niedziela, 19 lutego 2012

Linia wierności

90 lat temu urodził się Tadeusz Gajcy.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 7/2012

Zacznijmy od końca, czyli od warszawskiej kamienicy przy ulicy Przejazd 1/3. Nocą z 15 na 16 sierpnia 1944 r. niemieccy saperzy przedostali się do piwnic budynku strzeżonego przez powstańców i założyli tam ładunki wybuchowe. Eksplozja nastąpiła nazajutrz w południe. Pod zwałami gruzu zginął m.in. 22-letni strzelec legitymujący się kenkartą na nazwisko Karol Topornicki.

Dokumenty – jak to w konspiracji – były sfałszowane. W rzeczywistości poległy żołnierz Armii Krajowej nazywał się Tadeusz Gajcy i był ostatnim redaktorem podziemnego pisma „Sztuka i Naród”. W 1942 r. zadebiutował tam jako poeta wierszem „Wczorajszemu”: „Ufałeś: [...] Modlitwę nocnych cieni rozwiesisz jak więcierz/ na słodkich oczach dziewann i szumach topolich/ [...] A tu słowa, śpiewne słowa trzeba zamieniać,/ by godziły jak oszczep”.

Wspomnieniom o Gajcym zazwyczaj towarzyszy ckliwa refleksja. Ile pięknych wierszy mógłby napisać, gdyby nie zginął przedwcześnie? Jaką karierę zrobiłby po wojnie? Żadnej. Gdyby nie zabili go Niemcy, prawdopodobnie uczyniliby to ubeccy oprawcy. A jeśli jakimś cudem udałoby się mu przetrwać okres eksterminacji środowisk niepodległościowych, bez wątpienia brzydziłby się sceną literacką PRL-u. Jego tragiczna śmierć wcale nie była przedwczesna. Nastąpiła dokładnie wtedy, kiedy miała nastąpić. Jest cenniejsza niż długie życie. To, co napisał, wystarczy, by uznać go za jednego z najwybitniejszych polskich poetów wszech czasów.

Wiewiórczy ogień mnie znaczył/ i kropla żelaza lecąc/ krzyżyk nad czołem jak dzwonek/ wieszała, albo jak pieczęć,/ abym dotknięty ogniem/ dłonie zaciskał obie/ jedną o młodość za późno,/ drugą za wcześnie o wieczność”. Większość współczesnych czytelników nie rozumie poezji Gajcego. Interpretuje ją sentymentalnie – jako skargę czy wyrzut czyniony losowi za wybuch wojny i utratę beztroskiej młodości. Jako przykład służy najczęściej ostatni wiersz poety, napisany w ogniu walki, wzywający świętych na trupią ucztę: „Do godów. Święci do godów./ Przegryźcie Chrystusem Narodów!”. A przecież gorzka, bolesna ironia jest tu wprost proporcjonalna do temperatury marzenia o wolnej ojczyźnie, która ma kiedyś „rozkwitnąć znowu głęboka w ołtarzach żałobnych rąk”. Gajcy nie redukuje cierpienia, w swoich apokaliptycznych wizjach rozdrapuje żywe rany. Jego miłość do Polski jest żywiołem, a nie teoretyczną formułką. Ale z wnętrza tego żywiołu, oprócz stosu trupów, niezmiennie wyłania się krzyż Chrystusa. Kto twierdzi, że w tej poezji brakuje nadziei, opowiada mieszczańskie farmazony. W rzeczywistości twórczość poety to lina rzucona nam z głębokości polskiej historii, byśmy nie stracili więzi z wcześniejszymi pokoleniami i odkryli sens wspólnotowego losu: wierności, odwagi, ofiary i zmartwychwstania.

Ten profetyczny list trzeba wreszcie odczytać na głos. Niedługo przed swoją śmiercią próbował do tego doprowadzić Zbigniew Herbert, wskazując na autora „Widm” jako jednego ze swoich patronów. Podczas wieczoru poetyckiego, który odbył się 25 maja 1998 r. w Teatrze Narodowym, wiersze Gajcego i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego zostały odczytane obok utworów Jana Kochanowskiego, Franciszka Karpińskiego, Juliusza Słowackiego i Cypriana Kamila Norwida. Ale na uniwersytetach twórczość pokolenia wojennego wciąż jest traktowana po macoszemu. Umieszczona pomiędzy literaturą dwudziestolecia międzywojennego a współczesną, rzadko bywa omawiana adekwatnie do swej rangi. Przed historykami literatury stoi ogromne zadanie. By odtworzyć ducha polskiej kultury, muszą dokonać symbolicznej ekshumacji. Wydobyć twórczość Gajcego i jego poległych rówieśników z wojennej krypty i uczynić z niej aktywny element współczesności. Być może należałoby odbudować ciągłość poezji od lat 30. XX wieku, gdy skończyła się epoka skamandryckiego „talentyzmu” i nastąpiła erupcja apokaliptycznej wyobraźni, choćby w wierszach awangardy lubelskiej, a redaktorzy pisma „Prosto z mostu” natchnęli tkankę polskiej kultury mesjanistycznym duchem. Właśnie tę tradycję podjęli podczas wojny twórcy „Sztuki i Narodu”.

Przywrócenie Gajcemu i jego poległym rówieśnikom kluczowego miejsca w historii polskiej poezji pozwoliłoby wreszcie zerwać z peerelowskim fałszem, postawić ówczesne hierarchie we właściwym świetle i na nowo zweryfikować ich wartość. Od „Niepokoju” (1947) Tadeusza Różewicza zaczyna się być może współczesność w literaturze PRL-u, ale nie w niepodległej literaturze polskiej. Urwane biografie pokolenia wojennego są tak samo istotne dla naszej kultury, jak urwane biografie żołnierzy wyklętych dla narodowej historii. Ukazują zakłamanie peerelowskiego życia literackiego, przywracają kontekst literatury emigracyjnej i są początkiem linii wierności biegnącej w kolejnych dekadach przez twórczość Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia, Wojciecha Bąka, Józefa Łobodowskiego, Zbigniewa Herberta, ks. Jana Twardowskiego, Jarosława Marka Rymkiewicza, Leszka Elektorowicza, Wacława Iwaniuka, Jana Polkowskiego i wielu, wielu innych.

Po tej linii wierności starajmy się iść wszyscy – czytelnicy i poeci – jeśli chcemy odnaleźć w literaturze coś więcej niż banalną refleksję czy rozrywkę. Kto dotąd nie wyszedł na szlak, niech sięgnie po wiersze Gajcego. Tam znajdzie drogowskaz.