niedziela, 31 marca 2013

Epitafium dla zdobywców Broad Peak

Himalaizm nie jest zajęciem użytecznym ani sportem ekstremalnym. To powołanie, rodzaj twórczości, praca wykonywana w przestrzeni duchowej.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 27 marca 2013

Na każdego działa grawitacja, ale Polacy podlegają dodatkowo sile przeciwstawnej. To ona przyciągała na szczyt Mont Blanc romantycznych poetów i współtworzyła młodopolską legendę Tatr, a dziś każe wspinać się śmiałkom na ośmiotysięczniki. I to w najtrudniejszych warunkach, zimą, zwykle bez korzystania z butli tlenowej. Złotą erą polskiego himalaizmu była ostatnia dekada PRL (m.in. Jerzy Kukuczka, Wojciech Kurtyka, Wanda Rutkiewicz, Krzysztof Wielicki). Ostatnio znów stajemy się światową potęgą. Raczej byłoby to niemożliwe bez historycznych doświadczeń, które wykształciły nasz narodowy charakter: idealizm, absolutne pragnienie wolności, instynkt przezwyciężania losu, upór, odporność na cierpienie, zdolność wytyczania „niemożliwych” szlaków i przekraczania barier własnego organizmu. Większość Polaków uświadamia sobie tę mistyczną zależność historii i duszy. Obcokrajowcy mogą o niej poczytać w książkach, choćby w „Freedom climbers” kanadyjskiej publicystki Bernadette McDonald.

Są jednak i tacy, którzy krytykują himalaistów za ich życiowe wybory. Twierdzą, że wysokogórscy pasjonaci, zwłaszcza mężowie i ojcowie, ryzykują zbyt wiele. Dla ich wysiłków próbują znaleźć jakieś przyziemne uzasadnienie, którego przecież być nie może, nie tylko dlatego, że ostatni akt sztuki rozgrywa się w chmurach. Himalaizm nie jest zajęciem użytecznym ani sportem ekstremalnym. To powołanie, rodzaj twórczości, praca wykonywana w przestrzeni duchowej. Oczywiście, nie wszyscy współcześni himalaiści muszą zdawać sobie z tego sprawę. Z pewnością wielu jest wśród nich młodych, ambitnych chłopaków, których pociąga wyczynowa rywalizacja, kariera, sukces. Jednak na pewnej wysokości deklarowane motywacje tracą znaczenie. Nie liczą się już indywidualne horyzonty ani poglądy polityczne. Bo to, co się tam ujawnia, jest święte. Święta cisza, święta samotność, święta tajemnica życia i śmierci.

Kiedyś napisałem wiersz o polskiej drodze przez historię. W zamyśle była to synteza losów powstańców i żołnierzy wyklętych. Życie go uaktualniło, wypełniło konkretem – tyleż tragicznym, co pięknym. Po przeformułowaniu jednego wersu chciałbym zadedykować ten utwór pamięci dwóch spośród czterech zdobywców Broad Peak: Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, którzy zginęli, schodząc ze szczytu.

GRANICA

Żyli na granicy
mieszkali w namiotach spotkania
na szczytach gór karmili
głodne anioły

gdy inni drżeli przed śmiercią
oni dreptali na drugą stronę
jak się idzie po chleb
albo poranną gazetę

wchodzili wychodzili nie domykali drzwi
po drodze gubili w sieni
monety spinki guziki
blaszki z orłem w koronie

nie można było ustalić
skąd dobiegają głosy
kiedy ich dusze nawoływały się
o wschodzie słońca

poniedziałek, 25 marca 2013

Klucz do Europy

Franciszek będzie papieżem apostolskim, a nie biurokratą, na którego czekali medialni prorocy.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 20 marca 2013

Zmuszony przez tzw. życie, od południa łażę po sklepach z meblami i wyposażeniem wnętrz. Jest w czym wybierać. Tysiące rozmiarów, kształtów i kolorów, a wszystko funkcjonalne i prosto z Londynu. Jedyne, co się nie zmienia, to tłuste, łyse figurki w dziale z dekoracjami. To chyba Budda. Raz jest uśmiechnięty, innym razem skupiony. Przypomina trochę rzecznika komunistycznego rządu, co to „sam się wyżywi”. Liczne mutacje Buddy zachowują się jak stwory z filmu „Gremliny rozrabiają”. Gapią się na mnie z półek, kryją się w bambusowych koszach albo wyłażą spod lady.

