środa, 30 kwietnia 2014

Filmowy portret Bohuslava Reynka

Piękny dokument o czeskim poecie i grafiku, który w mojej opinii był najwybitniejszym artystą XX wieku. Przy okazji przypominam swój esej opublikowany pięć lat temu w piśmie „44 / Czterdzieści i Cztery”.



GŁUPKIEM JESTEM W SWOJEJ WSI

Wojciech Wencel

Solą Wyżyny Czesko-Morawskiej są kamienie. Leżą na skraju pól, tworzą mury i ogrodzenia, przykrywają groby gospodarzy, którzy za życia sami wyorali je z ziemi. Najciekawsze okazy mają formę niezgrabnego krzyża albo tablicy z jego zarysem. To pamiątki morderstw popełnionych wieki temu z chciwości, zazdrości i gniewu. W myśl średniowiecznego prawa kanonicznego zabójca był zobowiązany pokryć koszty pogrzebu ofiary, zamówić określoną ilość mszy żałobnych, łożyć na utrzymanie osieroconych dzieci oraz odbyć pieszą pielgrzymkę do Jerozolimy lub Rzymu. Pierwszym krokiem na drodze pokuty i pojednania było jednak wyciosanie krzyża i ustawienie go w miejscu przestępstwa. Za tworzywo służył kamień polny, za dłuto – najczęściej narzędzie zbrodni.

Zapoczątkowany w średniowieczu zwyczaj przetrwał w Europie aż do XIX wieku. W Polsce zachowało się jedynie 600 krzyży pokutnych, głównie na Dolnym Śląsku. W Czechach jest ich prawie cztery razy więcej. Okolice miasta Havlíčkův Brod (do 1945 roku Německý Brod) to prawdziwe zagłębie kamiennych osobliwości, które wprawdzie nie zawierają personaliów uczestników tragedii, ale często informują o sposobie popełnienia zbrodni. Dzięki wyżłobionym motywom wiemy, że w lesie pod Bartoušovem sprawca strzelał z kuszy, przy drodze do wsi Štoky użył topora, a w majątku Český Dvůr wykorzystał ostrew, czyli świerk o przyciętych i zaostrzonych gałęziach. Po odwiedzeniu kilkunastu takich miejsc powietrze gęstnieje od śmierci, a krajobraz zamienia się w księgę winy i odkupienia.

Legenda o pustelniku

Josef Mlejnek mieszka we wsi Lípa, pięćdziesiąt metrów od miejsca, w którym – jeśli wierzyć kamieniowi pokutnemu – jakiś szaleniec zaszlachtował sąsiada nożem myśliwskim. Kiedy siedzimy w miejscowej gospodzie, rozmawiając o piłce nożnej, myśl o śmierci wydaje się niedorzeczna. A jednak uparcie wraca między jednym a drugim wybuchem śmiechu, papierosem, łykiem piwa. Barmanka niespiesznie napełnia kufle, młody chłopak gapi się w ekran telewizora, na którym przesuwają się sylwetki hokeistów, w zadymionym kącie grupka emerytów gra w mariasza. Mam wrażenie, że wszystko to już było, a my jesteśmy jednocześnie żywi i dawno zmarli.

Josef jest poetą, wybitnym krytykiem literackim, tłumaczem polskiej i francuskiej literatury. Jego dziadkowie od strony ojca żyli na Wołyniu. Choć byli prawosławnymi Czechami, posiadali obywatelstwo II Rzeczypospolitej. Do końca życia ze łzami w oczach wspominali dokonaną przez nacjonalistów ukraińskich rzeź, w której zginęło ponad 60 tysięcy Polaków, w tym wielu ich sąsiadów i przyjaciół.

W połowie lat 60. XX wieku, kiedy Josef studiował filologię czeską i filozofię na Uniwersytecie Masaryka w Brnie, po raz pierwszy usłyszał o Bohuslavie Reynku – objętym zakazem druku i zmową milczenia poecie i grafiku, żyjącym jak pustelnik w maleńkim Petrkovie. W maju 1967 roku odwiedził Reynka w jego samotni. Towarzyszył mu przyjaciel ze studiów, poeta Karel Křepelka, który planował napisanie rozprawy o twórczości gospodarza. W trakcie wizyty ambitny badacz zdobył niezbędne informacje, jednak nie potrafił z nich skorzystać zgodnie z prawidłami metodologii. Po latach wspominał, że zrezygnował z pisania, bo praca szybko zamieniła się w hymn pochwalny pod tytułem „Sursum corda”. Obaj studenci już wcześniej szukali dla siebie duchowej przystani, m.in. czytając pisma Jacquesa Maritaina, Ernesta Hello i Léona Bloy. Do Petrkova przyjechali świeżo po konwersji na katolicyzm, a spotkanie z Reynkiem utwierdziło ich w gotowości podejmowania radykalnych wyborów.

