepłych krajów wieści o eutanazji, zmianie płci czy in vitro zazwyczaj stukali się w czoło. Mieli też poważne wątpliwości, czy najlepszy wiek na urodzenie pierwszego dziecka to 45 lat. Kto był katolikiem, wierzył w nierozerwalność sakramentu małżeństwa i nie próbował przekonać Pana Boga, że Jego poglądy na świat uległy przedawnieniu. Także w sferze obyczajowej panował zdrowy rozsądek. Sushi traktowano jako egzotyczny przysmak, a nie narodową potrawę Słowian. Siwiejący mężczyźni nie wzdychali do nastolatek i postaci z gier komputerowych. Modna dziś kremacja zmarłych kojarzyła się wyłącznie z urnami twarzowymi epoki żelaza.

W postkolonialnej kulturze III RP dopiero instalowali się architekci nowego wspaniałego świata. Niezbyt licznie, jakby nieśmiało, pojawiali się na uniwersytetach, w mediach i środowiskach artystycznych. Na każdym kroku akcentujący swoją „nowoczesność”, dla polskiej poezji nie byli jednak żadną nowością. Już w 1832 r. trafnie opisał ich w „Panu Tadeuszu” nasz narodowy wieszcz: „Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów, (...) /Opatrzonych w broszurki i w różne gazety, / Głoszących nowe wiary, prawa, toalety”.

Po latach okazało się, że „miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza” – zarówno w epoce saskiej i stanisławowskiej, jak i pookrągłostołowej. Gdyby było inaczej, każdy z nas dostrzegałby dziś nie tylko polityczny upadek państwa polskiego, ale i groteskę otaczającej nas pseudocywilizacji. A przecież większość Polaków już dawno przyzwyczaiła się do filozofii celebrytów, nieformalnych związków czy „partnerskiego” wychowania dzieci. „Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie / Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie, / Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza / Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza! / Taka była przesądów owoczesnych władza! ”.

Manifestując patriotyzm na ulicach, często we własnych rodzinach siedzimy jak mysz pod miotłą, bo boimy się śmieszności. Ten brak reakcji bywa zrozumiały, ale jego skutków nie da się zamieść pod dywan. Milcząc, godzimy się na odwrócenie znaczeń w kulturze, gdzie groteska uchodzi za mądrość życiową, a zdrowy rozsądek – za groteskę. Umożliwiamy też stopniowe przesuwanie granicy cywilizacji śmierci. Przed 20 laty nauczono nas, że homoseksualizm to „orientacja”, 10 lat temu – że aborcja to „prawo kobiety do własnego brzucha” (na szczęście w tym przypadku dyskusja trwa), a dziś słychać już opinie, że człowiek rodzi się nie chłopczykiem lub dziewczynką, lecz „czystą kartą” i płeć może sobie wybrać.

Złudzeniem jest też poczucie, że tolerując moralne transgresje, sami zachowujemy na nie odporność. Z autentycznych patriotów, którzy w standardach obyczajowych III RP znaleźli usprawiedliwienie dla prywatnych zdrad, dałoby się stworzyć legion. To ich osobista sprawa? Mickiewicz miał na ten temat inne zdanie: „Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory; / Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory. /Była to maszkarada, zapustna swawola, / Po której miał przyjść wkrótce wielki post – niewola! ”.

I tak dochodzimy do tajemnego związku między obyczajowością a niepodległością. Zaczerpnięta z Mickiewicza analogia między epoką przedrozbiorową a naszym czasem jest tak wyraźna, że musi niepokoić. Polska nie znajdzie swoich obrońców wśród pseudointeligencji III RP, która – jak kiedyś – „nie wierzy rzeczom najdawniejszym w świecie, jeśli ich nie czytała w francuskiej gazecie”. Także na państwo Tuska i Komorowskiego nie ma co liczyć. Jedyną realną siłą niepodległościową są środowiska regularnie manifestujące w Warszawie. Ale i my nie sprostamy zadaniu, jeśli tej walki o Polskę nie zaczniemy we własnym sumieniu i wśród najbliższych. Nowe wiary, prawa, toalety nie znikną szybko z kultury, jednak warto się z nimi zmagać. Najlepiej z pomocą Boga, który dysponuje skuteczną bronią do pokonania ludzkich obaw i uzależnień. Tą bronią jest miłość.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Spotkania w Opavie i Raciborzu

W końcu tygodnia wezmę udział w międzynarodowym projekcie na granicy polsko-czeskiej.

4 x CZARNO NA BIAŁYM w literaturze i obrazach –
4 x ČERNÉ NA BÍLÉM v literatuře a obrazech.

OPAVA 22 listopada (czwartek), godz. 17:00
Obecní Dům, Ostrožná 46, Klub Art.
 
Wojciech Wencel – gość wieczoru,
Jiří Bosák – recital bluesowy.
 
RACIBÓRZ 24 listopada (sobota), godz. 17.00
Dom Kultury „Strzecha“ ul. ks. Józefa Londzina 28
 
Barbara Gruszka-Zych – gość wieczoru,
Libor Martinek – gość wieczoru,
Wojciech Wencel – gość wieczoru,
Kuba Blokesz – recital bluesowy.
 