Zastanawiam się, dlaczego nikogo to nie dziwi. Przecież postać quasi-religijna jaskrawo kontrastuje z obowiązującym w sklepach minimalizmem. Przed Wielkanocą próżno szukać tu odwołań do chrześcijaństwa. Są tylko poprawne politycznie stada zajączków i kurczaczków. A pomiędzy nimi spokojnie siedzi sobie władca obcego świata. Po co Polakom ten Budda? Chcą się do niego modlić czy jak? Istnieją wprawdzie w Europie sławni buddyści, ale to raczej wśród aktorów, którzy swego nie znają. Kościół katolicki kojarzy im się z zacofaniem, a nie z głęboką mistyką. Co innego Tybet. Tam jest źródło mocy i tajemnica wszechświata.

W przypadku sklepowych figurek chodzi chyba jednak o niezobowiązujący gadżet, symbol egzotyki. Jedynie takim reakcjonistom jak ja wydaje się, że jeśli człowiek stawia sobie w mieszkaniu przedmiot nawiązujący do jakiejś tradycji duchowej, to daje wyraz swojej wiary. Dziś niemal nikt już niczego nie praktykuje. Praktykowanie jest passé. Liczy się moda, czyli kopiowanie europejskich wzorców, bez pytania o ich głębszy sens.

Po powrocie do domu dowiaduję się, że w Watykanie ukazał się biały dym. Pierwszy raz od wielu tygodni włączam telewizor. Reżimowi dziennikarze mówią, że nowy papież będzie musiał poradzić sobie z problemem pedofilii w Kościele oraz złagodzić stosunek do homoseksualizmu. Jakiś zaproszony do studia tzw. autorytet przekonuje, że prawa kobiet nie wymagają, by przedstawicielka płci pięknej już jutro została papieżycą. Na początek może stanąć na czele Kongregacji Nauki Wiary. Nie sądziłem, że tak bardzo odzwyczaiłem się od logiki mediów.

Wreszcie jest! Pojawia się w oknie i prosi o modlitwę. Skromny, naznaczony przez Ducha Świętego. Od razu widać, że będzie papieżem apostolskim, a nie biurokratą, na którego czekali medialni prorocy. Reżimowi dziennikarze są oburzeni. Tego nazwiska nie było w rankingach przed konklawe! Ktoś narzeka, że to policzek dla Europy. Ja myślę, że szansą dla Europy jest właśnie pielgrzym z kontynentu, gdzie nie została zerwana ciągłość między symbolem a wyznaniem, deklaracją a praktyką. Wbrew pozorom to nie egzotyczny Argentyńczyk. To pasterz zdolny zjednoczyć cały świat hiszpańskojęzyczny i tym kluczem otworzyć Europę dla Chrystusa. Cokolwiek czeka nas w najbliższych latach, Franciszku, prowadź!

czwartek, 21 marca 2013

Wszyscy jesteśmy wybrani

Kończy się epoka pobożnej defensywy, zaczyna się czas świadectw.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 12/2013

Duch wionie, kędy chce. Kto się spodziewał, że nowym następcą św. Piotra zostanie mało znany w Europie kardynał z dalekiej Argentyny? Tylko bez ściemniania, proszę, z ręką na sercu... Zabawna była konsternacja większości mediów, dla których konklawe jest biurokratyczną procedurą bez udziału Boga, czymś w rodzaju wyborów przewodniczącego Komisji Europejskiej. Dziennikarze wzorowo odrobili pracę domową, sporządzając listę faworytów, a Duch Święty potraktował ich niepoważnie! Zamiast „sprawnego menedżera”, który „uporządkuje sprawy Kurii Rzymskiej” – przyjaciel ubogich. Zamiast „pragmatycznego dyplomaty”, który rozwiąże „wizerunkowy kryzys” Kościoła, dostosowując go do żądań bojówek homoseksualnych i feministycznych – współczesny apostoł. A w pierwszym orędziu zamiast sprostowania plotek o współpracy z dyktaturą – „twarda mowa” („któż jej słuchać może?”) o potrzebie niesienia krzyża. I to imię, które sobie upodobał: „Franciszek” – wiążące nadzieję na odnowę katolicyzmu z osobistym nawróceniem, życiem w ewangelicznej prostocie i głoszeniem słowa Bożego!