Křepelka zrezygnował ze studiów na socjalistycznej uczelni, co nie wyszło mu na dobre, bo niemal natychmiast przypomniało sobie o nim wojsko. Później pracował w ogrodzie zoologicznym i szukał natchnienia w seminarium. Miotał się, próbując rozpoznać swoje powołanie. Mlejnek ostatecznie uzyskał dyplom, ale i jemu było trudno znaleźć odpowiednie zajęcie. Do 1989 roku pracował jako bibliotekarz, weterynarz, palacz, publikując wyłącznie w drugim obiegu.

Ślady ptasich stóp

Lípę od Petrkova dzielą dwa kilometry. Wąska szosa wspina się na wzgórze częściowo pokryte śniegiem. Po obu stronach wyrastają czarne, ograbione z liści jabłonie. Przez ten dramatyczny pejzaż jedziemy do zrujnowanego dworu, w którym Bohuslav Reynek spędził niemal całe życie. Wzniesiony w 1750 roku długi, biały budynek ma prostą konstrukcję. Główne wejście pozbawione jest schodów i ozdób na kamiennym portalu. Jedyną fantazją architekta wydaje się kwadratowa wieża po wschodniej stronie bryły. Historia rodziny Reynków wiąże się z tym miejscem od 1866 roku, kiedy pochodzący z Bohušic dziadek poety zdecydował się kupić dwór wraz ze sporym kawałkiem ziemi.

Co takiego kryje się w wierszach Reynka, że potrafią wpływać na duchowość czytelników? Na pewno nie jest to twórczość dewocyjna ani moralizatorska. Gdybyśmy mieli wskazać polskiego odpowiednika poety z Petrkova, byłby to Józef Czechowicz z jego liryczną, ściszoną dykcją, która rejestruje metafizyczny puls prowincji. W blasku księżyca, w zimowej scenerii ludzie, koty i owce tworzą wspólnotę życia i śmierci, jednak – inaczej niż u Jarosława Marka Rymkiewicza – różnią się od siebie w perspektywie eschatologicznej. Obecna w tych wierszach czułość dla zwierząt jest odbiciem uczucia, jakim „Pasterz prastary” darzy człowieka. W przyrodzie ukryte są biblijne znaki, które po odczytaniu pozwalają nam oswoić codzienne umieranie i dają chrześcijańską nadzieję. Śmierć nie oznacza ostatecznej zagłady. Pozostawione na śniegu ślady stóp ptaka, który wzniósł się do nieba, przypominają koronę cierniową i kolczaste druty obozów koncentracyjnych, ale są również zapowiedzią powtórnego przyjścia Zbawiciela.

Fenomen poezji Reynka polega na jej ścisłym związku z jego biografią. Oszczędne, czyste frazy wydają się destylatem cierpienia, które dzięki głębokiemu zawierzeniu poety przeistoczyło się w chwalebny krzyż Chrystusa. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po przekroczeniu progu petrkovskiego dworu, jest właśnie wielki, wiszący krucyfiks. Do mieszkania prowadzą szerokie, drewniane schody, ściany wieńczy krzyżowo-żebrowe sklepienie, godne dawnych domów zakonnych, ale największe wrażenie robi sączące się z okna światło. W ciszy przerywanej pomiaukiwaniem kotów wydaje się znakiem Bożej i ludzkiej cierpliwości.

Miejskie trucizny

Bohuslav Reynek urodził się 31. maja 1892 roku w Petrkovie jako jedyny syn właściciela ziemskiego. Do szkoły podstawowej chodził w sąsiedniej wsi Svatý Kříž. Kiedy ojciec wydzierżawił majątek, rodzina przeniosła się na kilka lat do Jihlavy, gdzie Bohuslav ukończył szkołę realną. Studia rolnicze, podjęte na życzenie ojca w cesarsko-królewskiej Wyższej Szkole Technicznej w Pradze, zakończyły się fiaskiem. Wskutek absolutnego braku zainteresowania młody Reynek już po kilku tygodniach nauki wrócił do Petrkova, a miesiąc później wyjechał do francuskiej Bretanii, gdzie zaczął malować i pisać wiersze.

W 1914 roku poznał Josefa Floriana, wydawcę książek ze wsi Staré Říše, wybitną postać ówczesnej katolickiej kultury, i stał się jednym z jego najbliższych współpracowników. Przez kolejne 35 lat tłumaczył dla oficyny „Dobré dílo” poezję i prozę m.in. Charlesa Péguy, Georga Trakla, Paula Claudela, uzupełniając przekłady własnymi wierszami i grafiką. W 1921 roku zadebiutował tomem prozy poetyckiej „Žízně”, a do wybuchu II wojny światowej zdążył opublikować jeszcze sześć autorskich książek.

W połowie lat 20. przełożył debiutancki tom wierszy „Ta vie est lá…” francuskiej poetki Suzanne Renaud. Zafascynowany postanowił znowu wyjechać do Francji, tym razem do Grenoble, aby poznać autorkę osobiście. Miłość do literatury szybko przerodziła się w bardziej konkretne uczucie i w 1926 roku Bohuslav i Suzanne stanęli przed ołtarzem.