Obu spotkaniom będzie towarzyszyła wystawa fotografii Bolesława Stachowa
oraz promocja nowego, dwujęzycznego numeru pisma literacko-kulturalnego „Almanach Prowincjonalny“.
 
Ponadto w sobotę od rana poprowadzę warsztaty literackie z grupą 14 młodych Polaków i Czechów.
 
Koordynatorem projektu jest Marek Rapnicki.
 
Serdecznie zapraszam w imieniu własnym i organizatorów.

niedziela, 18 listopada 2012

czwartek, 15 listopada 2012

"Oda na dzień św. Cecylii" (nagranie archiwalne)

Fragment telewizyjnego magazynu "Fronda" z 1996 roku.



Oda na dzień św. Cecylii

22 listopada 1692 roku w Londynie odbyło się prawykonanie
„Hail! Bright Cecilia” Henry Purcella


Płyną sekundy i płyną godziny
muzyka niebios w opactwie ustaje
to co raz było doprawdy nie minie
ale powrotem wieczystym się stanie
po wieku formy i wieku żelaza
wszystko więc w płynnych sestynach powraca

wieża kościoła ze snu chce się zbudzić
i oto wznosi ją łaska istnienia
wracają w pył obrócone marmury
ściany i krzyże witraże i Księga
w gorzkim powietrzu późnego baroku
piętrzy się jakiś przedziwny niepokój

wosk cyzeluje kaskady obrusów
ławki wracają na dawne swe miejsce
słychać już głośne dudnienie po bruku
wzdychają krypty tężeją kobierce
kościół się ludźmi wypełnia pomału
muzyka zamknie im usta jak całun

("Oda do śliwowicy i inne wiersze z lat 1992-2012")

środa, 14 listopada 2012

Sennik polski

Potwór III RP jest dużo bardziej przerażający niż peerelowska hybryda. Nie musi nosić maski. Ukryty za sceniczną kurtyną, zmienia naszą rzeczywistość w fikcję. Pamiętają państwo film Davida Lyncha „Mulholland Drive”? – Wszystko jest iluzją – powtarza konferansjer w klubie „Silencio”.


Kilka dni temu ukazała się książka z pełnym zapisem rozmów przeprowadzonych przez Joannę Lichocką do filmu „Przebudzenie”. To świadectwo ludzi, którzy dziesiątego dnia każdego miesiąca spotykają się na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, by złożyć hołd poległym w Smoleńsku bohaterom i upomnieć się o prawdę. Czy tytuł nie jest na wyrost? Nie, bo 10 kwietnia 2010 r. wielu z nas rzeczywiście przebudziło się z jałowego konsumpcjonizmu, kultu prywatności, zobojętnienia na politykę.

Sęk w tym, że wyrwani z własnego letargu i gotowi do współdziałania znaleźliśmy się w przestrzeni, która tylko w niewielkim stopniu przypomina jawę. To raczej wielopiętrowy, absurdalny koszmar, którego kolejne epizody nie mają żadnych konsekwencji. Rząd oskarżany o tuszowanie zbrodni nadal sprawuje władzę. Ciała poległych w Smoleńsku zostały zamienione, ale nikt nie ponosi za to odpowiedzialności. Niewygodni dla Rosjan świadkowie są znajdowani martwi? Prawdopodobnie zabili się z powodu nieszczęśliwej miłości. Detektory materiałów wybuchowych po bliższych oględzinach okazują się wykrywaczami dezodorantów. Podejrzewam, że gdyby podczas konferencji prasowej prokuratorowi wyrósł zielony róg na czole, też nikogo by to nie zdziwiło. W onirycznym świecie wszystko jest przecież możliwe.

Zbigniew Herbert mówił kiedyś o „socjalizmie z ludzką twarzą”: – To jest widmo dla mnie zupełnie nie do zniesienia. Jak jest potwór, to powinien mieć twarz potwora. Ja nie wytrzymuję takich hybryd, ja uciekam przez okno z krzykiem. Chyba wszyscy czujemy się dziś podobnie. Tyle że potwór III RP jest dużo bardziej przerażający niż peerelowska hybryda. Nie musi nosić maski. Ukryty za sceniczną kurtyną, zmienia naszą rzeczywistość w fikcję. Pamiętają państwo film Davida Lyncha „Mulholland Drive”? – Wszystko jest iluzją – powtarza konferansjer w klubie „Silencio”. – Wydaje wam się, że słyszycie orkiestrę, ale to wszystko jest nagrane na taśmę.

Prawie trzyletni już wysiłek patriotów w sprawie Smoleńska polega na upartym dążeniu do ustalenia prawdy. Rodziny poległych, naukowcy, politycy, dziennikarze i blogerzy weryfikują wszelkie dostępne materiały, przeprowadzają logiczne dowody, obalają propagandowe tezy. Większość z nas – zgodnie z tradycją cywilizacji łacińskiej – zakłada, że oficjalne potwierdzenie zamachu będzie rozstrzygające. Oszukiwanym wyborcom opadną klapki z oczu, naród osądzi zdrajców, a Zachód pomoże nam ukarać zbrodniarzy. Wierzymy, że z faktami się nie dyskutuje, a ujawnione zło musi wywołać reakcję ludzkiego sumienia i obowiązującego prawa. Czy jednak możemy być tego pewni? Wyobraźmy sobie, że jakimś cudem udaje się doprowadzić do międzynarodowego śledztwa, które potwierdza hipotezę mordu politycznego. Winy po stronie polskiej – przyjmijmy wersję hurraoptymistyczną – ograniczają się do mataczenia. Domyślam się, że linia obrony wyglądałaby następująco: – Nie dzień i nie rok będziemy żyli ze sobą i obok siebie w jednej ojczyźnie. A tego typu oskarżenia czynią takie współistnienie czymś nieznośnym. Nie sposób ułożyć sobie życia w jednym państwie z osobami takimi jak Jarosław Kaczyński.

