sobota, 25 maja 2013

Apel niepodległych wciąż trwa

Z poetą Wojciechem Wenclem rozmawia Sylwia Krasnodębska

"Gazeta Polska Codziennie" 24 maja 2013

Polacy 10. dnia każdego miesiąca na Krakowskim Przedmieściu, dywany z tysięcy tulipanów, tłumy ludzi w centrum stolicy w rocznicę smoleńską. To fenomen...

Przestrzeń między warszawskim kościołem św. Krzyża a archikatedrą to polska Via Dolorosa, droga krzyżowa, która po 10 kwietnia 2010 r. stała się dla nas punktem orientacyjnym. Trochę jak święta góra Ararat dla Ormian albo Jerozolima dla Żydów. Gdyby takie miejsce nie istniało fizycznie, pamięć o Smoleńsku stopniowo ulegałaby subiektywizacji i rozproszeniu. Z czasem mogłaby zostać całkowicie stłumiona przez trudy codziennego życia. Ale Krakowskie Przedmieście istnieje obiektywnie i wciąż zbierają się tam tysiące wolnych Polaków. To swoisty apel niepodległych – najbardziej trwała i najgłębsza forma obrony przed medialno-polityczną fikcją. Smoleńskie miesięcznice mają odbiór sinusoidalny. Czasem znajdują się w centrum uwagi, innym razem odbywają się w cieniu głośnych wydarzeń politycznych. Jednak gdy mija polityczna gorączka, mamy dokąd wracać, żeby na nowo odkrywać wspólnotowy i duchowy wymiar Smoleńska.

Pisał Pan o lawie, która drzemie pod skorupą ziemi. My o tym, że chuchamy na żar. Czy Pan jako wrażliwy obserwator jest w stanie powiedzieć, co dzieje się z tą „lawą”? Co jeszcze przed nami?

Niektórzy, zwłaszcza początkowo, traktowali ruch smoleński jako wstęp do jakichś szerszych protestów społecznych. To się nie potwierdziło. Z jednej strony, można powiedzieć, że patriotyczna energia nie została wykorzystana politycznie. Czy jednak mamy gwarancję, że ostrzejsze wystąpienia doprowadziłyby do szybkiej zmiany rządu i powstrzymania psucia państwa? Z drugiej strony, zaangażowanie wolnych Polaków okazało się niezwykle trwałe. Miał rację Adam Mickiewicz, gdy pisał: „wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi”. Myślę, że warto pójść dalej za tym proroctwem i „zstąpić do głębi”, a więc dojrzewać do żywego chrześcijaństwa, dialogować z Bogiem, każdy we własnym życiu. Pamięć o Smoleńsku jest w stanie w dłuższej perspektywie duchowo przemienić polski naród. Mam nadzieję, że taka przemiana już dokonuje się w naszych sumieniach. A efekty polityczne przyjdą na pewno, trzeba tylko trochę cierpliwości. Może już w najbliższych wyborach...

Czy ta niekończąca się smoleńska żałoba cały czas jest dla poety materią niezużytą?

Smoleńsk angażuje mnie integralnie jako człowieka. Są dni, kiedy czuję się bardzo zmęczony, ale przecież nie mogę wyskoczyć z własnej historii. Każdy świadomy Polak będzie musiał dźwigać ten krzyż do końca życia, tak jak poprzednie pokolenia dźwigały los wygnańców z własnej ojczyzny czy świadomość Katynia. Na pewno Smoleńsk szeroko otworzył mnie jako poetę na polską historię. Aktualnie pracuję nad biografią Kazimierza Wierzyńskiego – wieszcza emigracji, którego powojenna postawa i twórczość zostały w PRL przemilczane i do dziś są praktycznie nieobecne w polskiej kulturze. Powoli przygotowuję też nowy tom wierszy, również zanurzony w naszej historii, choć nie tak jednorodny, jak „De profundis”. Wcześniej, jesienią tego roku, powinny ukazać się w formie książkowej „Listy z podziemia” – wybór moich felietonów z „Gazety Polskiej”. W olbrzymiej większości są to teksty pisane pod wpływem smoleńskiej tragedii.

Co Pana ciągnie na Krakowskie Przedmieście?

Potrzeba serca, modlitwa za poległych, współodczuwanie z moimi braćmi w polskości, czułość dla tradycyjnych patriotów, którzy są poniżani przez dzisiejszy świat, skazywani na wymarcie. Być, w miarę możliwości, na Krakowskim Przedmieściu to nie żaden wyczyn. To mój psi obowiązek.