  W Grenoble małżonkowie pozostali przez kolejne dziesięć lat. Tam przyszli na świat obaj ich synowie. Dla poety, który dotąd opisywał wyłącznie okolice petrkovskiego dworu, skupiając się na szczegółach fauny i flory, pobyt w obcym mieście stał się traumą. „Deszcze, ciemność, niebo żółte i szare, domy potwornie się pocą i cuchną, schody mokre, mury mokre, ludzie jak świeżo kastrowane psy. Gór nie widać, w kościołach oślinione szopki, a przed nimi anioł ze skarbonką na brzuchu...” – skarżył się w jednym z listów do kraju.

Dopiero po śmierci ojca w 1936 roku Reynek przejął rodzinny majątek. Odtąd zimowe miesiące spędzał z żoną i synami w Petrkovie, a letnie we Francji. Za granicą czuł się jednak coraz gorzej. „Kiedy wracamy z Grenoble – pisał – zawsze jestem jak chrząszcz, który się zderzył z murem. Leży na plecach, stara się wzlecieć, macha nogami, ale nie jest w stanie”. Długimi godzinami przesiadywał w ogrodzie, żeby „oczyścić płuca z miejskich trucizn”.

Wróg ludu

Dylematy cywilizacyjne skończyły się po wybuchu wojny, kiedy wraz z Niemcami wkroczyła na Wyżynę Czesko-Morawską stara znajoma tej ziemi – śmierć. W Lípie powstał obóz pracy dla Żydów. W latach 1940-1945 przeszło przezeń 1353 młodych mężczyzn, z których ocalało jedynie stu. Zdecydowana większość zginęła w obozie koncentracyjnym w Terezínie. W Petrkovie było spokojniej. Przez pierwsze lata okupacji Reynek pracował w majątku zarekwirowanym przez Niemców. Dopiero w 1944 roku został zmuszony do odejścia i schronił się z rodziną w Staréj Říši. Wprawdzie Josef Florian zmarł trzy lata wcześniej, ale pozostawił po sobie dwanaścioro dorosłych dzieci, które chętnie pomogły przyjacielowi ojca.

Do Petrkova Reynek wrócił po zakończeniu wojny. Niestety, po przejęciu władzy przez komunistów w 1948 roku majątek stał się częścią Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej (Jednotné Zemědělské Družstvo – JZD). Rodzina byłego właściciela znalazła w nim zatrudnienie na niezbyt eksponowanych stanowiskach. Starszy syn Daniel został kierowcą ciężarówki, młodszy Jiří przyjął etat oborowego, a senior rodu pracował jako robotnik rolny, zajmując się m.in. gotowaniem ziemniaków dla świń. Z głębi domu śledziła te poczynania Suzanne, autentyczna dama, której nowa władza odebrała możliwość kontaktowania się z rodziną we Francji.

Jakby tego było mało, Reynek został uznany za wroga ludu. Wprawdzie uniknął losu innych katolickich pisarzy, z Janem Zahradníčkiem na czele, którzy w 1951 roku w sfingowanym procesie tzw. „zielonej międzynarodówki” zostali skazani na długoletnie więzienie za „propagowanie najbardziej reakcyjnych poglądów Watykanu”, ale został objęty całkowitym zakazem druku, a jego książki usunięto z publicznych bibliotek. Nie pozwalano mu także wystawiać grafik. Musiał pogodzić się z myślą, że świat już nigdy o nim nie usłyszy. „Głupkiem jestem w swojej wsi,/ poznają mnie smutne psy,/ białe psy ospałe,/ płynące w nieznane,/ żaden z nich nie szczeka:/ witają mnie z daleka,/ są to psy obłoków,/ biegną i się nie skarżą” – pisał w swoim bodaj najbardziej znanym wierszu.

Z tego okresu pochodzą fotografie, na których poeta wygląda jak ptaszek. Drobny, wychudzony, siedzi na krześle przy kuchennym piecu z nogami wspartymi o szczebelek i wodzi rylcem po miedzianej tabliczce. Żył w ubóstwie, modląc się, tworząc i wypasając owce, ale akceptował swój los. Miał świadomość, że duchowe piękno rodzi się w bólu. I że potrzeba nieskończenie długiego czasu, aby się objawiło: „Pod dotykiem skupionych cisz/ ziemia w bielutki się zmienia chleb./ Dojrzewa w winnicach pokornych kryształowe grono ascezy;/ błogosławiąc niemotę swych ust,/ spętanych łańcuchem boleści,/ widzę jak rośnie perła zachwytu”.

Pielgrzymki młodych

W 1957 roku Reynek przestał pracować fizycznie i zajął się wyłącznie twórczością poetycką i graficzną. Często na kilka dni i nocy zamykał się w drewnianej chatce w ogrodzie, gdzie miał łóżko i półkę z książkami. Siedem lat później pochował żonę. W niewielkim stopniu wynagrodziły mu tę stratę pierwsze wystawy jego prac. Do Petrkova zaczęli przyjeżdżać dziennikarze, ale poeta czuł się z tym nieswojo. Nie uczestniczył w wernisażach, a w wywiadach udzielał jednosylabowych odpowiedzi.