Po której stronie stanęliby wówczas wyborcy PO? Gdzie przebiega granica, za którą szacunek dla ojczyzny staje się silniejszy od partyjnej nienawiści? Czy jest nią wyrzeczenie się niepodległości? Utrudnianie dojścia do prawdy? Współudział w zbrodni? Na jawie taka granica byłaby czytelna, ale w świecie iluzji nie istnieją żadne granice. Gdyby istniały, dziennikarze głównych mediów, celebryci i inni miłośnicy obecnej władzy próbowaliby je zweryfikować. Tymczasem w świecie III RP kłopotliwe pytania pojawiają się wyłącznie w teleturnieju „Kocham Cię, Polsko! ”. Niestety, nie dotyczą Smoleńska.

Myślę, że oni wiedzą, a przynajmniej przeczuwają, co naprawdę stało się nad lotniskiem Siewiernyj. A jeśli tak jest, to znaczy, że nawet po oficjalnym ustaleniu prawdy nie skończy się polski koszmar. Czeka nas wyniszczająca walka z demonem iluzji, przy którym były pułkownik KGB to pikuś. Odzyskanie przez PiS realnego wpływu na państwo jest niezbędne do ocalenia naszego bytu politycznego. Ale nie mniej ważne starcie rozegra się w sferze ducha. Już dziś wzywajmy na pomoc Boga i zastępy Jego aniołów, bo sami tej walki nie wygramy.

poniedziałek, 12 listopada 2012

"Oda do śliwowicy" już w księgarniach!

Dokładnie dwa lata po premierze "De profundis" ukazał się mój autorski wybór poezji z lat 1992-2012.

Książka pięknie wydana przez krakowskie Arcana (serdecznie dziękuję szefowej wydawnictwa, p. Zuzannie Dawidowicz)zawiera ponad sto utworów, które zostały umieszczone w pięciu działach. Decydując się na arbitralny wybór i układ tekstów, postanowiłem przybliżyć Czytelnikowi autorskie spojrzenie na tę poezję: jej najważniejsze tematy, kluczowe obrazy i hierarchie estetyczne.

Za najbardziej udane zawsze uważałem te wiersze, które podczas pisania przekraczały moją wyobraźnię, kierowały się własną logiką i melodią, okazując się ostatecznie "mądrzejszymi" ode mnie. Do dziś mam wobec nich poczucie pewnej "obcości". Wydaje mi się, że w większym stopniu są dziełem żywiołu języka polskiego i chrześcijańskiego ducha, niż wytworami poetyckiego warsztatu. Większość spośród tych tekstów zamieściłem na początku książki. Niektórych, z uwagi na rozmiar lub ścisłą przynależność tematyczną, nie udało się jednak wyodrębnić z innych kontekstów. Stąd również w kolejnych działach znalazło się kilka "utworów najważniejszych". Mam tu na myśli zwłaszcza niektóre wiersze z tomu "De profundis", *** (To co nas dzieli...), "Do końca", "Podziemne motyle", a przede wszystkim cały poemat "Imago mundi". W książce nie brakuje ponadto liryków młodzieńczych ("Królowa Delft", "Hölderlin"), stricte religijnych ("Corpus Christi", "Oda chorej duszy"), opisujących kosmos najbliższej okolicy ("W Matarni", "W Matemblewie") czy znanych z podręczników szkolnych ("Łódź na głębinie").

Drogi Czytelniku! Jeśli znalazłeś inspirację w tomie "De profundis" i chciałbyś poszukać jej także w moich wcześniejszych wierszach, kup "Odę do śliwowicy"! A jeśli znasz większość mojej poezji, sięgnij po tę książkę choćby po to, by porównać własne upodobania z perspektywą autora. Dla mnie redagowanie tej książki było fascynującą podróżą w głąb własnego życia, które - jak życie każdego chrześcijanina - jest opowieścią pisaną przez Boga.

"Odę do śliwowicy i inne wiersze z lat 1992-2012" można kupić w księgarniach internetowych, m.in. bonito.pl, gandalf.com.pl, fabryka.pl, bookmaster.pl, poczytaj.pl.

Zainteresowanym polecam również książkę Joanny Lichockiej "Przebudzenie", do której dołączona jest płyta CD "Wojciech Wencel: Wiersze o Polsce (czyta autor)".

niedziela, 11 listopada 2012

Rozmowa o książce "Przebudzenie"

O wspólnocie polskiego losu, prawdy i pamięci mówią Joanna Lichocka i Anita Czerwińska.



Książkę Joanny Lichockiej "Przebudzenie" można już kupić w większości księgarń internetowych. Dodatkiem do niej jest płyta CD "Wojciech Wencel: Wiersze o Polsce (czyta autor)" z nagraniem utworów m.in. z tomu "De profundis".

