poniedziałek, 10 maja 2010

Dwie Polski, dwie Rosje

Choć w mediach słychać skrzek karłów, musimy dawać świadectwo.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 18/2010

To była dziwna noc. Pierwszy raz od wielu lat nie mogłem ani pisać, ani spać. Siedziałem w swoim pokoju pełen niepokoju, słuchając „Pieśni ciszy” ukraińskiego kompozytora Valentina Silvestrova. Przy nostalgicznych dźwiękach fortepianu Siergiej Jakowienko wyśpiewywał barytonem wiersze rosyjskich poetów: Aleksandra Puszkina, który najpierw za krytykę carskiej tyranii trafił na zesłanie, by później komentować wybuch powstania listopadowego słowami: „Nasi starzy wrogowie zostaną wytępieni”, Michaiła Lermontowa, zesłanego na Kaukaz, gdzie w 1841 roku zginął w pojedynku zaaranżowanym przez carską policję, Sergiusza Jesienina, który w 1925 roku miał się powiesić na rurze grzewczej w leningradzkim hotelu Internacjonał (ale trumna z jego ciałem została zalana betonem w celu uniemożliwienia ewentualnej sekcji zwłok), wreszcie Osipa Mandelsztama, zmarłego w 1938 roku w łagrze pod Władywostokiem, dokąd trafił za działalność antyrewolucyjną. Na płycie były też dwa utwory do wierszy Fiodora Tiutczewa, który Polskę nazywał „Judaszem Słowiańszczyzny”, ze względu na jej katolicką tożsamość i opór wobec imperialnej Rosji. Dlaczego właśnie tej nocy odsłoniła się przede mną szalona rosyjska dusza, niezrównoważona, rozdarta na części, upokarzana i upokarzająca? Czemu znalazłem się w zaklętym kręgu rosyjskich dramatów, tuszowanych zbrodni i rozpaczliwych buntów? Nie wiem. Wiem tylko, że przesiedziałem w tym stanie do rana. Do chwili, gdy na jednej ze stron internetowych zobaczyłem informację o katastrofie polskiego samolotu pod Smoleńskiem.

Dla mojego i – podejrzewam – dla kilku innych pokoleń Polaków tragedia, która wydarzyła się 10 kwietnia 2010 roku, jest apokalipsą. Zmienia wszystko. Przywraca naszej świadomości doświadczenie zbiorowej ofiary, które mieli świadkowie II wojny światowej. Wprowadzając eschatologiczny niepokój, pozwala naprawdę zrozumieć uczestników kampanii wrześniowej, powstańców warszawskich, żołnierzy wyklętych. Ten powrót żywej pamięci narodowej, potwierdzony pochówkiem prezydenckiej pary na Wawelu, buduje pomost między Polską dawną a dzisiejszą. Jest potwierdzeniem wspólnoty polskiego losu, który jednoczy żywych i umarłych. Każe na nowo uwierzyć, że wielkie wydarzenia z udziałem Boga nie odeszły bezpowrotnie w przeszłość, ale dzieją się również tu i teraz. I wymagają od nas zajęcia stanowiska.

Czesław Miłosz napisał kiedyś: „Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów/ Ale czyste i dostojne słowa były zakazane/ Pod tak surową karą, że kto jedno z nich śmiał wymówić/ Już sam uważał się za zgubionego”. Tak żyliśmy. W obawie przed intelektualną kompromitacją stroniliśmy od słów takich jak Bóg, prawda, dobro, honor, ojczyzna. Kiedy zdemoralizowani politycy przy wtórze cynicznych mediów zwalczali Instytut Pamięci Narodowej, pluli na urząd prezydenta, a w polityce zagranicznej sprowadzali Polskę do poziomu przestraszonej panienki, my w poczuciu bezsilności machaliśmy ręką. Ale smoleńska tragedia wyzwoliła w nas nowe siły. Przynagleni duchowo, wyszliśmy z podziemia, żeby wspólnie się modlić, śpiewać pieśni i palić znicze. Tego zbiorowego doświadczenia nie wolno nam zaprzepaścić. Choć w mediach znów słychać skrzek karłów, musimy wciąż dawać świadectwo. W codziennym życiu i przy urnach wyborczych.

Ogólnonarodowe pojednanie? Nic takiego nigdy nie nastąpi. Ma rację Jarosław Marek Rymkiewicz, kiedy powtarza za Mickiewiczem, że są „Dwie Polski – ta o której wiedzieli prorocy/ I ta którą w objęcia bierze car północy/ Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie/ I ta druga – ta którą wiozą na lawecie”.

Nie ma sensu tracić sił na przekonywanie tych, dla których Polska jest tylko miejscem do mieszkania, a jej dziejową misją ma być upodobnienie się do sprawnej firmy, koncernu pomnażającego majątek i święty spokój. Trzeba raczej zadbać o to, by w sobie ocalić rozbudzoną w ostatnich tygodniach pasję, świadomość historyczną i eschatologiczną wyobraźnię. Nie możemy ponownie dać się uśpić medialnymi peanami na cześć materializmu, pragmatyzmu, wygodnictwa. Tym bardziej że – wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi – jeszcze raz zostaliśmy wydani na pastwę Rosji.

Prawda jest bowiem taka, że dla świata, który przez miesiąc zdążył zapomnieć o Smoleńsku, wciąż jesteśmy kłopotliwym państewkiem, komplikującym stosunki ze wschodnim mocarstwem. Jeśli zwycięży u nas „polityka miłości”, automatycznie znajdziemy się w strefie rosyjskich wpływów. Jeśli nie – znów będziemy musieli toczyć nierówną walkę o niepodległość; niekoniecznie zbrojną, na pewno jednak polityczną i gospodarczą. Co lepsze? Dobrowolnie podporządkować się Rosji i cieszyć się jej protekcjonalnym uznaniem czy zdecydować się na trudną, ale godną kontynuację historycznego konfliktu? Niestety, zawsze znajdą się w Polsce ludzie, dla których to pytanie pozostaje otwarte.

Kłopot z Rosją polega na jej rozdwojeniu jaźni, którego symboliczną figurą jest dwugłowy orzeł. Można uwielbiać przeciętnych Rosjan za ich biesiadną naturę i niezwykłą wrażliwość, ale nigdy nie wiadomo, co im strzeli do głowy. Cyniczna władza i duszoszczipatielnyj lud od wieków pozostają bowiem w tym kraju w chorobliwym związku. Tylko tam poczucie krzywdy nagle potrafi się przerodzić w ślepą wierność bezdusznemu imperium. Być może właśnie przed taką Rosją usiłowały mnie przestrzec niespokojne duchy dawnych poetów.