Mimo to Petrkov stał się w drugiej połowie lat 60. celem pielgrzymek młodej inteligencji. Křepelka i Mlejnek byli jednymi z wielu spragnionych wolności studentów, artystów i pisarzy, którzy przyjeżdżali do zrujnowanego dworu w przededniu praskiej wiosny. Reynek traktował młodych gości z sympatią, ale nie dawał się im oswoić. Wyjątek uczynił dla pięknej dwudziestoletniej poetki Věry Provazníkovej. W ostatnich latach życia chętnie dawał się jej prowadzić pod rękę po petrkovskim ogrodzie. Latem godził się nawet na udział w piknikach. Dla sąsiadów poety ten widok musiał być osobliwy: oto na kocu rozłożonym wśród łąk świeżo upieczona maturzystka wyciągała z kosza owoce, a blisko osiemdziesięcioletni asceta jadł jej z ręki.

Reynek zmarł 28. września 1971 roku w Petrkovie. Jest pogrzebany obok żony w grobie swoich rodziców na cmentarzu w Svatém Kříži. W tym samym roku Věra napisała wiersze zainspirowane jego graficznym cyklem „Don Quijote”, ale wydała je dopiero w 1994 roku Polityczna odwilż okazała się nietrwała. Jeszcze za życia Reynka, w 1969 roku, pozwolono mu wprawdzie opublikować poezje z lat 40. i 50.: „Podzimní motýli”, „Sníh na zápraží”, „Mráz v okně”, ale już pośmiertny tom „Odlet vlaštovek” ukazał się jedynie na emigracji, w 1980 roku w Monachium. W tym samym czasie Josef Mlejnek wydał w drugim obiegu dwutomowy zbiór „Básnické dílo Bohuslava Reynka”, poprzedzony esejem „Blázen jsem ve své vsi” i mottem z Księgi Koheleta: „Widziałem sługi na koniach, a książąt kroczących, jak słudzy, pieszo”.

Śmierć pod cisem

Do Petrkova podróżowałem trzykrotnie. Dopiero podczas ostatniej wizyty udało mi się zastać w domu synów genialnego poety. Jiří wiele lat temu próbował wstąpić do klasztoru benedyktynów, ale uniemożliwili mu to komuniści. Daniel przedwcześnie pochował żonę niedaleko grobu rodziców. Choć cmentarz znajduje się w Svatém Kříži, do dziś straszy na nim wielka sowiecka gwiazda, umieszczona na nagrobku anonimowego czerwonoarmisty. Poniżej napis sławiący „wyzwoliciela Czechosłowacji” i kwiaty regularnie składane przez emerytowane towarzyszki z okolicy. Paradoks śmierci, chichot ideologii.

Teraz bracia Reynkowie mieszkają razem w domowym klasztorze. Jeden zajmuje się tłumaczeniami z francuskiego, drugi jest uznanym artystą fotografikiem. Przez godzinę siedzimy w kuchni, pijemy herbatę, wspominamy dawne czasy. Do nóg łaszą się nam koty, których w całym obejściu jest kilkanaście. Każdego z nich gospodarze wołają po imieniu: Cygan, Mařenka, Diabeł, Pogoda, Silberstein… Piec zapamiętany ze starej fotografii wciąż funkcjonuje, choć nikt nie nagrzewa już na nim miedzianych tabliczek. Również salon wygląda tak, jakby państwo Reynek na chwilę wyszli z niego do ogrodu. Wystrój zdecydowanie w guście Suzanne: majestatyczny kredens, kanapa, fortepian, na ścianach biało-błękitna tapeta z motywami kwiatów, kilka obrazów, w tym namalowany przez młodego Bohuslava ekspresjonistyczny portret ojca.

Spacerując po zapuszczonym ogrodzie, czuję obecność zmarłego właściciela. Historia jest jak pień drzewa, w którym młode słoje nakładają się na stare, ale ich nie niszczą. Zajmując miejsce umarłych, niby zaczynamy wszystko od początku, ale w rzeczywistości współtworzymy moralny kosmos. Petrkov wciąż pełen jest metafizycznych znaków. Na murze dworu wisi pusta klatka po gołębiach, w topniejącym śniegu gonią się koty, a na odsłoniętym runie z liści leżą muszle porzucone przez winniczki. Nadal stoi tu drewniana chatka, w której pośród kurzu i pajęczyn zawieruszyło się kilka francusko- i niemieckojęzycznych książek.

Kiedy zastanawiam się nad metaforą, która oddałaby istotę biografii i twórczości Reynka, przypominam sobie cis czerwony, oglądany zeszłego lata we wsi Vilémovice. Jest to jedno z najstarszych drzew w Europie. Jego wiek szacuje się na dwa tysiące lat. Ponieważ wydziela toksyny, mówi się, że kto pod nim uśnie, już się nie obudzi. Większość z nas boi się codziennego umierania. Wierzymy, że tym, co da nam życie, jest współczesna cywilizacja, w której za najmniejszy wysiłek natychmiast dostaje się nagrodę. Czy jednak jesteśmy szczęśliwi? Reynek wybrał inną drogę. Położył się pod cisem starym jak drzewo krzyża. Umarł – i znalazł życie.