Nagroda Mackiewicza 2012 dla śp. Tomasza Merty

Jury uhonorowało tom pism wybranych "Nieodzowność konserwatyzmu".



















Tegoroczny laureat - historyk myśli politycznej, publicysta, w latach 2005–2010 podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego - zginął 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu, którym polska delegacja pod przewodnictwem prezydenta Lecha Kaczyńskiego podróżowała na uroczystości rocznicy zbrodni katyńskiej.

Książka "Nieodzowność konserwatyzmu" gromadzi refleksje nad fundamentami polityki, literaturą, a także nad bieżącymi wydarzeniami lat 90. i nieco późniejszych. Nagrodę odebrała Magdalena Merta, która podkreśliła, że jej mąż nie tylko badał tradycję konserwatywną jako historyk idei, ale też w codziennym życiu realizował ideały konserwatyzmu.

Nagroda im. Józefa Mackiewicza przyznawana jest dziełom ze względu na ich walory literackie oraz tematykę - ważną kulturowo, społecznie lub politycznie. Do konkursu zgłaszane są zarówno utwory literackie, jak i publicystyczne. Tradycyjnie nagroda wręczana jest 11 listopada. Wśród dotychczasowych laureatów są m.in. Jarosław Marek Rymkiewicz, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Bronisław Wildstein. W zeszłym roku nagrodzono Wojciecha Wencla za zbiór poezji „De profundis”.

Więcej w serwisie blogpress.pl

środa, 7 listopada 2012

Spotkanie w Mławie

Związek Twórców Ziemi Zawkrzeńskiej zaprasza na wspólny wieczór autorski Artura Nowaczewskiego i Wojciecha Wencla.

Spotkanie odbędzie się w najbliższy piątek, 9 listopada, w sali na piętrze Miejskiego Domu Kultury w Mławie (Stary Rynek 13). Początek o godz. 18.00.

[przyp. W.W.] W kuluarach będzie można kupić moją nową książkę "Oda do śliwowicy i inne wiersze z lat 1992-2012". Serdecznie zapraszam!

Jako jurorzy IX Mazowieckiego Konkursu Literackiego "Zaufaj Słowu" weźmiemy też udział w uroczystości wręczenia nagród laureatom, która rozpocznie się w tym samym miejscu w sobotę, 10 listopada, o godz. 11.00.

Spiritus movens obu wydarzeń jest prezes Związku Twórców Ziemi Zawkrzeńskiej i sekretarz jury, Jarosław Trześniewski-Kwiecień.

piątek, 2 listopada 2012

Dziady

Niby żyjemy już w wolnej Polsce, a wciąż przybywa wędrujących kości, o których nikt poza rodzinami i tradycyjnymi patriotami nie chce pamiętać.


Pocysterski kościół świętego Walentego w Gdańsku-Matarni, kostnica z czerwonej cegły i pokryta żużlem droga na cmentarz. Wspólne podziemne państwo Kaszubów, Niemców i Polaków. W końcu października piętrzą się tu usypiska żółtych liści. Korzenie starych lip i kasztanowców drążą tunele pod nagrobnymi płytami, a gliniasta ziemia klei się do butów. Mężczyzna w ortalionowej kurtce wyciąga z samochodu znicze, chryzantemy i świerkowe wieńce. Za moment ułoży je na zbitym z desek stole przy wejściu na cmentarz, tuż obok kapliczki „wystawionej od Arcybractwa Jezusowego w roku 1902”.

W okolicach tej daty zaczęto tu grzebać zmarłych. Wcześniej krzyże sterczały wokół kościoła zbudowanego w XIV wieku na ciasnym, otoczonym murem wzgórzu. W dzieciństwie chodziliśmy tam zbierać piszczele i czaszki, walające się wśród liści i wyschniętej ziemi. Od czasu do czasu próbowaliśmy odczytać gotyckie litery na jednym z nielicznych grobów, który się zachował. Pewne było tylko nazwisko pogrzebanej w tym miejscu rodziny Ficht, brzmiące równie obco jak nazwisko Otto Roemera, przedwojennego właściciela majątku Matarnia, który jako ojciec czworga dzieci i sprawiedliwy zarządca cieszył się szacunkiem miejscowej ludności. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.

Żeby opowiadać o zmarłych, trzeba cofnąć się do dzieciństwa, do swojej ziemi, w której roi się od kości ludzi wychowanych w „tutejszych” miejscach, nasiąkniętych „tutejszymi” widokami. Im bardziej oswojona jest przestrzeń, tym łatwiej odczuć duchową obecność jej dawnych mieszkańców. Tak, to wszystko prawda, ale co z kośćmi naszych, polskich męczenników, które jak kąkol wyrwano z ojczystego krajobrazu? Rozrzucone po nieludzkiej ziemi, stają się naczyniami dla deszczu, mieszkaniami wiatru. Kto je pozbiera i ułoży pod krzyżem? „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie” – pisał Adam Mickiewicz w III części „Dziadów”. Skoro od bezimiennych mogił dzielą nas setki kilometrów, narzędziem naszej troski powinna być kultura. Czy jest?