„Potrzeba, aby w czasie konklawe Michał Anioł uświadomił ludziom –/ Nie zapominajcie: Omnia nuda et aperta sunt ante oculis Eius./ Ty, który wszystko przenikasz – wskaż!/ On wskaże...” – pisał Jan Paweł II w „Tryptyku rzymskim”. Nie pomylił się. Dobry Bóg, przed którego oczami wszystkie nasze dzienne (i nocne) sprawy są odsłonięte, po raz kolejny wskazał odpowiedniego człowieka do pełnienia papieskiej misji. Nie jest to, jak twierdzą świeccy komentatorzy, wybór niekorzystny dla Europy. Wręcz przeciwnie. Pontyfikat Franciszka daje nam, Europejczykom, szansę na wyrwanie się z jałowego biadolenia nad upadkiem lokalnej kultury i zaprasza nas w drogę apostolską. Kończy się epoka pobożnej defensywy, zaczyna się czas świadectw. Wybór Franciszka to jednocześnie przypomnienie, że wszyscy – jako chrześcijanie – jesteśmy ludem wybranym. I każdy z nas może świadczyć o cudach, których Jezus Chrystus dokonał w jego życiu. Mnie np. przed trzema laty wyciągnął z dna alkoholizmu. Jeśli uważasz, że dla Ciebie nie zrobił nic, spójrz raz jeszcze na swoją historię. On tam jest, nawet jeśli trudno Go dostrzec w ciemności. I czeka na spotkanie.

Jako wielbiciel polskiego mesjanizmu zawsze miałem trochę dystansu wobec hiszpańskich korzeni mojej formacyjnej wspólnoty. No bo jeśli w objawieniach św. Faustyny Chrystus mówi wyraźnie, że z Polski „wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje”, to po co wtrąca się w to dzieło jakiś Kiko Argüello ze swoimi pieśniami, ikonami i ogólnie estetyką flamenco? Po wyborze Franciszka muszę chyba pozbyć się fochów. Nowy papież tylko pozornie jest bowiem pasterzem egzotycznym. W istocie wiąże główne chrześcijańskie ośrodki świata hiszpańskojęzycznego: żywą religijność Ameryki Łacińskiej z misyjnym zapałem Drogi Neokatechumenalnej, która każdego roku dostarcza Kościołowi nowych prezbiterów, zakonników i wędrownych katechistów. Konsekwencją formacji w niewielkich, braterskich „kuźniach wiary” jest świadczenie o darmowej miłości Boga na ulicach, osiedlach, także w środowiskach z tzw. marginesu społecznego. Podobnie widzi przyszłość Kościoła papież Franciszek. Jeszcze jako kardynał tak mówił o sytuacji w rodzinnej Argentynie: „By ewangelizować, trzeba wyjść poza swój krąg, trzeba iść do ludzi, nie czekać, aż oni przyjdą. U nas trzeba jechać na peryferie. (…) Prawdą jest, że wychodząc na ulice, jak każdemu człowiekowi, kobietom i mężczyznom, i nam może zdarzyć się wypadek. Ale jeśli Kościół zostanie zamknięty w sobie samym, zamknięty w swojej jaźni, zestarzeje się”.

Wygląda na to, że jako Polacy nie mamy monopolu na ewangelizację. W prostowaniu ścieżek Panu wyraźnie wyprzedza nas ostatnio świat hiszpańskojęzyczny, dla którego iskrą z Polski było nauczanie Jana Pawła II. Z tego globalnego ożywienia trzeba się cieszyć. Kiedyś hiszpańscy konkwistadorzy chrystianizowali Amerykę Południową. Teraz ich potomkowie mają szansę zanieść światło Chrystusa z powrotem do starego kraju i przeobrazić europejską kulturę. Przez 500 lat metody ewangelizacji radykalnie się zmieniły, ale poganie, jak dawniej, potrzebują nawrócenia. Cała Europa jest dziś terenem misyjnym.