Pierwodruk: „44 / Czterdzieści i Cztery. Magazyn apokaliptyczny” nr 2 (2009)

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Żyjemy w gnojowisku

Wywiad dla portalu stefczyk.info o Polsce w kontekście kanonizacji Jana Pawła II

[...] Rozumiem, że przykro jest przed świętym rodakiem stanąć w uświnionych butach. Jednak tacy dziś jesteśmy. Nie ma co się oburzać na radykalną lewicę i pozować na świętoszków. Wszyscy dopuściliśmy do tego, by Polska stała się gnojowiskiem. Odświętne glancowanie butów to rozwiązanie krótkowzroczne. Trzeba zacząć wywozić gnój: postmodernizm, gender, propagandę homoseksualną, pogardę wobec własnej historii. Oczywiście pewien margines brudów będzie istniał zawsze, chodzi jednak o to, by zmieścić go w wychodku, a nie roznosić po uniwersytetach czy państwowych instytucjach kultury. Na pewno święty Jan Paweł II, wzorem swego Mistrza, nie gorszy się naszym upodleniem. Raczej nad nim boleje, patrząc z miłością zarówno na patriotów, jak i na ludzi zagubionych w cynizmie. Nie znaczy to przecież, że powinniśmy zaakceptować życie w gnoju. [...]

Czytaj całość na portalu stefczyk.info

piątek, 25 kwietnia 2014

Sursum corda!

Bociany, jak białe anioły, krążą nad naszymi domami.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 17/2014

Bardzo się zmieniła przez ostatnie ćwierć wieku moja kochana Matarnia. Jeszcze się zieleni kora starych lip, ale budynki z czerwonej cegły w większości zostały zburzone. Nie ma już Anstaltu ani Vogelsangu, zapodział się gdzieś przydrożny krzyż, wyschły bagna. Ciężkie koparki gryzą ziemię, przygotowując teren pod tory Pomorskiej Kolei Metropolitalnej. Nikt nie wie, że czytając ballady Adama Mickiewicza i Bolesława Leśmiana, zawsze przypominam sobie rzęsę na oczku wodnym za domem, a przy prozie Brunona Schulza niezmiennie odwiedzam w wyobraźni sklep na Zichorii. Za następne ćwierć wieku kosmos mojego dzieciństwa będzie już istniał tylko w wierszach. Robotnicy w plastikowych kaskach zaleją asfaltem brukowaną drogę. Znikną ostatnie zaułki, zarośla i ścieżki służące do przejść na skróty. Żaden przewodnik nie wskaże miejsca, gdzie się położyła wychudzona sarna, która tej zimy przyszła umrzeć pod nasze okna.

Z tych samych okien przez okrągły rok mogę obserwować pocysterski kościół św. Walentego, a dokładnie jego ceglaną wieżę, na której uwiły sobie gniazdo bociany. Czy to przypadek, że te piękne ptaki przylatują do Matarni niedługo przed Wielkanocą? Jeśli Wielki Post to czas budowy nowego życia w parafialnej wspólnocie, bocianie gniazdo jest wiechą naszej wiary. Wzmocnione świeżymi gałązkami i łodygami traw, ma świadczyć o tym, że w dzień Zmartwychwstania praca została ukończona, a nowa konstrukcja będzie dla nas schronieniem przez najbliższy rok. Ale wkrótce bociany odlecą, wiecha zwiędnie, a we wnętrzu wspólnoty nagromadzi się brud naszych grzechów i niewierności. I trzeba będzie zacząć z Chrystusem nową wielkopostną budowę, aż nadejdzie kolejna Pascha i wiecha znów zakwitnie na kościelnej wieży.

Bociany są dobrymi robotnikami w winnicy Pańskiej. Tak dobrymi, że czasem trudno nam je zrozumieć. Kilka lat temu w czasie Triduum Paschalnego chciały zbudować drugie gniazdo na dachu domu katechetycznego, gdzie odbywają się liturgie wspólnoty neokatechumenalnej, ale pogonił je mój osobisty proboszcz. Stwierdził, że strasznie brudzą i powinno im wystarczyć jedno gniazdo. Faktycznie, ptaki muszą się gdzieś załatwiać, ale my, jako grzesznicy, brudzimy bardziej. Proboszcz swój chłop i nie mam do niego żalu, że bardziej zaufał logice niż wyobraźni. Ale ja bym tym bocianom pozwolił się rozbudować. W końcu dwie wiechy wiary to nie jedna. Podwójny znak, że nowe życie w parafii nie jest jedynie pobożnym życzeniem.

Bociany nie tylko w perspektywie religijnej są symbolem nowego życia. Przynoszą przecież rodzicom dzieci, wyraźnie faworyzując pod tym względem braci, a raczej siostry z Drogi. Od 10 lat razem z żoną i synami przeżywam Wigilię Paschalną we wspólnocie neokatechumenalnej, więc wiem, jak wiele maluchów wyrusza z sadzawki chrzcielnej, by w dobrych zawodach wystąpić, bieg ukończyć, wiary ustrzec.