W „Głowie owiniętej koszulą” Jarosław Marek Rymkiewicz przytacza autokomentarz Mickiewicza: „Z „Dziadów” chcę zrobić jedyne dzieło moje warte czytania, jeśli Bóg pozwoli skończyć”. Okazuje się, że znane nam sceny podróży zesłańców kibitkami wieszcz uznawał jedynie za wstęp do opisów więzień i „katorżnej roboty”. Swoim poematem miał zamiar objąć „całą historię prześladowań i męczeństwa naszej Ojczyzny”. Bóg nie pozwolił mu zrealizować projektu, ale tylko dlatego, że postawił na polifonię. Arcydzielny, apokaliptyczny obraz Sybiru dał Juliusz Słowacki w „Anhellim”. A kultura II RP przekształciła tę wizję w mit czytelny dla każdego – od profesora po rzemieślnika.

Zadaniu ocalenia narodowej pamięci sprostali też poeci emigracyjni po drugiej, sowieckiej fali zsyłek. W wierszu „Msza żałobna w Katedrze Nowojorskiej” Kazimierz Wierzyński pisał: „Modlimy się za najbliższych, imiona marzną nam w ustach,/ Za wywiezionych w pociągach nie wiedzieć w jakim kierunku,/ Za utraconych bez wieści w pustkowiach, na osiedleniu,/ W jurtach, gdzie siostra jest nasza matką kirgiskich bękartów,/ W stepach, gdzie plewy pożywnej dzieci szukają w nawozie,/ Za bezimienną kalwarię w codziennej, conocnej grozie/ Prześladowanych uparcie./ Modlimy się za niewinnych”.

Tę modlitwę warto powtórzyć w Dzień Zaduszny, przemierzając rodzinne cmentarze. Ale trzeba też pomodlić się za emigrantów, zesłańców sumienia. I za poległych w Smoleńsku, którzy – wskutek „pomyłek” państwa – przenoszeni są z grobu do grobu. Niby żyjemy już w wolnej Polsce, a wciąż przybywa wędrujących kości, o których nikt poza rodzinami i tradycyjnymi patriotami nie chce pamiętać. Bo, jak głoszą idole tego świata, należy uwolnić się wreszcie od martyrologii, wspólnoty i Boga. Jeśli dla kultury III RP są ważne jakieś „Dziady”, to tylko te Kazimierza Dejmka z 1968 r.

Początek listopada to czas przeznaczony na powszechną modlitwę za zmarłych. Ale – jak pisał Mickiewicz – „wiara we wpływ świata niewidzialnego, niematerialnego na sferę ludzkich myśli i działań jest ideą macierzystą poematu polskiego”. Sprecyzujmy: jest ideą macierzystą całego polskiego życia. Niech więc nasze narodowe Dziady trwają przez cały rok, przybierając widzialną formę każdego dziesiątego dnia miesiąca. W Warszawie na Krakowskim Przedmieściu.

poniedziałek, 29 października 2012

Rymkiewicz w pokoju wieszcza

Autor „Głowy owiniętej koszulą” odnajduje siebie w ilustrowanym czasopiśmie z 1885 r., na drzeworycie przedstawiającym pokój, w którym powstała „Grażyna”. Stoi zamyślony, w stroju z epoki, ściskając w dłoniach kapelusz. Wierzą mu państwo? Ja mu wierzę.

"Gazeta Polska Codziennie" 27-28 października 2012 

Każda nowa książka Jarosława Marka Rymkiewicza jest wydarzeniem. Najwybitniejszy żyjący polski poeta z zasady nie publikuje słabych wierszy, a jego proza historiozoficzna niezmiennie wywołuje popłoch na salonach i żywe dyskusje w strefie wolnego słowa. Dość wspomnieć „Wieszanie”, „Kinderszenen” czy „Samuela Zborowskiego”. Najwyższy czas, by na tę listę bestsellerów trafił zapomniany nieco cykl „Jak bajeczne żurawie”, poświęcony życiu Adama Mickiewicza.

„Głowa owinięta koszulą” to piąty już tom wspomnianego cyklu. Wcześniej były „Żmut”, „Baket”, „Kilka szczegółów”, „Do Snowia i dalej”. W podróż śladami wieszcza Rymkiewicz wyrusza zaopatrzony w setki fiszek z cytatami, datami, adresami i nazwiskami. Bardziej niż historyka literatury przypomina jednak detektywa z powieści Agathy Christie czy Borysa Akunina. Jest precyzyjny, dociekliwy i świadomy grozy istnienia. Zwraca uwagę na detale, nie próbuje redukować tajemnicy w imię naukowych zabobonów. Interesują go problemy z pogranicza historii i metafizyki.

Dlaczego romantycy umierali młodo? Czy Mickiewicz był objęty cudowną opieką Najświętszej Panienki? Gdzie się przed nami ukryły nieznane dziś fragmenty „Dziadów”, w tym piękny, leśmianowski z ducha wiersz o chłopcu, który tuła się między mogiłami, a wokół chórem nucą piołuny, dziewanny i... ślimaki? Wreszcie, kto otruł wieszcza i dlaczego zrobiła to poczciwa pani Rudnicka?