Mój entuzjazm dla nowego papieża nie oznacza, mimo wszystko, przejścia na pozycje kosmopolityczne. Napisałem kiedyś, że każdy chrześcijanin powinien zdawać egzamin z historii Polski, i również Franciszka ten obowiązek nie ominie. Nasze wspaniałe dzieje nie są bowiem lokalną własnością, ale uniwersalistycznym świadectwem trwałej miłości Chrystusa do człowieka. Ich głoszenie to nie wyraz zbiorowego egocentryzmu, lecz dzielenie się Słowem wcielonym. Dobrze byłoby, gdybyśmy na dobry początek podsunęli Franciszkowi kilka lektur z narodowego kanonu. Najbliższą okazją będą Światowe Dni Młodzieży w Rio de Janeiro. Wprawdzie mnie tam zabraknie, ale mój szesnastoletni syn już siedzi na walizkach. Jak go znam, spakował Biblię i masę herbatników na agapę. Zanim wsiądzie do samolotu, mam zamiar upchnąć mu do bagażu „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego”, „Anhellego” oraz „Krzyże i miecze”. Ale o tym na razie cicho sza! Niech się chłopak zorientuje na miejscu.

piątek, 15 marca 2013

Gnój pod dywanem

My, Polacy, tak mamy. Lubimy zamiatać pod dywan kłamstwa i kłamstewka, wygodnickie uniki i pracę w aparacie represji, drobne zdrady i wielkie zbrodnie.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 13 marca 2013

Zanim umarł Paweł Hertz, miałem okazję odwiedzić go w pięknym mieszkaniu w kamienicy przy Nowym Świecie. W zachwyceniu podziwiałem antyki, książki i widok z okna. Miesiąc później nieodżałowany Zygmunt Kubiak zaprosił mnie na kawę do cukierni Bliklego. Pamiętam, że idąc na spotkanie, czułem się jak student przed egzaminem z podstaw kultury grecko-rzymskiej i panicznie bałem się kompromitacji. Rozmowę zacząłem więc od wspomnienia wizyty u Hertza. Mówiłem o jego wielkiej pracy nad ciągłością polskiej kultury, religijnym nawróceniu i niepoprawnych politycznie sądach o III RP. Kubiak, którego wcześniej wyobrażałem sobie jako posąg z brązu, odpowiedział ludzkim głosem: – No tak, ale z Pawłem i jemu podobnymi jest pewien problem. Kiedy byli stalinistami, wszyscy dostali luksusowe mieszkania w Warszawie. Później zmienili poglądy, niektórzy autentycznie, i teraz są solidarni z narodem. Ale te stalinowskie salony im zostały. A ludzie, którzy od początku byli niezłomni, gnieżdżą się z rodzinami w odrapanych blokach.

Faktycznie, w 1949 r. Hertz, jako zasłużony redaktor „Kuźnicy”, otrzymał od Polski Ludowej duże mieszkanie w domu przy Iwickiej, które później wymienił na lokal przy Nowym Świecie. Jednak nakreślony przez Kubiaka problem jest głębszy i tylko w niewielkim stopniu dotyczy Hertza. Ten zdążył odkupić swoje winy, a do miejsca w pisarskim panteonie nigdy nie aspirował. Uważał się raczej za strażnika cudzego słowa: antologistę, redaktora, edytora – z pożytkiem dla siebie i innych. Otóż w pakiecie z mieszkaniami stalinowscy pisarze dostali od władzy coś jeszcze: trwałe miejsce w kanonie literackim. Stalinizm wyniósł na piedestał masę lojalnych autorów, wyraźnie przeceniając ich twórczość. Niby komunizm się skończył, a dawne hierarchie przetrwały. Natomiast pisarze, którzy byli niezłomni od początku, w kraju i na emigracji, gnieżdżą się na obrzeżach kultury.

Gdy ostatnio napisałem, że dla Juliana Tuwima nie ma i nie będzie miejsca w polskiej kulturze, ktoś zwrócił mi uwagę, że to nie po chrześcijańsku. Tak jakby chodziło o żywego człowieka, a nie o zbiór tekstów w kanonie lektur. Dowiedziałem się też, że niszczę jedną z nielicznych tradycji, która łączy Polaków. Hmm... Chodzi o wiersze dla dzieci? Zgoda – brzmią wspaniale. Nawet nowojorscy komuniści tak uważali. Gdy w 1942 r. podczas wieców poparcia dla Związku Sowieckiego Tuwim rozpoczynał polityczną mowę, domagali się, żeby recytował „Lokomotywę”. Ale co peerelowski Orfeusz napisał po wojnie oprócz paru odezw i panegiryków na cześć Stalina? Zero, nul, niczewo.