Ale bociany to również symbol polskości. Ich skrzydła, rozpięte nad naszymi głowami, ich wierne powroty do ukochanych gniazd, mocno działają na wyobraźnię i budzą tęsknotę do prawdziwej wolności. Kto chciałby namalować symboliczną panoramę Polski, musiałby w niej zawrzeć wizję powietrznej husarii.

Gdy w 4. rocznicę Smoleńska szedłem Krakowskim Przedmieściem, zatrzymałem się na chwilę przed kościołem Świętego Krzyża i po raz setny spojrzałem na figurę Chrystusa ugiętego pod ciężarem połączonych belek. I przeczytałem napis wykuty w postumencie: „Sursum corda!”. Udręczony Syn Boży, wspinając się na Golgotę, mówi nam: „W górę serca!”. Jak to pogodzić z Jego ziemskim losem i z tragiczną polską historią? Pamiętam zdjęcie z 1944 r., na którym właśnie ta figura Chrystusa leży rozbita w gruzach Warszawy. Gdybym wierzył poczytnym publicystom, którzy w powstaniu warszawskim dostrzegają wyłącznie militarną klęskę i traktują je jako powód do wstydu, pewnie raz na zawsze pożegnałbym się z nadzieją. Ale zaraz pomyślałem o Triduum Paschalnym i o bocianach, które szybują wysoko po niebie, by na wieży kościoła zatknąć wiechę wiary.

Po powrocie do domu postanowiłem przypomnieć sobie literackie konteksty wezwania „Sursum corda!”. I sięgnąłem po „Potop”, w którym Henryk Sienkiewicz tak opisuje postać ks. Augustyna Kordeckiego, obrońcy Jasnej Góry i całej Rzeczypospolitej: „ów ksiądz cichy wiedział, co czynił, że miał świadomość swojej misji, że powstał jako prorok, aby zaświecić krajowi przykładem, by głosem potężnym zawołać na wschód i zachód, na północ i południe: Sursum corda! – by czy to zwycięstwem swoim, czy śmiercią i ofiarą obudzić śpiących ze snu, obmyć z grzechów grzesznych, uczynić światło w ciemnościach”.

Gdy kończyłem czytać, przez okno zauważyłem ruch skrzydeł. Bociany, jak białe anioły, krążyły nad Matarnią. Ciemna rzeczywistość drogi krzyżowej i polskich dziejów rozjaśniła się nagle jak przedsionek nieba. Cieszmy się i radujmy, bo Chrystus zmartwychwstał, jak zapowiedział. Alleluja!

środa, 23 kwietnia 2014

Wiersze moich przyjaciół (II): Szymon Babuchowski (Katowice)

Nakładem Wydawnictwa Republika Ostrowska ukazał się właśnie wybór metafizycznych i religijnych liryków śląskiego poety zatytułowany „Zanim przyjdziesz”.
















Druga Rzeczpospolita miała Jerzego Lieberta. W naszej kulturze podobną rolę pełni Szymon Babuchowski. Gdybym miał podać jedno słowo, które mi się z nim kojarzy, brzmiałoby ono: wierność. Uświęcając czas marny, w którym wszyscy żyjemy, autor „Wierszy na wiatr” realizuje swoje powołanie. Jest wierny doświadczeniu spotkania z Bogiem i poezji, która to doświadczenie rejestruje. A jednocześnie – co rzadkie u poetów – potrafi być wierny w przyjaźni. Najlepsze, najbardziej oryginalne wydają mi się jego skondensowane liryki religijne. Właśnie te, z których składa się ta znakomicie skomponowana książka. [Wojciech Wencel, nota umieszczona na skrzydełku książki]

Publikację można zamówić TUTAJ.

Na co dzień Szymon Babuchowski kieruje działem kultury „Gościa Niedzielnego”. Swoje wiersze prezentuje również w formie muzycznej z zespołem Dobre Ludzie:


niedziela, 20 kwietnia 2014

piątek, 18 kwietnia 2014

Krzyż smoleński tkwi pod moją skórą

Niedawno napisałem w wierszu: „Polska jest trzciną nadłamaną/garstką starych ludzi przywiązanych do krzyża”. Z jednej strony to smutne, z drugiej – właśnie z takiej grupki apostołów i kobiet pod krzyżem wyrosła potężna cywilizacja chrześcijańska. Nie wiem, jakie plany ma Bóg wobec Polski, ale jestem pewien, że tylko wokół Chrystusowego krzyża nasz naród może się odrodzić.

Robert Tekieli: Co to znaczy, że przeżywamy teraz święty czas? Czym są dla Ciebie Wielki Tydzień, Triduum Paschalne?