Większość z nas traktuje historię jako przestrzeń martwą i zamkniętą. Pracownik muzeum opatruje eksponaty tabliczkami z nudnym opisem. Przeciętny badacz literatury z obowiązku stara się dowiedzieć, jaki był pierwotny kontekst dzieła. Autor powieści historycznej dorysowuje bohaterom wąsy. Reżyser rozwiesza na gwoździach faktów pościel uszytą na miarę współczesnej telenoweli. W książkach Rymkiewicza jest inaczej. Ich czytelnik ma wrażenie, że opisywane sceny, zdarzenia, gesty, nawet budynki i przedmioty dzieją się lub trwają w jakimś wiecznym „teraz”. I są nie mniej aktualne niż nasza empiryczna rzeczywistość.

W tej historii wciąż ktoś (lub coś) się rusza, wchodzi i wychodzi, gada albo świeci oczami. Antoni Edward Odyniec nieustannie zmyśla, na trawniku w Ogrodzie Bernardyńskim przewracają się kręgle, opuszczone mieszkania dosłownie łażą za swoimi lokatorami, a muzykalna panna z drezdeńskiej stancji skrycie kocha się w polskich poetach. Co raz spełniło się w pamięci, już zawsze będzie domagało się prawa do istnienia.

Poeta z Milanówka swobodnie porusza się w tym wiecznym świecie. Nie przenosi się w czasie, nie odpowiada na szkolne pytanie: „Co by było, gdybym urodził się w XIX stuleciu?”. On tam po prostu jest. Odnajduje siebie w ilustrowanym czasopiśmie z 1885 r., na drzeworycie przedstawiającym pokój, w którym powstała „Grażyna”. Stoi zamyślony, w stroju z epoki, ściskając w dłoniach kapelusz. Wierzą mu państwo? Ja mu wierzę. „Zmyślenie oraz prawda mieszczą się przecież w tej samej (chyba?) sferze, której imię Geisterwelt”. Może bohaterowie „Głowy owiniętej koszulą” mają dusze postaci historycznych, a może to tylko zjawy karmione wyobraźnią. Tak czy inaczej, żyją i wpływają na nasze tutejsze wybory. Na tym polega potęga kultury.

„Głowa owinięta koszulą” obnaża śmieszność zarzutów stawianych Rymkiewiczowi przez gazetowych publicystów. Traktują go jak polityka lub historyka, gdy on przemierza Geisterwelt. Oczywiście, warto szukać dróg prowadzących z tego duchowego świata do naszej codzienności. Trzeba jednak pamiętać, że są to ścieżki „wzniosłe i ukryte”. W swojej książce Rymkiewicz opisuje kukłę Mickiewicza rewolucjonisty, którą komuniści z „Nowych Widnokręgów” sporządzili po to, by pozbawić Polaków polskości. Nie żądajmy od Rymkiewicza, żeby sam stał się kukłą. Dajmy się ponieść jego narracji, bo to, co najważniejsze, jest tam ukryte między wierszami. Tajemnicze, niedopowiedziane, arcypolskie.

niedziela, 28 października 2012

Kazimierz Wierzyński o Emigracji


Epitafium dla Wernyhory

Gdyby nie pieśni i wiersze, zwęglone ciało Levittoux czy zwłoki oficerów z Katynia byłyby dla nas jedynie materią, budzącym odrazę, lęk lub żądzę zemsty świadectwem triumfu wroga. Nasza historia stałaby się nie do zniesienia.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 24 października 2012

Śmierć Przemysława Gintrowskiego nie okazała się wstrząsem dla kultury III RP. Większość portali internetowych poinformowała, że odszedł długoletni współpracownik Jacka Kaczmarskiego i autor muzyki do serialu „Zmiennicy”. Tak jakby chodziło o muzycznego wyrobnika, którego bez popularnych protez byłoby trudno zidentyfikować. Najwyraźniej młodym redaktorom nikt nie powiedział, kim był brodaty bard dla pokolenia dojrzewającego w stanie wojennym. A był nie tylko oryginalnym artystą, ale i postacią wręcz symboliczną. Jeśli Kaczmarski miał w sobie coś ze Stańczyka, to Gintrowski z powodzeniem wcielał się w Wernyhorę z „Wesela” Wyspiańskiego. Obdarzony charyzmatycznym głosem, kojarzył się z „Panem-Dziadem z lirą”, który przybywa z głębi dziejów, niosąc Polakom przesłanie walki i wolności.

Przynajmniej tak odbieraliśmy go jako licealiści w ostatnich latach PRL. Każda nasza gitarowa prywatka zaczynała się od ballad Stachury i bieszczadzkich smętów, później były „Mury” i „Sen Katarzyny II”, ale prawdziwą energię niosły utwory Gintrowskiego do słów Jerzego Czecha: „Karol Levittoux” i „Margrabia Wielopolski”. Po pierwsze, skuteczniej niż okrojone lekcje historii budowały w wyobraźni mit polskości, a po drugie, inspirowały do działania. Gdy je śpiewaliśmy, atmosfera gęstniała jak podczas koncertu Mochnackiego w genialnym wierszu Jana Lechonia. „Uciekać! Krew pachnie w tej sali!!!” – wzdychały co wrażliwsze koleżanki.