My, Polacy, tak mamy. Lubimy zamiatać pod dywan kłamstwa i kłamstewka, wygodnickie uniki i pracę w aparacie represji, drobne zdrady i wielkie zbrodnie. Zwłaszcza jeśli miały miejsce w przeszłości. Żyjemy w przekonaniu, że dzisiejszy kanon literacki wytworzył się samoistnie jako suma talentów i artystycznego kunsztu. Jego faktyczny twórca, Jerzy Borejsza, musi za Styksem pękać ze śmiechu. Odpieprzcie się od generała. Odpieprzcie się od Szymborskiej-Włodkowej. Odpieprzcie się od Tuwima. Niektórzy myślą w ten sposób przez szacunek dla zastanej tradycji, inni z chrześcijańskiego miłosierdzia (głównie dla siebie samych), jeszcze inni dla świętego spokoju. Tak czy inaczej, pod naszym dywanem narosła przez lata ogromna, grząska kupa gnoju, po której zmuszeni jesteśmy się ślizgać.

Ja ślizgać się dłużej nie zamierzam. Chcę wygarnąć cały ten gnój, żeby polska kultura odzyskała nareszcie równowagę. A w miejscu po Tuwimie i Szymborskiej postawić wybitnych poetów, którzy zasługują na nasz podziw: Kazimierza Wierzyńskiego, Stanisława Balińskiego, Józefa Łobodowskiego, Wacława Iwaniuka, Tadeusza Sułkowskiego, Wojciecha Bąka. Ktoś powie, że trzeba łączyć tradycje, więc autor ody „Do Narodu Radzieckiego” mógłby funkcjonować obok wspomnianych twórców. Ale przed tym on sam wzbraniał się za życia. Niepodległościową inteligencję nazywał w listach „faszystowskimi skurwysynami, którzy ciągle jeszcze prowadzą tzw. krecią robotę”, a gdy wracając do komunistycznego raju, zmuszony był zatrzymać się w Londynie, szukał hotelu „bardzo daleko od Nieprzejednanych, Nieustępliwych, Dumnych, Szlachetnych, Bolesnych a Zaciętych, słowem – od Zasranych”. Wypada spełnić to życzenie.

piątek, 8 marca 2013

Domino dancing

Czy „Syberiada polska” to dobry film? Nie wiem, bo go nie widziałem. I raczej nie obejrzę.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 6 marca 2013

Ekranizacja książki emerytowanego stalinowskiego prokuratora zupełnie mnie nie interesuje. Dyskwalifikuję ją na starcie ze względu na materiał źródłowy, a ściślej – biografię pisarza. Czy mam rację? Ludzie „na poziomie” z pewnością okrzykną mnie ignorantem. Chodzi przecież o literaturę! Może i Zbigniew Domino ma niejasną przeszłość, ale trzeba umieć oddzielić dzieło od twórcy. To polonistyczne abecadło. Świat przedstawiony w powieści jest wartością autonomiczną. Należy docenić prozę, jeśli wyróżnia się ona gęstością języka, pięknymi opisami przyrody czy wiarygodnymi psychologicznie dialogami. W tym przypadku nie jest to wykluczone, bo w internecie Domino bywa chwalony za „świetną pisarską robotę”. W jego książkach zawarty został ponoć „epicki obraz” masowej deportacji Polaków na Syberię i do Kazachstanu. Powieści te są nawet tłumaczone na języki obce: rosyjski, ukraiński, białoruski i kazachski. Ach! – byłbym zapomniał – jeszcze na bułgarski.