Wojciech Wencel: Pascha jest dla mnie i mojej rodziny centralnym wydarzeniem w roku, które pozwala odbudować osobiste relacje z Chrystusem. Bierzemy udział w obrzędach Drogi Krzyżowej i Wielkiego Piątku, ale najważniejsza jest dla nas Wigilia Paschalna. Od 10 lat przeżywamy ją we wspólnocie neokatechumenalnej. Całonocne czuwanie zaczyna się liturgią światła. Stojąc w zupełnej ciemności, uświadamiam sobie własną niemoc, grzeszność, zniewolenie. Moment, w którym kapłan wnosi płonący paschał i woła trzykrotnie: „Światło Chrystusa!”, rozjaśnia moją historię. Czuję wtedy, że wszelkie życie pochodzi od Boga. Cokolwiek dobrego czy wartościowego jestem w stanie uczynić, to tylko z Nim i dzięki Niemu. Później jest bardzo rozbudowana, złożona z 9 czytań, liturgia Słowa, chrzest dzieci w autentycznej sadzawce chrzcielnej i Eucharystia, a już nad ranem, w dzień Zmartwychwstania – wspólnotowa agapa. Wszystko to ładuje mi akumulatory na resztę roku, przywraca nadwątloną wiarę w moc Słowa, Ciała i Krwi, chrześcijańskiej miłości i pokory. Mimo zmęczenia zaw­sze przeżywam tę noc bardzo radośnie.

A czym jest ten czas dla naszej wspólnoty narodowej?

Okazją, by uświadomić sobie sens naszej trudnej historii. Każdy z nas ma przecież nie tylko małą historię swojego prywatnego życia, ale i dzieli z braćmi w polskości ten wielki, wspólnotowy los. Zmartwychwstały Chrystus rozświetla ciemność naszych codziennych spraw, ale pragnie też rozświetlić mrok polskich dziejów. W tej perspektywie nawet najgorsze doświadczenia przestają być przekleństwem i stają się błogosławieństwem. Jeśli oddamy je Chrystusowi, zobaczymy, że są częścią Jego drogi krzyżowej, która prowadzi nas, grzesznych, do zbawienia. A jednocześnie już tu, na ziemi, oczyszczają nas w dużym stopniu z doczesnych żądz, pozwalają stanąć po stronie spraw i ludzi „przegranych”, docenić to, co w oczach świata wydaje się głupstwem: honor, wierność, pokorę. Odrzucenie przez świat buduje też niezwykłą ewangeliczną solidarność między Polakami, którzy kochają ojczyznę. Niedawno napisałem w wierszu: „Polska jest trzciną nadłamaną/garstką starych ludzi przywiązanych do krzyża”. Z jednej strony to smutne, z drugiej – właśnie z takiej grupki apostołów i kobiet pod krzyżem wyrosła potężna cywilizacja chrześcijańska. Nie wiem, jakie plany ma Bóg wobec Polski, ale jestem pewien, że tylko wokół Chrystusowego krzyża nasz naród może się odrodzić. Na pewno w wymiarze wiecznym, ale niewykluczone, że również za życia naszego i przyszłych pokoleń – w kulturze czy polityce.

Mówią nam: celebrujecie klęski. Czas wreszcie wybrać nowoczesność

Jasne, tylko jak uciec od własnej historii i odnaleźć szczęście w zupełnie innym świecie? W życiu prywatnym takie ucieczki są ostatnio bardzo modne: mężowie i ojcowie nagle porzucają rodziny dla zakochanych nastolatek, artyści przestają uprawiać swoje rzemiosło i zadowalają się karierą celebrytów, nawet niektórzy księża decydują się zrzucić sutannę i ruszyć w świat. Wszystkim wydaje się, że w nowym układzie będą nareszcie naprawdę szczęśliwi. Czy są? Nie znam ani jednego przypadku takiej życiowej rewolucji, który nie skończyłby się spektakularną klęską, rozpaczą albo zagrzebaniem się w cynizmie. Podobnie jest z naszym wspólnotowym losem. To powołanie, a nie opcja do wyboru. Jedynie idąc drogą, na której postawił nas Bóg, można odnaleźć pokój serca, a do tego zbudować coś wartościowego. Celebrujemy klęski, ale też zwycięstwa, które odnosili nasi przodkowie. Nie jesteśmy masochistami, lecz realistami. To prawda, że w polskiej historii ostatnich wieków więcej jest wylanych łez niż beztroskich okrzyków triumfu, ale musimy podźwignąć to dziedzictwo, bo jest ono istotą polskości. Można je próbować przełamać i różnie interpretować, ale nie odrzucić jako balast. Bez poczucia historycznej ciągłości Polska przestanie istnieć.

Mówią, że polskość jest jak choroba. Może powinniśmy z niej wyrosnąć?