Podobny wpływ miały na nas pieśni wprost odnoszące się do współczesności: „Gdy tak siedzimy” czy „ZOMO – spokój – bies”. Nasze konspiracyjne doświadczenia z racji szczenięcego wieku były raczej skromne, ale świadomość niepodległościowa, uzyskana dzięki poezji śpiewanej, wydawała się drogowskazem na całe życie. Inna sprawa, że nie wszyscy zrobili z niej użytek. Często zastanawiam się, gdzie są dziś ówcześni właściciele gitar, którzy zachrypniętym głosem starali się dorównać Gintrowskiemu. I dlaczego autorzy tekstów: Leszek Szaruga i Tomasz Jastrun, tak łatwo zgubili się w III RP.

Gintrowski wytrwał na prostej drodze. Gdy „Gazeta Wyborcza” ogłosiła, że „Pan Cogito ma kłopot z demokracją”, pozostał wierny swojemu mistrzowi. Kilka spośród jego utworów do wierszy Zbigniewa Herberta to interpretacyjne arcydzieła: „Guziki”, „Prośba”, „Odpowiedź”, „Do Marka Aurelego”... Także jego wybory polityczne nie miały nic wspólnego z koniunkturalizmem. W maju 2010 r. podpisał wystosowany przez środowisko herbertowskie apel o poparcie Jarosława Kaczyńskiego na urząd prezydenta RP. Jego komentarze regularnie pojawiały się na łamach „Naszego Dziennika” i „Gazety Polskiej”. Po tragedii smoleńskiej zdecydowanie upominał się o prawdę. A jednocześnie w każdym niemal wywiadzie podkreślał destrukcyjne dla wspólnoty skutki komercjalizacji kultury. Nie robił tego z żalu za utraconą popularnością. Miał raczej głęboką świadomość roli, jaką kultura protekcjonalnie zwana dziś „wysoką” odgrywa w oswajaniu narodowej traumy.

Gdyby nie pieśni i wiersze, zwęglone ciało Levittoux czy zwłoki oficerów z Katynia byłyby dla nas jedynie materią, budzącym odrazę, lęk lub żądzę zemsty świadectwem triumfu wroga. Nasza historia stałaby się nie do zniesienia. Kultura jest od tego, żeby odsłonić sens tej historii w sferze mitu, religii, wartości. Bez niej stajemy się bezbronni wobec krwi, cierpienia, poniżenia. Zaczynamy kierować się zwierzęcym instynktem, który w dłuższej perspektywie prowadzi do rozpaczy.

Warto o tym pamiętać w kontekście ujawnionych przez Rosjan zdjęć ze Smoleńska. Świadome pogwałcenie tabu ma nam odebrać poczucie godności, rozbudzić zbiorowe emocje i zredukować nas do poziomu ofiar bezdusznej historii. Na szczęście tradycja polskiej kultury to potężna broń. Pozwala przenikać w przestrzeń tabu, nie naruszając go. Potrafi zamieniać drastyczność w piękno człowieczeństwa, gniew w wierność, a ślepą nienawiść w „ranioną miłość”, o której pisał Kazimierz Wierzyński. Nie trzeba bać się szczątków naszych poległych ani się ich wstydzić. Trzeba zaczerpnąć z polskiej kultury choć odłamek tej czułości, z jaką Matka Boża Katyńska obejmuje przestrzeloną czaszkę żołnierza. Twórczość Gintrowskiego może nam w tym pomóc.

piątek, 26 października 2012

Hymn o miłości sakramentalnej

Niezwykły tom wierszy Leszka Elektorowicza.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 43/2012

Poezja jest miłością. Przynajmniej ta prawdziwa, pisana bezinteresownie, a nie mizdrząca się do czytelnika feerią sztucznych ogni. Ale we współczesnej poezji dojrzała miłość pojawia się bardzo rzadko. Młodzi poeci zazwyczaj popisują się językowymi sztuczkami, cynizmem, ironią. Jeśli przedstawiają stosunki seksualne, robią to w manierze komentatorów sportowych, nie stroniąc od wulgaryzmów. Starsi piszą o historii, kulturze, przyrodzie, samotności. Niektórym zdarza się wspomnieć o wierze. Jednak rzeczywistość małżeństwa czy rodziny przez większość autorów jest traktowana z dystansem. A przecież trudno sobie wyobrazić bardziej naturalne źródło inspiracji niż ukochana osoba, w której stopniowo odkrywamy księgę pisaną przez Boga. Żyjąc z nią przez lata, mamy okazję widzieć, jak dojrzewa, zmaga się z trudnościami, cierpi albo pozwala się prowadzić łasce. Dzięki małżeńskiej jedności stajemy się współuczestnikami tej drogi. Piękno, które urzekło nas w młodości, odradza się w nowych formach aż do grobowej deski.

Są ludzie, którzy nienawidzą własnej starości. Nie potrafiąc pogodzić się z upływem czasu, nazywają ją „celą śmierci”. Być może jest to reakcja na terror współczesnej kultury, w której obowiązują ideały Zuty Młodziakówny z „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Na tym tle szczególnie krzepiąco brzmią „Wiersze dla Marii” (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2012) Leszka Elektorowicza. Urodzony we Lwowie poeta, który w tym roku kończy 88 lat, ułożył współczesny hymn o miłości, i to o miłości sakramentalnej, niemodnej, budowanej przez 65 lat małżeństwa. Gdzie się schronić „przed żarłocznością czasu”, która jest w stanie każdego z nas doprowadzić do rozpaczy? Poeta powierza swój sekret ukochanej żonie: „Trzeba długo patrzeć na ciebie/ na drgnienia twarzy/ zmarszczkę/ zmrużenie oczu/ na teraźniejszość która mija/ na młodość odeszłą/ która wraca na chwilę”.

