wtorek, 7 sierpnia 2012

Czesi niezłomni

Nie stworzyli sobie kulturalnych antydepresantów i nie odnosi się do nich pytanie: „Jak się państwu żyje bez Boga?”.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 1 sierpnia 2012

Kilka lat temu postanowiłem ukazać moim czeskim przyjaciołom specyfikę polskiego heroizmu. W tym celu wkleiłem do automatycznego translatora wiersz Zbigniewa Herberta „Guziki”, a tekstowy wynik operacji wysłałem e-mailem poecie Milošowi Doležalowi. Szczerze mówiąc, nie miałem wielkiej nadziei, że adresat zrozumie istotę rzeczy. Kierowała mną raczej mieszanka czarnej melancholii i poczucia wyższości wobec stereotypowej kultury wesołków i konformistów. Odpowiedź nadeszła po godzinie. Miloš pytał, dlaczego „guziki” przetłumaczyłem jako „przyciski, klawisze” i doradzał stosowanie zimnych kompresów na głowę.  Okazało się, że polska elegia o Katyniu jest w Czechach doskonale znana, a całkiem niedawno Doležal osobiście przełożył ją do książki gromadzącej wiersze Herberta i wybitnego czeskiego poety Jana Zahradníčka. Wstęp do tej miniantologii napisał inny mój przyjaciel, Josef Mlejnek. Odbiorcy wolnych mediów być może kojarzą go z ubiegłorocznego ostrego komentarza do procesu wytoczonego Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi przez spółkę Agora.

Obawiam się, że moi przyjaciele nie są dobrymi znajomymi Mariusza Szczygła, który ostatnio ma nad Wisłą monopol na przedstawianie czeskiej kultury. Nie stworzyli sobie kulturalnych antydepresantów i nie odnosi się do nich pytanie: „Jak się państwu żyje bez Boga?”. Starają się być wierni niezwykłej, mało znanej w Polsce tradycji czeskiego tragizmu, której ogniskiem jest Wyżyna Czesko-Morawska. To właśnie tam żyli i tworzyli w latach międzywojennych katoliccy pisarze, redaktorzy i krytycy: Josef Florian, Jakub Deml, Bohuslav Reynek, Jan Zahradníček, Václav Renč, Jan Dokulil, Jan Čep, Jaroslav Durych, Bedřich Fučík, Miloš Dvořák. Choć katolicyzm był wówczas przez elity utożsamiany z cesarstwem austriackim, młodzi artyści rehabilitowali go w oczach rodaków poprzez autentyzm przeżywania wiary i głęboką formację intelektualną. Zahradníček jest najwybitniejszym autorem w tym gronie. Gdyby komuniści nie zepchnęli jego twórczości w czytelniczy niebyt, niszcząc albo konfiskując jego książki, zapewne mówiłoby się dziś o nim podobnie jak o Thomasie Stearnsie Eliocie. Obaj ci twórcy odnowili w XX w. język poezji metafizycznej, obaj mieli też głęboką świadomość duchowych podstaw europejskiej kultury. Różniło ich jedno: pierwszy spędził najlepsze lata życia w wilgotnych celach, drugi – w arystokratycznych salonach.

Po wojnie czescy twórcy katoliccy stali się przedmiotem nagonki prowadzonej przez komunistyczne władze. W 1951 roku w sfingowanym procesie tzw. „zielonej międzynarodówki” większość z nich została skazana na karę więzienia. „Oskarżony […] pochodzi z kułackiej rodziny. Po ukończeniu wydziału filozoficznego został poetą, który w wyrafinowanej formie propagował najbardziej reakcyjne poglądy Watykanu. Oskarżonemu […] solą w oku był socjalizm i postęp, poprzez swoje zapatrywania ujawnił się jako watykański sługus, podziwiający feudalizm i nienawidzący klasy robotniczej” – brzmiały zarzuty przeciwko Zahradníčkowi.

Poeta przesiedział w więzieniu pięć lat. W 1956 r. został zwolniony na pogrzeb dwu swoich córek, które zatruły się grzybami. Mimo pierwotnych zapewnień władzy, że nie wróci już do celi, wkrótce został aresztowany i spędził w więzieniu kolejne cztery lata. W poemacie „Znak mocy” pisał: „Ale na próżno znieśliśmy zapasy do piwnicy,/ uszczelniliśmy okna i na nowo je okitowaliśmy,/ na próżno wszystkie szpary pozatykaliśmy gipsem,/ czas syberyjski nadciąga, czas syberyjski wionie/ nie tylko dlatego, że wróble trzęsą się z zimna,/ i nie tylko dlatego, że sczerniały astry na grządkach”. Zmarł w 1960 r., kilka miesięcy po wyjściu na wolność.

W rocznicę wybuchu powstania warszawskiego składam hołd naszym poetom z Tadeuszem Gajcym na czele. Ale i czeskim pisarzom, którzy z podniesionym czołem wyszli naprzeciw żywiołom. Pozbawieni romantycznej, budującej wspólnotę tradycji, przyjmowali upokorzenie, ból i śmierć, czerpiąc siłę wyłącznie z obietnicy Chrystusa. Nie pozwólmy, by ich męstwo zostało zapomniane.