Jest coś na rzeczy w tym porównaniu do choroby, bo często Polacy zachowywali się jak w gorączce. Rejtan, Karol Levittoux, uczestnicy manifestacji patriotycznych przed Powstaniem Styczniowym, później niektórzy Żołnierze Wyklęci, natchniony publicysta emigracyjny Zygmunt Nowakowski, wreszcie Jan Lechoń skaczący z okna nowojorskiego hotelu. Także literacki Konrad z Wielkiej Improwizacji nie wydaje się okazem zdrowia psychicznego. Trzeba jednak pamiętać, że ta „choroba” jest wynikiem bezgranicznego umiłowania ojczyzny i wolności. Jest to, jak pisał Kazimierz Wierzyński, „miłość raniona”. Człowiek, któremu odebrano wszystko, co naprawdę kocha, staje się „chory z miłości”. Od ponad 200 lat jesteśmy poddawani ogromnym ciśnieniom ze strony Niemiec i Rosji, więc w naszych reakcjach nie ma nic dziwnego. Jeśli naprawdę jest to choroba, to nie taka jak świnka, z której można wyrosnąć. Współtworzy ona nasz narodowy charakter, bywa naszą słabością, ale jest również siłą, która powstrzymuje wrogie Bogu i człowiekowi imperia przed marszem w głąb Europy. Tak było w 1920 r., ale moim zdaniem nawet przegrane powstania czy opór Polskiego Państwa Podziemnego były ością w gardle lewiatana. Zamiast gładko połknąć Polskę i resztę Europy, potwór musiał krztusić się i charczeć.

Czy obrażasz się, słysząc o sobie: poeta smoleński?

Ja już się o nic nie obrażam. Nawet gdy ktoś w internecie czy „Gazecie Wyborczej” wylewa na mnie kubeł pomyj, nie czuję żadnych negatywnych emocji, bo świadkiem mojej historii jest Jezus Chrystus. A „poeta smoleński” to uprawnione określenie, bo przecież po 10 kwietnia 2010 r. diametralnie zmieniło się moje życie i do pewnego stopnia myślenie, a w poezji pojawił się nurt historiozoficzny. Oczywiście że etykietka poety smoleńskiego bardzo upraszcza obraz mojej dwudziestoletniej twórczości, ale do tego jestem już przyzwyczajony. Wcześniej nazywano mnie klasycystą albo poetą katolickim i to również były określenia redukujące. Na pewno Smoleńsk to dla mnie doświadczenie pokoleniowe, takie jak wojna, Katyń czy Jałta dla moich poprzedników. Będę pewnie pisał jeszcze o wielu rzeczach, ale krzyż smoleński tkwi we mnie głęboko pod skórą. Póki żyję, nie da się go stamtąd wyrwać.

Wywiad ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie”

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Stały felieton w tygodniku „wSieci”

Co tydzień o kulturze, historii, religii, polityce i absurdach Nowego Wspaniałego Świata.

Pierwszy felieton, opublikowany w numerze świątecznym, nosi tytuł „Wieczny Smoleńsk”. Zapraszam do lektury!

Tygodnik „wSieci” to szóste pismo, z którym podjąłem stałą współpracę. Wcześniej ogłaszałem felietony w „Nowym Państwie” (1999–2004), „Ozonie” (2005–2006), „Wprost” (2006–2008) i „Gazecie Polskiej” (2011–2013). Od 2006 roku nieprzerwanie publikuję w „Gościu Niedzielnym”.

Najciekawsze teksty zostały później przedrukowane w edycjach książkowych: „Niebo w gębie” (2010), „Wencel gordyjski” (2011), „Listy z podziemia” (2013).

czwartek, 10 kwietnia 2014

Matka Boska Smoleńska


Zakuliśmy Cię w zbroję z wotywnych ryngrafów
daliśmy miecz do ręki i tarczę z herbami
miałaś przed naszym wojskiem wyruszać do walki
jak urodzona w Litwie księżna z poematu

lecz Ty nie toczysz wojen choć twarz Ci ciemnieje
od tych klęsk których objąć rozumem nie sposób
w odległych galaktykach galilejskich oczu
co noc spadają gwiazdy – to nasze nadzieje

i znów mgła znowu szczątki walają się w błocie
sołdaci dzielą wszystko co da się spieniężyć
nie odmienisz nam losu nie pomścisz poległych
nawet czarnego pyłu nie zdmuchniesz z ich powiek

już dosyć – zamknij oczy zmęczone od ognia
i w pożarze historii pozostaw nas samych
niech na Twoim policzku zagoją się rany
i przestanie Ci ciążyć nieszczęsna korona

Ona milczy lecz z głębi katedry w Warszawie
z Krakowskiego Przedmieścia gdzie znicze migocą
spod krzyża naszych pragnień wieje żywe Słowo
niosąc ludziom wzgardzonym osiem błogosławieństw

i znów jesteśmy braćmi: wskrzeszeni grzesznicy
„cisi” „którzy się smucą” i „czystego serca”
żywą tkanką nabrzmiewa w wotywnej kaplicy
ikona polskiej duszy – Madonna Smoleńska

wiosna 2014
pierwodruk: "wSieci" 2014 nr 15

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Rocznicowe „wSieci”

W aktualnym wydaniu tygodnika (od dziś w kioskach) znajdą państwo mój nowy wiersz „Matka Boska Smoleńska” oraz zapis rozmowy, którą przeprowadzili ze mną w Matarni Jacek i Michał Karnowscy.