Czytałem w życiu kilka książek o sowieckich deportacjach Polaków, m.in. „W domu niewoli” Beaty Obertyńskiej, „Między młotem a sierpem” Wacława Grubińskiego, „Kazachstańskie noce” Herminii Naglerowej, „Książkę o Kołymie” Anatola Krakowieckiego czy „Przeżyłem sowieckie łagry” ks. Józefa Hermanowicza. Ich poziom literacki jest zróżnicowany, jak to w prozie wspomnieniowej. A jednak wszystkie są dla mnie wielkimi osiągnięciami literatury polskiej. Rejestrują bowiem duchowy i moralny wysiłek, którego efekty można znaleźć w późniejszych biografiach ich autorów. Obertyńska, Grubiński, Naglerowa, Krakowiecki i Hermanowicz to pisarze integralni, wykonujący jednocześnie pracę nad językiem i nad sobą. Dlatego ich książki fascynują nie tylko „epickimi obrazami” czy wstrząsającymi faktami historycznymi, ale i zapisem przezwyciężania losu i pogłębiania własnego człowieczeństwa.

Według Jacquesa Maritaina, referującego w „Sztuce i mądrości” starożytne i średniowieczne rozumienie piękna, warunkiem wielkiej sztuki jest cnota. Tworzenie dzieł wymaga wewnętrznej siły, która nie da się zastąpić żadną „strategią twórczą”. Pomiędzy dziełem a duszą twórcy musi istnieć rodzaj wspólnoty i proporcji intymnej, zgodnie z zasadą, że „jakim kto jest, takie dzieła wykonuje”. Bardzo podobne przesłanie zawarł w „Liście do artystów” Jan Paweł II. Twórczość jest według niego świadectwem rozwoju duchowego, a doskonałym wcieleniem artysty pozostaje błogosławiony Fra Angelico, jako ten, który „tworzył dzieła, tak jak tworzył siebie”. Wnioskując z oficjalnej biografii, autor „Syberiady polskiej” poprzestał na pierwszej z tych czynności. Chyba że za „tworzenie siebie” uznać pisarską autokreację, pozę, swoisty „Domino dancing” ze starej piosenki Pet Shop Boys.

Integralne traktowanie dzieła i osoby paradoksalnie uchodzi dziś za prostactwo. Ilekroć swoją niechęć do książki czy filmu uzasadniamy biografią twórcy, słyszymy, że nie znamy się na sztuce. W takich chwilach warto pamiętać, że to po naszej stronie jest kilkusetletnia chrześcijańska tradycja. Po stronie przeciwnej są tylko popłuczyny po dwudziestowiecznych przesądach. Na przykład po skamandryckim „talentyzmie”. Przekonanie, że talent jest jakimś cudownym eliksirem poezji, niezależnym od życia, było w tym środowisku tak silne, że funkcjonowało nawet po wojnie, w czasach ostrego podziału między emigracją a krajem. Choć Jan Lechoń sam stał się wzorcem integralności życia i sztuki, to względem Juliana Tuwima konsekwentnie stosował podwójną miarę: pachołek Sowietów, ale wielki poeta. W swoim „Dzienniku” notował: „Wszystko między mną a Tuwimem zerwane na zawsze oprócz poezji. W niej będzie jego ułaskawienie”.

Ułaskawienie? Na Sądzie Bożym – być może, choć raczej nie za wiersze, bo trudno sobie wyobrazić, że Bóg jest skamandrytą. Ale w polskiej kulturze miejsca dla Tuwima nie ma i nie będzie. Cóż dopiero dla Zbigniewa Domino, który talentu chyba jednak dostał nieco mniej. W tej sytuacji radziłbym mu kontynuować ofensywę na rynki zagraniczne. Państwa postsowieckie i Bułgaria to właściwy kierunek.

sobota, 2 marca 2013

Imperium gdy powstanie...

„Wymarsz Uderzenia” był podobno ulubionym utworem siedemnastoletniej „Inki”.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 27 lutego 2013

Główną bohaterką tegorocznego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych jest Danuta Siedzikówna. Nie sądzę, żeby ci, którzy zdewastowali jej pomnik w Krakowie, byli wnukami stalinowskich funkcjonariuszy. Incydent wygląda na wulgarną polityczną prowokację, która miała wyprowadzić z równowagi patriotów i podnieść notowania „rozsądnych” nihilistów. Jakiekolwiek były zresztą zamiary wandali, nie powiodły się. Kryształowa postać „Inki”, zamiast zniknąć w cieniu partyjnych przepychanek, znalazła się w centrum zainteresowania. A razem z nią wrócił mit młodości i poświęcenia, ożywiany piękną pieśnią do słów Andrzeja Trzebińskiego.