Jedynie taka perspektywa – wierne wpatrzenie w najbliższą osobę – odsłania niezniszczalność życia. Co się zdarzyło, trwa w jakimś wiecznym „teraz”, ocalone przez miłość: „Widzę cię/ we wszystkich wymiarach czasu/ i miejsc w których wciąż jesteś obecna/ kiedy czteroletnią rączką strzepujesz/ mrówki z białej bufiastej spódniczki/ i kiedy modro-wielko-okim wzrokiem/ wodzisz po niebie za zamyślonym obłokiem”. Jedność małżeńska okazuje się kluczem do tajemnicy, otwiera metafizyczne bramy świata: „Ty jesteś moim okiem ja twoim słuchem/ bez ciebie nie widzę głębi/ beze mnie ty widzisz film niemy”. Jest żywo doświadczanym zwiastunem królestwa Bożego. Nieprzypadkowo tom zaczyna się obrazem budzącej się o świcie żony, nawiązującym do biblijnego aktu stworzenia: „Każdego dnia/ rodzi się dla mnie/ każdego dnia obdarza mnie Bóg/ od nowa”.

W dzisiejszym świecie krótkotrwałych związków niełatwo jest odkryć wieczną moc małżeństwa. Także dlatego, że młodzi ludzie nie przeszli żadnej poważnej próby historycznej, która potwierdziłaby triumf miłości, choćby ciężko ranionej, nad śmiercią. Są bezbronni wobec najdrobniejszych dramatów czy nieporozumień. U Elektorowicza doświadczenia osobiste nieustannie weryfikowane są przez bolesne losy Polski. Jak refren powraca wspomnienie „trwożnego spotkania młodych ciał” w pokoju z zasłoniętymi oknami, kiedy „na ulicy gasło echo strzału”. Apokaliptyczny jest „nasz pocałunek/ nad świeżym lejem bomby/ pospieszna pieszczota/ na skraju wulkanu”.

Leszek Elektorowicz nie należy do panteonu twórców III RP. Tym bardziej zasługuje na naszą uwagę. Cała jego biografia jest niezwykła. W czasie wojny walczył w oddziale łączności Armii Krajowej, a jednocześnie pracował jako karmiciel wszy w lwowskim Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami prof. Rudolfa Weigla. Po dekonspiracji udało mu się zbiec do Krakowa, ale jego rodzice padli ofiarami niemieckich represji: ojciec zginął w obozie koncentracyjnym w Gross-Rosen, matka była więziona w Ravensbrück. Przez długie lata Elektorowicz był najbliższym przyjacielem Zbigniewa Herberta. W latach 1950–1956, nie godząc się z dyktatem socrealizmu, zaprzestał wszelkich publikacji. Także jego wycofanie się z głównego nurtu kultury III RP to świadomy wybór. Przywiązany do niepodległościowych wartości, od lat publikuje głównie w dwumiesięczniku „Arcana”, nawiązującym do tradycji międzywojennego „Prosto z mostu” i emigracyjnych „Wiadomości”. Choć dla klakierów z literackich salonów pozostaje anonimowy, jest niewątpliwie jednym z najwybitniejszych poetów naszego czasu.

Mimo że tom „Wiersze dla Marii” ma konkretną adresatkę, warto czytać go również jako uniwersalne świadectwo prawdy o ludzkim życiu. Potwierdzona egzystencjalnie wiara w moc miłości może stać się dla każdego z nas istotnym punktem oparcia. A szlachetna prostota języka przywraca pierwotny sens zawłaszczonym przez popkulturę pojęciom: „Jesteś moją ikoną/ moją na wieki żoną”. Co nie zmienia faktu, że pani Marii należą się szczere gratulacje. Dawno nie było w polskiej poezji tak olśniewającej Muzy.

czwartek, 25 października 2012

Premiera książki Joanny Lichockiej „Przebudzenie”

Dodatkiem jest płyta „Wojciech Wencel: Wiersze o Polsce”
(czyta autor).









































Dzisiaj do księgarń trafi „Przebudzenie” - zbiór rozmów, jakie Joanna Lichocka przeprowadziła do filmu pod tym samym tytułem, zrealizowanego we współpracy z Jarosławem Rybickim i Rafałem Dudkiewiczem i wydanego przez „Gazetę Polską”. W filmie wykorzystano jedynie krótkie fragmenty wypowiedzi bohaterów. Edycja książkowa zawiera pełny zapis rozmów.

Dodatkowo Wydawnictwo M postanowiło dołączyć do każdego egzemplarza płytę z nagraniem 28 moich „Wierszy o Polsce” w interpretacji autorskiej. Utwory pochodzą z tomów „De profundis”, „Oda na dzień św. Cecylii” i „Wiersze zebrane”. Dwa ukazały się wcześniej wyłącznie w dwumiesięczniku „Arcana”. Wydanie polecam więc zarówno osobom zainteresowanym stanem polskiej wspólnoty narodowej po 10 kwietnia 2010 r., jak i czytelnikom mojej poezji, którzy chcieliby uzupełnić kolekcję wierszy ich wersją dźwiękową.