„Wymarsz Uderzenia” był podobno ulubionym utworem siedemnastoletniej sanitariuszki. We wrześniu 2012 r. można go było usłyszeć podczas uroczystości odsłonięcia pomnika Siedzikówny w krakowskim parku Jordana. Jest w nim mowa o bzach, kłosach i kalinach, ale i o tym, że „Imperium gdy powstanie, to tylko z naszej krwi”. W świetnym skądinąd spektaklu „Inka 1946. Ja jedna zginę” słowo „Imperium” zmieniono na „Polska”, pewnie po to, by maksymalnie uprościć przekaz. A przecież idea imperialna nie jest żadną skamieliną. Obecna zarówno w tradycji piłsudczykowskiej, jak i narodowej („Prosto z Mostu”, „Sztuka i Naród”), wciąż stanowi wyzwanie dla polskich patriotów. Łącząc idealizm z pochwałą siły i czynu, może stać się pomostem między różnymi środowiskami. W wierszu Trzebińskiego chodzi o Imperium Słowiańskie, gdzie granice będą „z miłości, a nie z krwi” – federację narodów środkowoeuropejskich niezależną od Rosji i Niemiec. Ale jakkolwiek zdefiniujemy tę wspólnotę, niezmienne jest powołanie Polski: być ośrodkiem cywilizacji chrześcijańskiej promieniującym na całą Europę.

Za taką Polskę ginęli Żołnierze Wyklęci. Z perspektywy lat widać wyraźnie, jak wiele uczynił Instytut Pamięci Narodowej – i osobiście Janusz Kurtyka – dla odrodzenia ich mitu. Większość Polaków już wie, dlaczego niezłomni z AK i NSZ nie złożyli broni po 1945 r., i jest skłonna uznać ich racje. Taką samą pracę trzeba teraz wykonać z tradycją londyńskiej i nowojorskiej emigracji niepodległościowej. Stworzyć analogiczny system edukacyjny i ustanowić Narodowe Święto Pielgrzymstwa Polskiego. Dopiero te dwie tradycje łącznie ukażą nam wielkość i aktualność polskiej misji: przywrócić ducha prawdy i wolności w międzynarodowej polityce. Cel przejmująco wyrażony przez Kazimierza Wierzyńskiego w wierszu „Via Appia”: „Duchy, na których budował się świat,/ Wieki, z których to wszystko w siebie wchłonął,/ Usłyszcie nasze wojenne trąby:/ To naprawdę wolność,/ To naprawdę honor!/ Przeciw nam/ Tylko tanki i bomby”.

Współcześni Polacy potrafią budować, ale boją się burzyć. Dlatego na jednej ziemi sąsiadują ze sobą pomniki „Łupaszki” czy „Ognia” i monumenty na cześć „wyzwolicieli” czy przyjaźni polsko-sowieckiej. Choć istnieje zasadnicza sprzeczność między zapisanymi w nich wizjami dziejów, nad Wisłą dominuje przekonanie, że sowieckie pomniki nikomu już nie szkodzą. Niech sobie stoją, choćby jako pamiątki peerelowskiej architektury. Doprawdy? „Chwała bohaterom Armii Radzieckiej, towarzyszom broni, którzy oddali swe życie za wolność i niepodległość narodu polskiego” – głosi napis na warszawskim pomniku Braterstwa Broni. Dopóki godzimy się na takie absurdy, status PRL będzie fałszowany, co ma ogromny wpływ na nasze dzisiejsze wybory i hierarchie wartości. Pora wreszcie się zdecydować na jedną wersję narodowej historii. Jeśli – w zgodzie z polskim duchem – uznamy za bohaterów Żołnierzy Wyklętych, powinniśmy wyprowadzić z tego faktu konsekwencje. Łącznie ze zburzeniem wszystkich pomników poświęconych Sowietom i ich polskojęzycznym pomagierom. Gorąco popieram akcję Stowarzyszenia KoLiber „Goń z pomnika bolszewika”. Podoba mi się również propagowany w internecie pomysł, by haniebną bryłę „czterech śpiących” zastąpić pomnikiem „Inki”. Ale wiem, że nie możemy zatrzymać się w połowie drogi. Trudno myśleć o chrześcijańskim imperium, gdy w centrum Warszawy stoi monstrualny obelisk im. Józefa Stalina.